Białoruś. Mieszkańcy całkiem odcięci od internetu. "Nie u wszystkich działają telefony, chaos"

Po krwawych zamieszkach Białoruś została całkowicie odcięta od internetu. W związku z tym mieszkańcy są pozbawieni jakichkolwiek informacji na temat tego, co się dzieje w kraju. Nie ma też ostatecznego bilansu ofiar ani rannych. - Jest informacyjna pustka, od kilku godzin dostaję smsy od moich znajomych z Białorusi, u których działają komórki. Bo nie u wszystkich telefony działają - mówił na antenie TVN 24 Alaksiej Dzikawicki, zastępca dyrektora telewizji Biełsat.

Po krwawych zamieszkach, podczas których milicja użyła siły wobec pokojowo demonstrujących w dużych miastach, na Białorusi panuje chaos informacyjny. Mieszkańcy kraju zostali całkowicie odcięci od internetu - nie ma informacji, co się dzieje na ulicach ani jaka jest ostateczna liczba rannych. Wiadomo, że zginęła jedna osoba - to mężczyzna, który na Białoruś przyjechał z Polski.

Czytaj więcej: Protesty na Białorusi. Nie żyje co najmniej jedna osoba. Ofiara przyjechała z Polski

Białoruś odcięta od internetu. "Jest informacyjna pustka"

Z ostatnich relacji białoruskich korespondentów wynika, że zamieszki w Mińsku trwały do około 4 rano. Zostały brutalnie stłamszone przez milicję, która zdołała rozpędzić protestujących. Pierwsze problemy z internetem zaczęły się jeszcze w niedzielę około 14, w czasie głosowania. W ten sposób wyborcom uniemożliwiono m.in. korzystanie z przygotowanego przez opozycję portalu, służącym do alternatywnego zliczania głosów. 

Zobacz wideo Białoruś. Brutalne starcia manifestantów z policją po ogłoszeniu zwycięstwa Łukaszenki

W poniedziałek rano internet nie działał już na terenie całego kraju. Nie działają łącza, a dodatkowo odłączono też dostęp do serwisów informacyjnych (na wypadek, gdyby Białorusinom udało się nawiązać połączenie zewnętrzne). "Dzwonię na Białoruś i opowiadam bliskim co się dzieje w białoruskich miastach. Zostali całkiem odcięci od internetu, telefony komórkowe na razie działają, na razie" - napisał w poniedziałek rano Ruslan Szoszyn z "Rzeczpospolitej".

- Niestety cały czas na Białorusi nie działa internet i prawdopodobnie to jeszcze potrwa dzisiaj i co najmniej jutro - mówił na antenie TVN 24 Alaksiej Dzikawicki, zastępca dyrektora telewizji Biełsat. Jak dodał, w kraju panuje "chaos informacyjny". - Jest informacyjna pustka, od kilku godzin dostaję smsy od moich znajomych z Białorusi, u których działają komórki. Bo nie u wszystkich telefony działają. Oni pytają: ilu jest zabitych, bo słyszeliśmy, że karetki jeździły przez całą noc - dodał.

- Poszkodowanych jest dużo, mamy zdjęcia świeże, na których widać rany na ciałach ludzi. Niektórych naszych dziennikarzy też ostrzelano z granatów hukowych - mówił, dodając, że dalszy rozwój sytuacji w kraju zależy w dużej mierze od tego, co postanowi sztab Swietlany Cichanouskiej. Nie wykluczył również, że kolejne protesty rozpoczną się w najbliższych godzinach. 

Białoruś. CKW podała wstępne, oficjalne wyniki

Tymczasem szefowa białoruskiej Centralnej Komisji Wyborczej Lidzija Jarmoszyna podała już wstępne, oficjalne wyniki wyborów na Białorusi. Wynika z nich, że wynik Łukaszenki jest jeszcze wyższy i wynosi nie 79 (jak wynikało z oficjalnych sondaży exit poll), a 80,2 procent. Według CKW Cichanouska - otrzymała niespełna 10-procentowe poparcie wyborców. Tymczasem niezależne badania pokazują, że proporcje między Łukaszenką a Cichanouską były dokładnie odwrotne, i gdyby nie zafałszowanie wyborów, to kandydatka opozycji wygrałaby je - pokazują to dane spływające z części zagranicznych komisji wyborczych, a także te, które wyciekły z komisji białoruskich.

Szef Komitetu Śledczego Iwan Naskiewicz zapowiedział, że za organizację masowych zamieszek grozi kara od 8 do 15 lat pozbawienia wolności. Dodał, że wielu podejrzanych o naruszenie prawa zostało już zatrzymanych.