Białoruś. Zatrzymani "wagnerowcy" mieli bilety do Turcji, z których nie zamierzali skorzystać

Zatrzymani pod zarzutami próby ingerencji w wybory na Białorusi obywatele Rosji mieli lecieć do Stambułu, ale spóźnili się na samolot - przekonywał rosyjski ambasador. Teraz białoruscy śledczy mówią, że choć członkowie paramilitarnej grupy Wagnera mieli bilety, ale nie zamierzali z nich skorzystać.
Zobacz wideo Napięta sytuacja na Białorusi. Kto będzie prezydentem?

Na Białorusi we wtorek nad ranem zatrzymano 33 obywateli Rosji należących do prywatnej formacji paramilitarnej Wagnera. Zarzucono im, że przyjechali, aby ingerować w wewnętrzne sprawy Białorusi w trakcie trwającej kampanii przed rozpisanymi na 9 sierpnia wyborami prezydenckimi.

W piątek wieczorem przedstawiciel białoruskiego Komitetu Śledczego przedstawił nowe szczegóły. Jak podaje belsat.eu, bilety do na lot do Stambułu, które mieli ze sobą mężczyźni, były tylko alibi. Wg komitetu mieli wykupione bilety, ale wcale nie zamierzali lecieć do Turcji. Bilety były kupione na 25 lipca, a mężczyzn zatrzymano ich w nocy z 28 na 29 lipca.

Grupa koordynowała swoje działania i porozumiewała się przez komunikator WhatsApp. 

O tym, że mężczyźni rzekomo byli w drodze do Turcji, przekonywał rosyjski ambasador w Mińsku. Dmitrij Mieziencew  twierdził, że chcieli lecieć do Stambułu, ale nie zdążyli na samolot i dlatego zatrzymali się w sanatorium pod Mińskiem.

Wagnerowcy mieli walczyć w Ukrainie i Afryce

Białoruskie niezależne media wyjaśniły, że około połowy z zatrzymanych walczyła w Donbasie na wschodzie Ukrainy. Najemnicy prawdopodobnie mają również doświadczenie z walk w Afryce. Na kadrach pokazanych przez białoruską telewizję widać, że mieli przy sobie walutę Sudanu oraz teksty w języku arabskim.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy liczy na ekstradycję bojowników, którzy walczyli w Donbasie i przeciwko którym toczą się sprawy karne. "Wniosek zostanie przygotowany w najbliższym czasie w prokuraturze generalnej Ukrainy, zgodnie z prawem" - poinformowało SBU.