"Łukaszenka chce rządzić Białorusią do śmierci. Ale na tym nie koniec, marzy mu się ustanowienie dynastii" [WYWIAD]

- Łukaszenka chce rządzić Białorusią do śmierci. Ale na tym nie koniec, bo marzy mu się przekazanie władzy swoim dzieciom, czyli ustanowienie dynastii - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Michał Kacewicz, dziennikarz Telewizji Biełsat i autor książki "Łukaszenko. Dyktator w kołchozie Białoruś".

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: O co gra dzisiaj Aleksandr Łukaszenka?

MICHAŁ KACEWICZ*: To jest gra o przetrwanie, o przeżycie. Dosłowne przetrwanie i dosłowne przeżycie. Mówimy o 66-letnim polityku, który ostatnie 26 lat, czyli większość swojego życia zawodowego, spędził na stanowisku prezydenta niewielkiej, dość hermetycznej i odgrodzonej od świata republiki. Niemniej cały ten czas był niepodzielnym jej władcą.

Wszystko inne będzie degradacją.

Perspektywa pozbawienia go urzędu, bo w wariancie rewolucyjnym możemy o takiej sytuacji mówić, jest dla Łukaszenki nie do zaakceptowania. Bez znaczenia, czy będzie to rewolucja w rumuńskim wariancie Nicolae Ceau?escu, czy będzie to ukraiński wariant Wiktora Janukowycza. Czy kontrolowane przez Rosję i rozłożone w czasie usunięcie z urzędu. W tym drugim, wydawałoby się bardziej miękkim, wariancie perspektywą dla Łukaszenki jest bardzo luksusowa rezydencja na moskiewskiej Rublowce. To tamtejsza dzielnica bogaczy, gdzie swoje posiadłości mają Władimir Putin, Wiktor Janukowycz, Mykoła Azarow i cały szereg oligarchów, prominentnych polityków oraz mniejszych i większych dyktatorów z przestrzeni postradzieckiej. Życie w strachu i poczuciu klęski. Dla Łukaszenki to byłby koniec.

Co jest alternatywą?

Łukaszenka chce rządzić Białorusią do śmierci. Ale na tym nie koniec, bo marzy mu się przekazanie władzy swoim dzieciom, czyli ustanowienie dynastii. Tego typu wariant zrealizował się w Azerbejdżanie, gdzie Hejdar Alijew przekazał władzę prezydencką swojemu synowi Ilhamowi. Łukaszenka utrzymuje bliskie relacje z Alijewem, więc doskonale zna tę sytuację i bardzo mu się ona podoba.

Skoro gra jest o przetrwanie, to jak daleko Łukaszenka jest gotowy się posunąć?

Do samego końca, włącznie z krwawą pacyfikacją protestów. Jednak mimo wszystkich swoich skaz emocjonalnych i psychologicznych, nie jest człowiekiem szalonym. Ma świadomość, że w tym momencie wprowadzenie w życie bardzo krwawego scenariusza pacyfikacji nie skończyłoby się dla niego dobrze.

Dlaczego?

Bo jego patron, czyli Moskwa, musiałby w tej sytuacji dokonać trudnego wyboru, czy stanąć po stronie dyktatora uwięzionego w oblężonej twierdzy. Jest też pytanie, jaka byłaby to twierdza. Do użycia siły na masową skalę - użycia wojsk wewnętrznych i milicji z bronią i ostrą amunicją - białoruski sektor siłowy retorycznie już się przygotowuje. Sam Łukaszenka również.

Pytanie, czy tylko retorycznie.

Na razie to jest przygotowywanie gruntu, zabezpieczanie pewnej opcji do wykorzystania. Jeśli Łukaszenka mówi, że trwa wojna hybrydowa przeciwko Białorusi, że dochodzi do ingerencji Zachodu - swoją drogą jest to retoryka zapoczątkowana w kampanii wyborczej, a nawet jeszcze wcześniej, bo wiosną tego roku - to mamy do czynienia z przygotowaniami do ostatecznej rozprawy z przeciwnikami. Stwierdzenie, że protestujący są obcymi agentami uzasadnia wszelkie kroki w celu ochrony państwa. Zresztą już po wyborach, po 9 sierpnia, mieliśmy już jedną próbę brutalniejszej pacyfikacji protestów. To się nie udało.

