Pracownica ambasady RP w Rejkiawiku mówi o mobbingu i homofobii. Chodzi m.in. o ambasadora

Pracownica polskiej ambasady w Rejkiawiku miała zostać wezwana na dywanik za zdjęcie z parady równości i usłyszeć, jak ambasador nazywa niemieckiego dyplomatę "pedałem". Mówi też o mobbingu i złej atmosferze w ambasadzie. Zdecydowała się odejść z pracy i napisać skargę do MSZ.

Była pracownica polskiej ambasady w Islandii - która do końca sierpnia jest na okresie wypowiedzenia - złożyła skargę do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Dotyczy ona zachowań mających znamiona mobbingu oraz rzekomych homofobicznych uwag ze strony ambasadora. 

Sprawę opisuje polonijny portal icelandnews.is; wcześniej poruszana była także na łamach islandzkiego dwutygodnika STUNDIN. O sytuacji opowiadała Margrét Adamsdóttir, która pracowała w ambasadzie od ubiegłego roku. Adamsdóttir ma polskie i islandzkie obywatelstwo, jest lingwistką i poza językiem islandzkim zna angielski oraz polski.

Ambasador miał nazywać niemieckiego dyplomatę "pedałem"

W artykule z końca lipca stundin.is Adamsdóttir zarzuca ambasadorowi Gerardowi Pokruszyńskiemu dyskryminację i homofobiczne komentarze. 

Według relacji byłej pracownicy Pokruszyński m.in. użył słowa "pedał" mówiąc o niemieckim ambasadorze Dietrichu Beckerze. - To oczywiste, że ma homofobiczne poglądy. Nazywał Ingibjörg Sólrún Gísladóttir lesbijką, co w jego mniemaniu jest obrazą - powiedziała. Gísladóttir to islandzka polityczka i działaczka feministyczna, obecnie Szefowa Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, nota bene jest w związku małżeńskim z mężczyzną i ma z nim dwoje dzieci. Gísladóttir w wypowiedziach w mediach mówiła o zaniepokojeniu wzrostem homofobicznych postaw w Polsce. 

Sama Adamsdóttir także padła ofiarą dyskryminacji. Opisuje, jak co roku poszła na paradę Pride w Rejkiawiku i zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcia z tęczowymi symbolami. W poniedziałek po paradzie została wezwana na dywanik przez ambasadora. 

Reprymenda za udział w paradzie równości

Pokruszyński miał powiedzieć, że "musiał się za nią wstydzić" po tym, jak na spotkaniu w kościele ktoś pokazał mu jej zdjęcie z parady i powiedział: "Gerard, zobacz co robi twoja sekretarka". Miał zarzucić pracownicy, że szkodzi jego publicznemu wizerunkowi biorąc udział w paradzie i że nie może tego robić w związku z pracą w ambasadzie. 

Problemy z pracą w ambasadzie zaczęły się już wcześniej. Według relacji Adamsdóttir ambasador chciał ją zatrudnić ze względu na jej umiejętności językowe i znajomość kraju; od początku był przyjazny i zgodził się zaoferować takie same warunki finansowe, jakie miała w poprzedniej pracy. Szybko okazało się jednak, że pensja będzie niższa. Kobieta bezskutecznie ubiegała się o podwyżkę w MSZ.

Adamsdóttir skarżyła się nie tylko na kwestie związane z homofobią. Mówiła też m.in., że w na początku epidemii koronawirusa ambasador nie pozwolił jej zostać w domu z przewlekle chorą, niepełnosprawną córką, bo "ambasada potrzebuje sekretarki". Później kobieta otrzymała maila, którego ambasador przypadkowo wysłał do niej zamiast do innej osoby, a w którym ją krytykował. Po tym złożyła wypowiedzenie. Jako kolejny powód wymienia mobbing ze strony żony ambasadora Margherity Bacigalupo, która zajmuje stanowisko starszego referenta w ambasadzie.

Konsul

Według relacji w portalu icelandnews.is atmosfera w ambasadzie pogorszyła się szczególnie podczas marcowej wizycie prezydenta Islandii Guðni Jóhannessona w Polsce. Prezydent pojechał koleją między Warszawą a Gdańskiem, na co zwróciły uwagę media. Informacje o tym udostępnił w sieci także konsul Jakub Pilch, co ambasador miał odebrać jako kpinę z prezydenta Andrzeja Dudy.

"Po wizycie w Polsce, z bliżej niejasnych powodów, nastąpił zwrot w stosunkach między ambasadorem a pracownikami o 180 stopni. Drzwi od wcześniej otwartych gabinetów zostały zamknięte, nastąpił powrót do zwrotów "per pani'" - opisuje polonijny portal.

Zwróciliśmy się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych z prośbą o komentarz do sprawy i czekamy na odpowiedź. 

Więcej o: