Swiatłana Cichanouska dla Gazeta.pl: Jeśli teraz nie wygramy, nasze dzieci staną się niewolnikami reżimu

- Białoruskie władze muszą mieć świadomość, że Białorusini nie zaakceptują dalszych rządów prezydenta Łukaszenki. Nie wybaczą i nie zapomną mu jego zbrodni. Nasze umysły się zmieniły, nasze spojrzenie na świat również - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Swiatłana Cichanouska, liderka białoruskiej opozycji i była kandydatka w wyborach prezydenckich.

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Do wyścigu prezydenckiego weszła pani jako zwykła obywatelka, w zastępstwie aresztowanego przez władze męża. Od tamtej chwili zmieniło się jednak wszystko. Dzisiaj czuje się pani politykiem?

SWIATŁANA CICHANOUSKA: Myślę, że w tym momencie już tak. Chociaż raczej za polityka na samym początku kariery, który wciąż musi się mnóstwo uczyć. Niemniej tak, jestem w polityce, więc jestem też politykiem. Tylko nie mówcie tego nikomu. (śmiech)

Niedawno powiedziała pani, że jest gotowa zostać „prezydentem przejściowym” do czasu przeprowadzenia demokratycznych wyborów, ale nie chce w nich wystartować. Dlaczego?

Kiedy zaczynałam moją kampanię prezydencką, w ogóle nie widziałam siebie w polityce na dłuższą metę. Obiecałam moim współpracownikom i sympatykom, że to ten jeden jedyny raz i więcej nie będę ubiegać się o prezydenturę. Chcę dotrzymać danego słowa. Może z doświadczeniami i wiedzą, którą zdobyłam w czasie kampanii prezydenckiej przydam się i będę mogła zrobić coś pożytecznego dla mojego kraju w przyszłości. Nie zamierzam siedzieć w kuchni.

Co jeśli rodacy, którzy panią poparli, chcieliby pani ponownego startu?

Pewnie nie powinnam niczego wykluczać na 100 proc., bo taka jest polityka i takie jest życie. W końcu pierwszego startu w wyborach też nie planowałam. Ale mamy w kraju wielu polityków, ekonomistów i uczonych z wielką wiedzą, którzy mogliby poprowadzić nasz kraj. Nie uważam, że mam wystarczające doświadczenie, żeby zajmować tak ważne stanowisko.

Ale jest pani symbolem, czasami to znaczy o wiele więcej niż lata doświadczenia.

Tak, jestem symbolem i nikt mi tego już nie odbierze. Ale bycie symbolem nie oznacza bycia prezydentem. Przyszły prezydent Białorusi będzie musiał wykonać wielką pracę i warto, żeby tę pracę wykonał jak najlepszy profesjonalista.

Zobacz wideo Co Polska zrobi w sprawie protestów na Białorusi? Pytamy europosła Zjednoczonej Prawicy Adama Bielana

Powyborcze protesty trwają od przeszło miesiąca. Na ile po tym czasie i po wszystkich wydarzeniach ostatnich tygodni ocenia pani ich szansę na sukces?

Na 100 proc.

Pani rodacy też mają tak niezachwianą wiarę w końcowy sukces?

Moi rodacy zmienili się w trakcie tych protestów. Nie jesteśmy już w stanie wrócić do naszego życia, naszej rzeczywistości sprzed protestów. Zrozumieliśmy, czego chcemy. Chcemy nowej przyszłości dla naszego kraju. Jesteśmy przekonani, że możemy to osiągnąć, że możemy odnieść sukces. Prędzej czy później. Oczywiście i dla nas, i dla naszego kraju byłoby lepiej, gdyby stało się to jak najszybciej. Chociażby ze względów ekonomicznych. Będziemy dążyć do tego, aby zmiana dokonała się jak najszybciej.

Reżim prezydenta Łukaszenki zdaje się tym nie przejmować.

Białoruskie władze muszą mieć świadomość, że Białorusini nie zaakceptują dalszych rządów prezydenta Łukaszenki. Nie wybaczą i nie zapomną mu jego zbrodni. Nasze umysły się zmieniły, nasze spojrzenie na świat również. Władze muszą to zrozumieć. Chcemy nowych, w pełni demokratycznych wyborów. Chcemy też dialogu z władzą, aby wyjść z obecnej sytuacji. Ale wyłącznie na uczciwych, partnerskich warunkach.

Mówi pani, że wasze umysły się zmieniły. Wasze cele również?

Nasze cele pozostają niezmienne. Wciąż chodzi nam o nowe, demokratyczne wybory oraz uwolnienie wszystkich więźniów politycznych. Zamierzamy osiągnąć te cele, zbliżamy się do nich każdego dnia.