Z jakiego powodu?

Było widać, że służby bezpieczeństwa miały wyraźnie postawione granice. Doszło do przemocy, ale nie na masową skalę. Tyle że to nie wystarczyło do stłumienia protestów. One zmieniły charakter - zaczęły się strajki w zakładach pracy oraz protesty kobiet.

Zobacz wideo Kim jest Swiatłana Cichanouska, liderka białoruskiej opozycji i główna przeciwniczka Aleksandra Łukaszenki?

Protesty "rozlały się" też po całym kraju, docierając nawet do kilkunastotysięcznych miasteczek.

To jest charakterystyczne dla tej białoruskiej rewolucji - wybuchła i żyje także w małych miejscowościach. Tam, gdzie jeśli chodzi o aktywność obywatelską, dotąd nie działo się nic. Władza nie radzi sobie z tą sytuacją, ale ostateczny scenariusz siłowy trzyma na najczarniejszą godzinę. Wszystkie pozy Łukaszenki - np. wypuszczenie zdjęcia z karabinkiem automatycznym i w kamizelce wyładowanej magazynkami z amunicją - nie pojawiają się bez przyczyny. Sugeruje swoim przeciwnikom, że jest w stanie walczyć jak Salvador Allende (choć to może zły przykład, bo Allende, legalny prezydent, był atakowany przez armię puczystów) - do samego końca. Z kałachem w ręku, jeśli będzie trzeba.

Łukaszenka to właśnie taki typ dyktatora - krwawy despota "z kałachem w ręku"?

Okres młodości, dojrzewania i cała kariera polityczna odcisnęły mocne piętno na jego emocjach i psychice. Czy jest krwawym dyktatorem? Tu wszystko zależy od definicji krwawej dyktatury.

Albo ma krew na rękach, albo nie.

Na pewno ma na sumieniu wiele ofiar represji. Chociażby opozycjonistów, którzy zaginęli jeszcze w latach 90. i nigdy się nie odnaleźli - jak Dzmitry Zawadzki, Wiktor Hanczar czy wiele innych postaci. Ma też na sumieniu ludzi ze świata przestępczego. Gdy Łukaszenka obejmował władzę, Białoruś była rajem dla zorganizowanych grup przestępczych z Kaukazu, Ukrainy i Rosji. Łukaszenka chciał zmonopolizować także ten rynek, więc wypowiedział wojnę bossom podziemia. Eliminował ich w krwawy i brutalny sposób, poza prawem i na pokaz. Podobnie było z wyrokami śmierci - często wykonywano je demonstracyjnie i żeby odwrócić społeczną uwagę od innych problemów. Łukaszenka ma sporo krwi na rękach, jest więc krwawym dyktatorem w rozumieniu europejskim.

Wzorował się na jakiejś postaci z bliższej bądź dalszej historii?

Jest zbyt zakochany w sobie, żeby na kimkolwiek się wzorować. Uważa, że jest "Baćką", ojcem narodu białoruskiego, który stworzył współczesną Białoruś i to w każdym aspekcie. Nawet w aspekcie symbolicznym, bo napisał historię współczesnej Białorusi.

Megalomania?

W większości tak, bo nie jest to żadna odkrywcza historia, chociaż sam Łukaszenka przez pewien czas w swoim życiu był nauczycielem historii. Ale jego historia kraju, to niemal wyłącznie historia sowieckiej Białorusi, nieco tylko zmodyfikowana przez obecna władzę. Łukaszenka uważa też, że stworzył współczesną Republikę Białoruską. Tylko znów: nie ma tu żadnej intelektualnej, historycznej czy kulturowej głębi, a jedynie sklejka jego własnych wspomnień i sentymentów z epoki Breżniewa, Andropowa, Czernienki i Gorbaczowa. Szczególnie epokę Breżniewa wspomina dobrze, bo jako człowiek wchodzący w dorosłe życie zawodowe żył wtedy dobrze na białoruskiej prowincji. Dlatego obraz współczesnej Białorusi klei nawiązując do błogostanu, okresu spokoju i stabilizacji z tamtych czasów. To właśnie obiecuje Białorusinom - nostalgiczną Białoruś swojej młodości. Do tej pory to działało.

Dlaczego teraz przestało?

Świat zaczął się mocno zmieniać także w takich miejscach jak Białoruś. Białorusini coraz więcej w ostatnich latach podróżują zagranicę, uczą się zagranicą, korzystają z dobrodziejstw internetu. Kwestią czasu było, aż zobaczą, że świat poza Białorusią wygląda zupełnie inaczej. Poza tym, do głosu doszło pokolenie, które nie pamięta Białorusi innej niż Białoruś Łukaszenki. Pokolenie nim zmęczone i poszukujące czegoś innego.

Dla dzisiejszych dwudziestolatków jego prezydentura to całe ich życie.

Również trzydziesto- i czterdziestolatkowie nie znają innej Białorusi. Swiatłana Cichanouska, obecnie główna oponentka Łukaszenki, miała raptem 12 lat, kiedy w 1994 doszedł do władzy. Całe jej samodzielne życie, to życie w państwie Łukaszenki. Poza grupą wiekową 50+ to powszechne doświadczenie na Białorusi. Ci ludzie widzą dzisiaj, że w państwie źle się dzieje, coraz gorzej żyje, że kraj od kilku lat pogrążony jest w recesji. W tym roku doszła do tego pandemia koronawirusa, która całkowicie obnażyła bezradność białoruskiej władzy i uwypukliła wszystkie złe cechy, o które rodacy podejrzewali Łukaszenkę.

Do końca wmawiał ludziom, że żadnego koronawirusa nie ma, chociaż sam go przeszedł.

Łukaszenka ma poczucie pełnej omnipotencji, poczucie, że własnymi rękami walczy z całym złem tego świata, żeby chronić tę biedną Białoruś. Bzdury, które wygadywał Łukaszenka nie wytrzymały potężnego zderzenia z rzeczywistością. Na Białorusi liczba przypadków koronawirusa rosła bardzo szybko, a po osiedlach po kryjomu jeździły karetki, które zabierały ludzi do położonych za miastem prowizorycznych szpitali. Ludzie zaczęli o tym rozmawiać na ulicach, pisać w internecie. Zobaczyli, że pomnik dyktatora, który może czasami był śmieszny, ale generalnie jednak miał powagę i zapewniał stabilizację, na ich oczach się rozpadł.

Adam Eberhardt, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, powiedział w RMF FM: "Charyzma Łukaszenki to przeszłość, dzisiaj jego władza opiera się na milicyjnej pałce oraz na spójności jego zaplecza, nomenklatury, sektora siłowego".

Pełna zgoda. Od lojalności sektora siłowego, armii i nomenklatury zależy w tym momencie niemal wszystko. Ale lojalność tych grup, to wcale nie jest mało. Razem z rodzinami, to może być grupa nawet ponad 2 mln ludzi.

Co zawiedzie Łukaszenkę jako pierwsze?

Zaczyna już trochę zawodzić nomenklatura, przy czym jako nomenklaturę należy rozumieć bardzo szerokie grono dyrektorów zakładów produkcyjnych, przedsiębiorstw, radnych, samorządowców, urzędników, sędziów etc. To wszystko ludzie, którzy czerpią duże profity z funkcjonowania tego systemu - zakonserwowanego socjalizmu przypominającego schyłkowy okres PRL, ale z większymi wyspami liberalnej gospodarki czy zagranicznych inwestycji. Gdy nastąpi jakieś przesilenie, oni jako pierwsi go opuszczą. Łukaszenka pokazał swoją słabość po raz pierwszy w dobie pandemii, a po raz drugi, gdy bezczelnie sfałszował wybory, a potem nie potrafił obronić tego wyniku.

Chyba każde fałszerstwo jest bezczelne?

Gdyby zrobił to mniej bezczelnie, gdyby ten wynik nie był taki jak zwykle, to emocje wielu ludzi byłyby znacznie mniejsze. Mógł próbować negocjacji i uniknięcia konfrontacji ze społeczeństwem.

