Katastrofy, które były jeszcze gorsze, niż ta w Bejrucie. Jedna zabiła dwa tysiące ludzi [TAKA CIEKAWOSTKA]

Pożar na statku wyładowanym chemikaliami, wypadek podczas ładowania amunicji, zderzenie dwóch statków, w tym jednego wyładowanego materiałami wybuchowymi, wypadek w podziemnym składzie bomb. Wszystkie to zdarzenia doprowadziły do gigantycznych eksplozji, największych w historii, i śmierci tysięcy ludzi. Tragedia w Bejrucie właśnie do nich dołączyła.

Katastrofa w Libanie kosztowała życie ponad stu osób, ponad tysiąc jest rannych. Port i znaczna część okolicznych dzielnic stolicy są zrujnowane. Straty są szacowane na wiele miliardów dolarów. Jest prawdopodobne, że wtorkowa katastrofa będzie miała najtragiczniejsze długofalowe skutki spośród jej podobnych. Liban jest od wielu lat państwem na skraju upadku. Poradzenie sobie ze skutkami takiej katastrofy przekracza jego możliwości. Dlatego ważne jest, aby Libańczykom pomóc. Można to zrobić, wpłacając pieniądze na zbiórkę Fundacji Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Inne tego rodzaju katastrofy przytrafiały się dużym i silnym państwom, które potrafiły sobie poradzić z ich skutkami. Choć co najmniej cztery lub pięć eksplozji było jeszcze gorszych niż to, co zdarzyło się w Bejrucie.

Trauma na dekady

Szczyt tego tragicznego rankingu od ponad wieku zajmuje jedno wydarzenie - katastrofa w kanadyjskim porcie Halifax. W 1917 roku doszło tam do eksplozji, która miała szacowaną moc ponad dwa razy większą od tej w Bejrucie. Patrząc na nagrania i zdjęcia katastrofy w Libanie, można sobie wyobrazić, jak to musiało wyglądać 103 lata temu w Kanadzie. Wówczas zginęło niemal dwa tysiące osób, z czego około półtora tysiąca poniosło śmierć natychmiast. Gargantuiczna eksplozja miała bowiem miejsce bardzo blisko dzielnicy mieszkalnej i przemysłowej, które zostały praktycznie zmiecione z powierzchni ziemi.

Do wybuchu doszło w wyniku bardzo nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Pusty norweski statek SS Imo wychodził z portu w Halifaksie. Przez pośpiech i serię niefortunnych zdarzeń poruszał się po złej stronie toru wodnego, "pod prąd". Do portu w tym czasie wchodził francuski statek SS Mont-Blanc, wyładowany 2,5 tysiąca ton materiałów wybuchowych. Do tego kilkaset beczek z benzyną na pokładzie. W najwęższym miejscu wejścia do portu, prowadzącego tuż obok miasta, oba statki znalazły się na kursie kolizyjnym, a ich kapitanowie oraz piloci, przez serię błędów, doprowadzili do kolizji. SS Imo przy minimalnej prędkości lekko uderzył w burtę SS Mont-Blanc. Nie wywołało to poważnych uszkodzeń, ale spowodowało wywrócenie się części beczek z benzyną, która się rozlała i stanęła w ogniu. Pożar gwałtownie rozprzestrzenił się. 20 minut po kolizji ogień spowodował detonację ładunku francuskiego statku.

Panorama na najbardziej zniszczoną dzielnicę Halifaxu. Eksplozja miała miejsce po prawej stronie za fotografemPanorama na najbardziej zniszczoną dzielnicę Halifaxu. Eksplozja miała miejsce po prawej stronie za fotografem Fot. domena publiczna

Potworna eksplozja rozerwała SS Mont-Blanc na strzępy. Ważąca pół tony kotwica została znaleziona dwa kilometry dalej. Wszystkie budynki w promieniu 2,6 kilometra zostały zrównanie z ziemią (gdyby taka eksplozja miała miejsce na Dworcu Centralnym w Warszawie, oznaczałoby to zrujnowanie całego centrum miasta, aż do Wisły w jedną stronę i Dworca Zachodniego w drugą). Ciała i szczątki ludzkie leżały rozrzucone po okolicy. Eksplozja zabiła od razu 1,5 tysiąca ludzi. Kolejne kilkaset zginęło w pożarach i od ran. Około dziewięciu tysięcy było rannych, z czego znaczna część pociętych fragmentami szkła z wybitych okien.

Rozmiary katastrofy były szokujące, ale trwała wojna. Nie informowano o niej szeroko. Proces przywrócenia portu do użytku przebiegł bardzo szybko i już w ciągu tygodnia do Wielkiej Brytanii ruszył kolejny konwój. Trauma spowodowała, że wśród mieszkańców miasta katastrofa stała się czymś, o czym się nie rozmawiało, czego się nie wspominało. Nikt nie chciał wracać do tego pamięcią. Po obchodach pierwszej rocznicy tragedii zaprzestano kolejnych, aż do 50. rocznicy w 1967 roku.

Jeden ze zrujnowanych budynków w HalifaxieJeden ze zrujnowanych budynków w Halifaxie Fot. domena publiczna

Nawóz, który może być bombą

Prawdopodobnie jeszcze silniejsza eksplozja miała miejsce w 1947 roku w Texas City w USA. Nie spowodowała jednak tylu ofiar i takich zniszczeń, jak ta w Halifaksie. W Texas City eksplozja miała jednak podobne przyczyny jak ta w Bejrucie. Wybuchł ten sam materiał, czyli saletra amonowa. Materiał z jednej strony niebezpieczny i nadający się do produkcji materiałów wybuchowych, a z drugiej strony używany jako nawóz w rolnictwie. W Texas City był ładowany tysiącami ton na statki wysyłane do Europy jako amerykańska pomoc dla rolnictwa dźwigającego się z ruin kontynentu.

Do katastrofy doszło podczas załadunku saletry amonowej na pokład francuskiego statku SS Grandcamp. Z nieznanych przyczyn w jednej z ładowni częściowo wyładowanych workami z saletrą, pojawił się ogień. Przez ponad godzinę próbowano go nieskutecznie ugasić. Pożar był w końcu tak intensywny, że stalowe burty statku zaczęły się wyginać, a woda wokół niego wrzała. W końcu o 9:12 rano, 16 kwietnia, w ładowni powstała na tyle wysoka temperatura i ciśnienie, że saletra amonowa eksplodowała. Ogromny wybuch zrujnował port i przemysłową część miasta. Fala uderzeniowa wybijała okna nawet 15 kilometrów dalej. Dwa samoloty zostały przez nią strącone z nieba.

W kolejnych godzinach eksplodował kolejny statek częściowo załadowany saletrą amonową, a do tego zbiorniki z ropą. Doliczono się 581 ofiar, choć jest możliwe, że było ich więcej. Kilka tysięcy osób zostało rannych. Pół tysiąca domów mieszkalnych zniszczonych. Odbudowa nastąpiła jednak szybko. W całych USA organizowano zbiórki, a szereg firm, których budynki ucierpiały, od razu przystąpił do prac nad usunięciem szkód. Część wręcz postawiła jeszcze większe zakłady, niż te wcześniejsze.

Wrak jednego ze statków zniszczonych przez eksplozję w Texas CityWrak jednego ze statków zniszczonych przez eksplozję w Texas City Fot. domena publiczna

Zabójcze wojenne standardy

Kolejna na liście najgorszych katastrof tego rodzaju jest eksplozja wielkiego składu amunicji w bazie brytyjskiego lotnictwa RAF Fauld w 1944 roku. W korytarzach pozostałych po kopalni umieszczono tam tysiące bomb, rakiet i pocisków. W wojennych realiach panowały bardzo luźne zasady bezpieczeństwa. Prawdopodobnie jeden z cywilów zaangażowanych do pracy w składzie przypadkowo spowodował eksplozję jednej z bomb, próbując usunąć jej zapalnik przy pomocy piły. Nie wiadomo, ile konkretnie amunicji wybuchło, ale szacuje się, że 4,5-5 tysięcy ton. W pobliżu nie było jednak wielu zabudowań. Większość spośród około 70 ofiar to pracownicy pobliskiej kopalni gipsu. Zniszczenia nie były więc wielkie. Po wybuchu pozostał krater głęboki na prawie sto metrów i szeroki na 300.

Bomby w jednym z tuneli składu RAF FauldBomby w jednym z tuneli składu RAF Fauld Fot. RAF

Krater pozostały po eksplozji w RAF FauldKrater pozostały po eksplozji w RAF Fauld Fot. RAF

Kolejna na liście katastrofa miała miejsce w tym samym roku, ale w Port Chicago (nieistniejąca już mała miejscowość w pobliżu San Francisco, nie miasto Chicago). Doszło do niej podczas załadunku amunicji na statek. Podobnie jak w RAF Fauld, dużą rolę najpewniej odegrał wojenny pośpiech i lekceważenie zasad bezpieczeństwa. W porcie trwała rywalizacja o to, która z brygad dokerów szybciej załaduje statek. Podczas umieszczania bomb głębinowych w ładowniach jednostki SS E.A. Bryan prawdopodobnie upuszczono jedną z dużej wysokości. Ocaleli świadkowie słyszeli głośne metaliczne uderzenia. Kilka sekund później doszło do ogromnej eksplozji. Wszystkich 320 ludzi znajdujących się na nabrzeżu, zajętych ładowaniem SS E.A. Bryan i drugiej jednostki stojącej obok, zginęło na miejscu. Nie było innych ofiar, ponieważ punkt ładowania amunicji był specjalnie umieszczony w odludnym miejscu. Fala uderzeniowa i spadające szczątki raniły w promieniu kilku kilometrów około 400 osób. Katastrofa miała dodatkowy efekt, w postaci późniejszego buntu kilkuset marynarzy, którzy mieli kontynuować pracę w miejsce tych zabitych. W większości byli to czarnoskórzy poborowi, rutynowo kierowani do tego rodzaju niebezpiecznych i mało chwalebnych prac. Późniejszy proces 50 z nich przed sądem wojskowym wywołał dużo napięć na tle rasowym i nagłośnił kwestię rasizmu w szeregach US Navy. Wszystkich skazano na kilkanaście lat więzienia, ale po zakończeniu wojny objęto ich amnestią.

Tyle pozostało po pirsie do ładowania amunicji w Port Chicago. Przed wybuchem na zdjęciu powinny być dwa statki, dźwigi, kilkanaście wagonów, baraki i tłum marynarzy zajętych załadunkiemTyle pozostało po pirsie do ładowania amunicji w Port Chicago. Przed wybuchem na zdjęciu powinny być dwa statki, dźwigi, kilkanaście wagonów, baraki i tłum marynarzy zajętych załadunkiem Fot. US Navy

Ostatnią na liście, przed najnowszą katastrofą w Bejrucie, najpewniej jest wielka eksplozja w niemieckim mieście Oppau w 1921 roku. Tutaj "sprawcą" ponownie była saletra amonowa, zmieszana z siarczanem amonu. Obie substancje produkowano jako nawóz w dużych zakładach firmy BASF. Przyczyną po raz kolejny były bardzo luźne zasady bezpieczeństwa. Według ocalałych pracowników obie substancje przechowywano zmieszane w dużym silosie, gdzie pod swoim ciężarem, w dolnej części zbijały się w twardy blok. Do jego rozbijania używano eksplozji lasek dynamitu. Warunki panujące w silosie i właściwości chemiczne obu substancji miały gwarantować, że będzie to bezpieczne. Tak jednak nie było. Podczas jednej z wielu procedur "rozbijania", doszło do potężnej eksplozji. Cały silos, zawierający kilka tysięcy ton obu substancji, wyleciał w powietrze. Zginęło co najmniej 560 osób, głównie pracowników fabryki. Pobliskie Oppau zostało zrujnowane. Fala uderzeniowa wybijała okna w miejscowościach położonych nawet 30 kilometrów dalej.

Kropla w morzu atomowej destrukcji

Ze względu na charakter tego rodzaju wydarzeń trudno o dokładne obliczenie mocy katastrofalnych eksplozji. Są jednak orientacyjne wyliczenia, biorące pod uwagę co i w jakiej ilości wybuchło, uzupełnione o analizę skutków, czyli to, w jakiej odległości od epicentrum jakie zarejestrowano zniszczenia. Pozwala to wyrazić moc eksplozji w tak zwanym równoważniku trotylowym, czyli określeniu, jaka ilość eksplodującego trotylu uwolniłaby taką samą energię. W ten sposób określa się najczęściej moc broni jądrowej.

I tak eksplozje w Halifaksie i Texas City miały prawdopodobnie moc rzędu trzech tysięcy ton trotylu, czyli w standardowym zapisie 3kt TNT. Wybuch w RAF Faud miał moc około 2kt TNT. W Chicago niewiele mniej. Oppau to prawdopodobnie 1,5kt TNT. Moc eksplozji w Bejrucie nie jest jeszcze w pewny sposób ustalona, ale jest szacowana na nawet około 1,4kt TNT.

Patrząc na to, jaką skalę zniszczeń spowodowała katastrofa w Libanie, wielce wymowny jest fakt, że miała moc zaledwie około 10 procent bomby atomowej - o kryptonimie Little Boy (ang. - mały chłopiec) zrzuconej na Hiroszimę. Standardowe obecnie głowice jądrowe mają moc rzędu 300-500kt TNT. Są ich tysiące. Potencjał destrukcyjny zgromadzony w arsenałach mocarstw jest trudny do wyobrażenia.