Przyznała pani, że jest symbolem antyrządowych protestów, ale wiele osób zauważa, że te protesty nie mają wyraźnej struktury przywództwa. To zaleta czy wada?

To nie do końca tak, że nie ma struktury przywództwa. Utworzyliśmy Radę Koordynacyjną, która jest ciałem mającym kształtować dialog pomiędzy społeczeństwem, protestującymi a władzą. Ale sam pan widzi, jak reżim Łukaszenki postępuje z członkami Rady. Zmusza ich do opuszczenia kraju, wsadza ich do więzień, zastrasza, stosuje przemoc. Chcą zniszczyć instytucję, którą powołaliśmy w celu nawiązania konstruktywnego dialogu z władzą. Ale to nas nie zniechęci, działamy dalej, podobnie Rada Koordynacyjna. Nasze cele są niezmienne.

Pyta pan o nasze plany i strategię. Jak możemy je mieć? Sam pan widzi, do czego posuwają się władze. Nasze plany i strategie mogą zostać zniszczone w każdej chwili. Dlatego droga, którą dążymy do osiągnięcia naszych celów zmienia się każdego dnia w zależności od rozwoju wypadków. Musimy być maksymalnie elastyczni.

Wasze protesty zwróciły uwagę świata także ze względu na wiodącą rolę kobiet. Jak do tego doszło?

Myślę, że białoruskie kobiety zainspirowało to, że na czele opozycji stanęły trzy kobiety – ja, Maryja Kalesnikawa (koordynatorka sztabu wyborczego Wiktara Babaryki - przyp. red.) i Weranika Capkała (żona Walera Capkały, kandydata na prezydenta - przyp. red.). Zjednoczyłyśmy się we wspólnym celu, znalazłyśmy w sobie siłę, żeby zająć miejsce naszych mężczyzn, którym start w wyborach uniemożliwiły władze.

I to porwało setki tysięcy Białorusinek?

Dzięki temu Białorusinki zrozumiały, że kobiety są znacznie silniejsze, niż im się wcześniej wydawało. I tak, jak my zjednoczyłyśmy się w kampanii prezydenckiej, tak nasze rodaczki zjednoczyły się już po wyborach, w trakcie protestów. W walce o przyszłość swoją i swoich dzieci. One rozumieją, że jeśli teraz nie wygramy, nasze dzieci staną się niewolnikami tego systemu, tego reżimu. Dlatego jesteśmy wszyscy zjednoczeni i na tym polega piękno naszego ruchu. Policjanci i służby nie wiedzą, co robić z pokojowymi marszami kobiet. Pytał pan o naszą strategię - to jest właśnie jeden z jej elementów. Białoruskie władze nigdy wcześniej nie spotkały się z tak licznymi protestami kobiet.

Zaangażowanie kobiet w protesty, w walkę o nową, demokratyczną Białoruś, sprawi, że w przyszłości zbudujecie także bardziej równościowe społeczeństwo?

Oczywiście możemy dywagować, co zrobimy z naszym krajem w przyszłości, jaki będzie, na jakich wartościach się oprze. Tyle że teraz naszym głównym celem są nowe, demokratyczne wybory. Od tego trzeba zacząć. Dopiero potem możemy snuć jakiekolwiek wizje przyszłości Białorusi. Dopiero wtedy to będzie mieć sens.

Aresztowanie męża, kampania prezydencka, powyborcze protesty, konieczność opuszczenia kraju. To było dla pani kilka bardzo trudnych miesięcy.

Każdy dzień tej walki był pełen strachu i niepewności. Niepewności, czy zrobię wszystko, jak należy i czy w ogóle dam radę udźwignąć całą tę sytuację. Byłam przerażona działaniami władzy i tym, do czego reżim Łukaszenki jest zdolny się posunąć. Tylko wsparcie moich rodaków pomogło mi przez to przejść i się nie poddać.

Który moment był najgorszy?

Jeśli miałabym wskazać jeden, konkretny moment, który był najgorszy, byłby to telefon od anonimowego mężczyzny, który powiedział mi, że jeśli się nie wycofam, to zamkną mnie w więzieniu i odbiorą mi moje dzieci. Po raz pierwszy w życiu spotkałam się z czymś takim. Byłam w szoku, nie mogłam przestać płakać. Zajęło mi dobre pół dnia, żeby się uspokoić i zrozumieć, że nie ma żadnego powodu, dla którego mogliby zamknąć mnie w więzieniu i odebrać mi dzieci. Dzieci są najważniejsze na świecie dla każdego kobiety. Pamiętam emocje i uczucia, które mi wówczas towarzyszyły. Ale stwierdziłam, że muszę dalej iść naprzód. Tak, to był najgorszy pojedynczy moment, chociaż każdy dzień był piekielnie trudny.

Jak daleko prezydent Łukaszenka posunie się, żeby pozostać przy władzy?

Często słyszę to pytanie. On powinien zrozumieć, że Białorusini nie odpuszczą. W naszych oczach on nie ma żadnej legitymacji do sprawowania swojego urzędu. Nie chcemy już dłużej znosić jego rządów. Lepiej dla niego będzie, jeśli odejdzie teraz i pozostanie w naszej pamięci jako pierwszy prezydent Białorusi. Zrobił w czasie swoich rządów, zwłaszcza w ostatnich miesiącach, mnóstwo ohydnych rzeczy. Jeśli zdecyduje się zrobić kolejne, pozostanie w ludzkiej pamięci jako morderca i najbardziej znienawidzona osoba w kraju. Myślę, że on wie, że jego rodacy zaczynają go nienawidzić, więc mądrym krokiem z jego strony byłoby ustąpić i ratować resztki reputacji. Ale nikt tak naprawdę nie wie, jakie on ma plany.

Najczarniejszy scenariusz zakłada krwawe i brutalne stłumienie protestów przez władze. Obawiacie się tego?

Oczywiście, że ludzie są świadomi tego zagrożenia. I nie mówię tu tylko o opozycji, bo przeciwko Łukaszence nie wystąpiła opozycja, tylko cały naród. Chcemy zmian, a nie krwi. Zawsze prosimy ludzi, żeby nie odpowiadali przemocą na przemoc władzy i służb. Nie chcę więcej mówić ani myśleć o tym scenariuszu, w którym na ulicach poleje się krew. Mam to poczucie, że jeśli nie będę o tym myśleć i o tym mówić, to może do tego nie dojdzie. Bardzo bym takiego czarnego scenariusza nie chciała.

Drugą kwestią, której obawia się opozycja i naród białoruski, jest widmo zbrojnej interwencji ze strony Rosji. Władimir Putin stwierdził, że Kreml jest gotowy do takiego kroku, jeśli zajdzie potrzeba.

Słyszeliśmy te słowa Putina i apele Łukaszenki o pomoc Rosji. Ale nie ma żadnego powodu, dla którego Putin miałby wysyłać swoje wojska na Białoruś do pomocy Łukaszence. To są nasze wewnętrzne sprawy. Poza tym, tu nie chodzi o geopolitykę, tu chodzi o walkę przeciwko jednej osobie. Byliśmy, jesteśmy i chcemy pozostać pokojowi w naszych działaniach. Białoruś zawsze miała przyjacielskie relacje z Rosją. Dlatego myślę, że Rosjanie nie zrozumieliby, gdyby prezydent Putin zdecydował się na interwencję zbrojną w naszym kraju. Myślę, że jest wystarczająco mądry, żeby tego nie robić.

Premier Mateusz Morawiecki przekazał pani klucze do nowej siedziby Domu Białoruskiego w Warszawie. Czy to zalążek do stworzenia w Polsce czegoś na kształt białoruskiego rządu na emigracji, jeśli prezydent Łukaszenka nie ustąpi?

W opozycji dyskutowaliśmy i dyskutujemy na temat najróżniejszych możliwych zakończeń obecnej sytuacji. Wciąż chcemy dialogu pomiędzy narodem a władzą. To byłby najlepszy sposób na wyjście z sytuacji. Myślimy też jednak o innych opcjach, o innych możliwych scenariuszach. Rozmawialiśmy też o rządzie na uchodźstwie, ale nie mogę powiedzieć o tym więcej.

Społeczność Zachodu, zwłaszcza Unia Europejska, zrobiły pani zdaniem wystarczająco dużo, żeby pomóc Białorusi w obecnej sytuacji? Pojawiło się wiele głosów krytyki, że ta reakcja była zbyt zachowawcza, zupełnie odwrotnie niż parę lat temu w przypadku rewolucji na Ukrainie.

Myślę, że w tej chwili, w tej sytuacji kraje europejskie, ale także Stany Zjednoczone, Kanada czy Japonia robią to, co w ich przekonaniu należy zrobić. Jeśli zdecydują się zrobić więcej, to będzie ich suwerenna decyzja. Nie możemy mieć wobec nich takich żądań. To do władz każdego państwa należy decyzja, jak zachować się, jakie kroki podjąć w przypadku sytuacji, która ma dziś miejsce na Białorusi. My jesteśmy wdzięczni za każdą pomoc i każde wsparcie, które otrzymuje.

A liczycie na tę pomoc społeczności międzynarodowej?

Myślę, że gdyby chodziło o kwestię mediacji albo pomocy finansowej, to żaden kraj będący w naszym położeniu nie odmówiłby takiej pomocy. Mamy też jednak świadomość, że niemal wszystkie państwa wspierają nasze dążenie do zbudowania demokratycznego państwa. I dla nas jest to równie ważne.