Znowu rozjechał się z rzeczywistością?

Myślę, że nie był w stanie inaczej "napisać" tych wyborów. To wykracza poza jego świadomość, poza jego samouwielbienie i autokreację.

Autokreację?

Łukaszenka zawsze kreował siebie jako człowieka, który musi być kochany. W początkach swojej kariery zawodowej najpierw pracował w kołchozie, a potem został dyrektorem sowchozu. Tej pierwszej pracy nie lubił, bo nie dawała pełni władzy, a ludzi zgłaszali mnóstwo problemów i pretensji do zarządzających kołchozem. Bo kołchoz w ZSRR, jako teoretyczna spółdzielnia, mimo całej obłudy w tym systemie, dawał jakiś margines swobody i możliwość krytyki jego władzy przez pracowników. W sowchozie sytuacja była kompletnie inna. Sowchozy, czyli państwowe przedsiębiorstwa rolne, były udzielnymi księstwami tamtejszych dyrektorów, którzy zazwyczaj byli małymi tyranami. Łukaszenka traktował ludzi jak parobków, nikt nie miał prawa głosu. To bardzo mu się spodobało.

Jak Białorusini wybrali kogoś takiego na prezydenta?

Był 1994 rok, więc przeskakujemy w czasie trochę do przodu. Łukaszenka był swojakiem - jeździł po Białorusi, pomstował na korupcję i zepsucie władzy. Był absolutnym odkryciem dla Białorusinów. Był autentyczny i mówił to, co ludzie chcieli usłyszeć. To, co dziś wydaje się paradoksalne - wtedy był za niepodległością Białorusi i uniezależnieniem od Rosji. Szybko wyczuł, że ludzie go uwielbiają.

Człowiek z ludu.

W 100 proc. Był gościem w dresie, który najpierw Wołgą, a potem Mercedesem objeżdżał kraj i rozmawiał z ludźmi. Tajemnica jego sukcesu tkwiła w tym, że potrafił znaleźć język z prostymi ludźmi i zdefiniować ich problemy. A głównym problemem było to, że stara nomenklatura postsowiecka, która przetrwała rozpad Związku Radzieckiego i rządziła wówczas krajem, była potwornie skorumpowana. W kraju panowała przerażająca bieda, ludzie byli wyzyskiwani, wszędzie panoszyli się przestępcy, nieliczni robili pieniądze i żyli dostatnio. Łukaszenka potrafił to wszystko wyartykułować na tych targach i bazarach, na które przyjeżdżał. Budził tym autentyczny zachwyt ludu. Zachwyt był tak wielki, że w pewnym momencie po prostu uwierzył, że bez niego Białoruś sobie nie poradzi, rozpadnie się i źli ludzie ją rozkradną.

Dzisiaj Białoruś uważa, że poradzi sobie bez niego doskonale, a Łukaszenka jest na łasce i niełasce swoich zauszników.

Nomenklatura może się od niego odwrócić w momencie, kiedy zobaczy po raz trzeci albo czwarty, że lider już nie daje rady, że jest groteskowy i śmieszny, że nie zdoła pokonać tych protestów. Kiedy większa liczba ludzi z nomenklatury uzmysłowi sobie tę zmianę, zaczną się od niego odwracać i szukać nowego patrona. Ale to wcale nie musi być człowiek obecnej opozycji, a przynajmniej nie z tej, którą sobie w naszym naiwnym idealizmie wyobrażamy, jako prozachodnią i demokratyczną.

Nowego patrona wskaże Moskwa?

Prawdopodobnie tak. Tutaj te dwa procesy muszą się ze sobą zsynchronizować. Pierwszy - Moskwa przestanie wierzyć w Łukaszenkę, wyśle odpowiedni sygnał do białoruskiej nomenklatury i bezpieki, że jest otwarta na jego wymianę. Drugi - zbiegnie się to w czasie z przekonaniem białoruskiej nomenklatury, że Łukaszenka faktycznie się nie utrzyma, że jest już skończony. Jeśli te dwie rzeczy zadzieją się w tym samym czasie, to system zacznie się sypać. Do końca przy Łukaszence zostaną jedynie nieliczni pretorianie.

Ludzie, którzy zależą od niego w 100 proc.?

Raczej ci, którzy mają najwięcej krwi na rękach - jak chociażby Wiktor Szejman odpowiedzialny za eliminowanie politycznych przeciwników władzy. Chodzi o najwierniejszych ludzi z KGB i MSW. Ale zawsze może być też tak, że Kreml ewakuuje Łukaszenkę podobnie, jak ewakuował Wiktora Janukowycza z Ukrainy. Przesilenie może oczywiście nadejść w każdej chwili, ale stawiałbym raczej na to, że ten proces potrwa dłużej.

Kreml bez żalu wymieniłby Łukaszenkę, gdyby sytuacja tego wymagała?

Tu jest wyłącznie chłodna kalkulacja, nie ma żadnych emocji. Putin gardzi Łukaszenką, a Łukaszenka Putinem. Chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć, że Łukaszenka Putina po prostu nienawidzi. Uważa, że to człowiek, który zniszczył jego marzenia o władzy w całej Rosji. Mało kto dzisiaj pamięta, że Łukaszenka na mocy umowy stowarzyszeniowej między oboma państwami snuł swego czasu bardzo poważnie takie plany.

Putin gardzi Łukaszenką, ale nie Białorusią.

Stanowisko Kremla jest od dawna jasne: Białoruś musi być rosyjską przestrzenią w ramach wspólnego państwa związkowego. Ma dla Moskwy kolosalne znacznie strategiczne (obecność rosyjskich wojsk i instalacji wojskowych), gospodarcze (ważny kraj tranzytowy na zachód) i ideologiczne (jeden z fundamentów odbudowy mini Związku Radzieckiego; to z powodu tego planu Putin zmienił konstytucję i zagwarantował sobie władzę do 2036 roku). Dlatego Kreml nie pozwoli sobie nie tyle na rewolucyjne scenariusze, które widzieliśmy na Ukrainie, ale nawet na to, żeby Białoruś nagle ogłosiła neutralność i przestała być kontrolowanym sojusznikiem.

Bez Łukaszenki Putin nie jest w stanie tego wszystkiego osiągnąć?

Wyegzekwowanie tego przy osłabionym Łukaszence będzie absolutnie pewne. Wyegzekwowanie tego w przypadku upadku Łukaszenki może wywołać nieprzewidziane komplikacje, których Putin chce za wszelką cenę uniknąć. Dla Kremla ważna jest też sfera propagandowa całej sytuacji. Białoruś od lat była stawiana Rosjanom za wzór - państwo ciszy i spokoju, w którym nikt nie podburza przeciwko władzy. O białoruskiej opozycji walczącej od dwudziestu lat wiedziało mało Rosjan. Pod tym względem było idealniejsze nawet od samej Rosji. Kolorowa rewolucja i zmuszenie Łukaszenki do dymisji byłoby dla Kremla katastrofą, na którą sobie nie pozwoli.

Zachodziłoby ryzyko powtórki na znacznie większą skalę w Rosji.

Zwłaszcza, że w Rosji sytuacja jest bardzo podobna jak na Białorusi. Kryzys może nie jest aż tak głęboki, sytuacja gospodarcza nadal jest nieco lepsza, państwo posiada więcej zasobów, ale jednak są wyraźne oznaki wyspowego kryzysu. Bunty społeczne następują. Chabarowsk protestuje od początku lipca. Kreml i służby mają bardzo dobrze rozwiniętą analitykę socjologiczną i doskonale zdają sobie sprawę z nastrojów społecznych w Rosji. Dla Putina jest to zjawisko bardzo niepokojące. Obawia się, żeby tego typu impuls rewolucyjny nie pojawił się w Rosji. Bo przecież pojawił się już wszędzie gdzie mógł - w Gruzji, w Armenii, na Ukrainie, w Azji Centralnej, a teraz na Białorusi, czyli w najbardziej stabilnym państwie dawnego bloku sowieckiego, które miało być fundamentem nowego Związku Radzieckiego.

