Piąty dzień protestów na Białorusi. Tysiące ludzi znów na ulicach, na razie nie widać OMON-u

Piąty dzień strajków na Białorusi przebiega - w porównaniu do poprzednich - w miarę spokojnie. Do protestów przyłączają się pracownicy kolejnych fabryk. Telewizja Biełsat podaje, że na razie strajkujący nie są zatrzymywani przez OMON.

Już piąty dzień z rzędu na ulice białoruskich miast wyszły tysiące protestujących. Ludzie domagają się ogłoszenia prawdziwych wyników wyborów prezydenckich i zaprzestania stosowania przemocy przez milicyjny OMON. W Mińsku protesty rozpoczęły się od ustawienia się w kilku miejscach kobiet w tak zwanych łańcuchach solidarności. Przyniosły one ze sobą białe kwiaty. Potem tysiące ludzi przeszło przez centrum stolicy w kolumnach.

Piąty dzień protestów na Białorusi. Milicja ma znakować zatrzymanych

Ok. 22 czasu lokalnego Telewizja Biełsat w swojej relacji informowała, że przy metrze Puszkinskaja zebrało się ok. trzech tysięcy osób. Wznosili okrzyki "Łukaszenka, odejdź". Nie byli zatrzymywani, nie było widać milicjantów z OMON-u. Również marsz ok. 300 kobiet w Witebsku przeszedł niezatrzymywany przez całe miasto. Według osoby zwolnionej z aresztu, której relację przytacza Telewizja Biełsat, milicjanci na twarzach niektórych zatrzymanych malowali markerami znaki. Od koloru miało zależeć to, jak będą później traktowani. "'Oznaczonych' na czarno bito najbrutalniej" - podaje stacja.

Zobacz wideo

Pracownicy stołecznej filharmonii na wolnym powietrzu śpiewali białoruski religijno-patriotyczny hymn "Mahutny Boża", czyli "Wszechmocny Boże". Ponad 200 medyków ze szpitala ratunkowego w Mińsku dołączyło do protestu, domagając się, aby milicjanci nie bili ludzi i nie dawali im przez to niepotrzebnej pracy. Strajkowały zakłady produkujące ciężarówki "Biełaz" w mieście Żodzina i zakłady budowlane w Grodnie. Biełsat informuje, że strajkować zaczęły fabryki przemysłu ciężkiego i chemicznego - MAZ, MTZ i Grodno-Azot. 

Ambasadorzy zachodnich państw akredytowani w Mińsku złożyli kwiaty w pobliżu stacji metra "Puszkinskaja" w miejscu, w którym zginął młody Białorusin podczas starć OMON-u z demonstrantami. Pod wieczór zebrało się tam 7 tysięcy osób.