Putin też gra tutaj o wszystko?

Bez wątpienia, na Białorusi gra o swoje absolutnie kluczowe interesy. Tyle że w odróżnieniu od Ukrainy nie ma tutaj gry interesów tego typu, że albo Ukraina będzie rosyjska, albo zachodnia. W przypadku Białorusi reakcje Unii Europejskiej czy Stanów Zjednoczonych są, delikatnie mówiąc, letnie. Zachód nie tworzy żadnej alternatywy dla Białorusi.

Nie chce umierać za Mińsk?

Tak to wygląda. W przypadku Ukrainy alternatywa była prosta: umowa stowarzyszeniowa z Unią Europejską albo pozostanie w rosyjskiej strefie wpływów. To był konkret. Tutaj nie ma nawet namiastki czegoś takiego. Bo też nie ma do kogo adresować takiej propozycji i jest ona obarczona ryzykiem poważnego konfliktu z Rosją. Dlatego gra nie toczy się o to, czy Białoruś pójdzie na Zachód, czy wpadnie w ramiona Rosji. Gra toczy się o to, czy Białoruś pozostanie w rosyjskiej strefie wpływów z zamordystycznym reżimem Łukaszenki, czy jednak pozostanie w rosyjskiej strefie wpływów, ale z mniej zamordystycznym reżimem i już bez Łukaszenki.

Mniejsze i większe zło.

Teoretycznie tak, chociaż w tym drugim wariancie otwiera się pole do działania dla Zachodu. Oczywiście przy założeniu, że Zachód będzie mieć plan, energię i determinację w działaniu oraz zasoby.

Który wariant z perspektywy Łukaszenki wydaje się dzisiaj najbardziej prawdopodobny - będzie chciał samodzielnie stłumić protesty, przeczekać je czy poprosić o pomoc Putina?

Pomoc Putina i czekające u granicy na rozkaz oddziały, to moim zdaniem bardziej próba zastraszenia Białorusinów i przede wszystkim Zachodu. Analizując kwestię zachowania lojalności wobec Łukaszenki przez białoruskie służby, trzeba pamiętać o stopniu ich zindoktrynowania, uwikłania w grzechy tej władzy oraz zależności od reżimu. To wszystko sprawia, że mogą być lojalne bardzo długo i kruszenie tego monolitu będzie bardzo czasochłonne. Chyba, że w pewnym momencie dojdzie do tak istotnego przesilenia, że Łukaszenka w ich oczach zostanie skreślony i będą musieli zacząć orientować się na kogoś innego.

To jest dzisiaj największy atut Łukaszenki? Ma w rękawie jakieś inne asy?

Nie ma innych atutów. Gdyby je miał, wykorzystałby je już na etapie kampanii wyborczej. W poprzednich kampaniach - mimo zastraszania opozycji, aresztowań, fałszowania wyników i pacyfikowania protestów - Łukaszenka zawsze miał też jakąś ofertę dla Białorusinów. Choćby jakiś socjal, jakieś programy państwowe. Część z tych obietnic była spełniania, więc ludzie też coś z jego rządów mieli.

Dzisiaj już nie mają?

Dzisiaj Łukaszenka nie ma żadnej zachęty, żadnej oferty dla Białorusinów. Jest wyłącznie kij, żadnej marchewki. To bardzo zła sytuacja. Za pomocą kija Łukaszenka może przez jakiś czas utrzymać władzę. I być może utrzyma ją po to, żeby później przy udziale Rosji doprowadzić od jakiegoś miękkiego demontażu tego reżimu. Ale ani Rosja, ani Łukaszenka nie mogą dać odczuć, że to odbyło się pod presją ulicy, a tym bardziej pod presją Zachodu.

* Michał Kacewicz - od 2001 do 2018 roku dziennikarz "Newsweeka", specjalizujący się w tematyce rosyjskiej, ukraińskiej i białoruskiej; obecnie pracuje w Biełsacie i współpracuje z "Newsweekiem"; komentator wydarzeń na Wschodzie; autor książek o Aleksandrze Łukaszence, Władimirze Putinie, ukraińskiej rewolucji i wojnie na Donbasie