Zakażenia koronawirusem w Serbii wystrzeliły po wyborach. Zaczęły się protesty, doszło do starć. "Gaz na ulicach"

Serbowie trzeci dzień protestują, przede wszystkim w Belgradzie. Powód? Władza przed wyborami znosiła obostrzenia, a teraz prezydent kraju alarmuje, że z racji wzrostu zakażeń brakuje miejsc w szpitalach stolicy. Doszło do brutalnych starć demonstrantów z policją, mnożą się wzajemne oskarżenia, nawet o zagraniczną inspirację protestów. Polka mieszkająca w Belgradzie opowiada Gazeta.pl: - W centrum już było ostro około godz. 20, gaz na ulicach. Do późnej nocy jeździły karetki, rozpędzono to bardzo brutalnie.

Blisko siedmiomilionowa Serbia stanęła przed podobnym wyzwaniem w trakcie pandemii koronawirusa co Polska. W tym roku rząd w Belgradzie poza zmierzeniem się z epidemią musiał zorganizować wybory, tyle że parlamentarne - miały odbyć się 26 kwietnia. Gdy tylko - wstępnie - opanowano pandemię, obywatele ruszyli do urn.

Zobacz wideo Czy luzowanie obostrzeń i odmrażanie gospodarki były przedwczesne?

Wybory w cieniu pandemii, Vucić zgarnia wszystko

Jeszcze 16 kwietnia w Serbii odnotowano 445 nowych przypadków koronawirusa, ale już pod koniec maja ta liczba spadła do zaledwie 31. Wydawało się, że sytuacja się unormowała, zdecydowano więc o organizacji wyborów 21 czerwca. Zdecydowanie zwyciężyła je koalicja Dla naszych dzieci pod auspicjami prezydenta Aleksandara Vucicia, lidera rządzącej, prawicowej SNS (Serbska Partia Postępowa) - zdobyła ponad 60 proc. głosów.

W zasadzie właśnie od 21 czerwca sytuacja zaczęła się zaogniać. Wcześniej wiele opozycyjnych ugrupowań zbojkotowało wybory ze względu na zastrzeżenia co do bezpieczeństwa ich przeprowadzenia, padały zarzuty, że mogą być one po prostu nieuczciwe. Wyniki tylko wzmogły takie zarzuty. Jak odnotował Ośrodek Studiów Wschodnich:

Większość ugrupowań opozycyjnych nie wzięła udziału w wyborach i nawoływała do ich bojkotu, argumentując, że kontrola mediów i instytucji państwowych przez rządzącą SNS uniemożliwia przeprowadzenie głosowania zgodnie z demokratycznymi standardami. (...). Przedstawiciele UE i OBWE potwierdzili, że dominacja partii rządzącej w mediach nie pozwoliła opozycji prowadzić kampanii na równych warunkach.

Serbia zniosła obostrzenia przed wyborami. Liczba zakażeń wystrzeliła

Poza niespokojną sytuacją gospodarczą i polityczną Serbom przyszło zmierzyć się z powrotem koronawirusa. W dniu wyborów parlamentarnych nowych przypadków było już 91, tydzień po nich - 254, a 8 lipca aż 357. Wcześniej władze stosunkowo szybko znosiły kolejne restrykcje. Teraz opozycja, ale też obywatele, zarzucają rządzącym, że robili to zbyt pochopnie, a w efekcie - przyczynili się do wzrostu zakażeń i kolejnych śmierci z powodu koronawirusa.

Natalia (imię zmienione - red.), która mieszka w Belgradzie, opowiada Gazeta.pl, że początkowo żaden z jej serbskich znajomych nie ekscytował się wyborami parlamentarnymi, ten temat nie pojawiał się w rozmowach. - Mówili, że wybory to hucpa. Kolega wspominał, że nie zagłosuje na opozycję, bo nie wie, który z nich kradnie, a przynajmniej Vucicia i jego ekipę zna, choć robią to samo - mówi.

Jednak zamiast sprawnego utrwalenia władzy w Serbii, Vucić dorobił się poważnego problemu. We wtorek i środę w Belgradzie protestowano, w pewnym momencie demonstracje zbrutalizowały się, podobnie jak działania policji.

Prezydent alarmuje, że "szpitale są prawie pełne". Ludzie wyszli na ulice

Wszystko zapoczątkował Aleksandar Vucić, ogłaszając we wtorek w telewizji, że jednego dnia zmarło 13 osób, 120 jest pod respiratorami, a około cztery tysiące jest w szpitalach. - Wszystkie szpitale w Belgradzie są prawie pełne - powiedział.

 

Vucić stwierdził, że sytuacja jest na tyle poważna, że rozważany jest powrót obostrzeń, w tym godziny policyjnej (nawet trzydniowej od piątku do poniedziałku rano) oraz blokada miasta (zamknięcie go, lockdown).

- Ten pomysł blokady wcale nie jest taki nowy, pojawiał się już w marcu. Sytuacja diametralnie zmieniła się po wyborach, wzrosła liczba zakażeń, a w efekcie - zapanowała dezorientacja. Vucić ogłosił te plany godziny policyjnej i się zaczęło. Ludzie czują, że ktoś ich zrobił w konia. Wyszli na ulice, bo czują się oszukani, zapewniano ich, że mogą głosować, a nagle mają wrócić restrykcje - dopowiada Polka.

Pierwszy protest ruszył we wtorek 7 lipca, wówczas zaczęto na szybko zwoływać się na Facebooku, by wyjść na ulice. Do północy było względnie spokojnie, a jak mówi Natalia, która mieszka niedaleko centrum Belgradu, początkowo demonstrowali m.in. studenci. Dopiero po północy wszystko zaczęło się brutalizować.

Wtedy protestujący wtargnęli do budynku parlamentu, interweniowała policja, w ruch poszły gaz łzawiący i pałki.

"W centrum było ostro, karetki jeździły do nocy. Rozpędzono to brutalnie"

Protestujący nie zaprzestali działań, wrócili w środę, ale niebezpiecznie zrobiło się o wiele wcześniej niż we wtorek. Protestowano zresztą nie tylko w Belgradzie, ale też w Nowym Sadzie czy Niszu, ale nie na tę skalę, co w stolicy. Polka opowiada:

Wracałam do domu, wiedziałam, że coś jest zaplanowane na godz. 18. Koło 21.30 trafiłam do mieszkania, musiałam iść bocznymi uliczkami, tam w centrum już było ostro około godz. 20, gaz na ulicach. Do późnej nocy jeździły karetki, rozpędzono to bardzo brutalnie, wszystko skończyło się przed 23.

W sieci można znaleźć nagrania, jak to nagłośnione przez portal nova.rs, na którym zarejestrowano, jak policjant podpala kontener.

 

Już padają zarzuty wobec serbskich rządzących, że protesty były pokojowe, a "zainstalowano" tam ludzi, którzy mieli je zaognić, prowokować, nie tylko z policji. Serbskie władze mają już też swoją narrację do tych wydarzeń, jak donosi portal b92.net, premierka Ana Brnabić przyznała, że środowe protesty były intensywne, ale nie pozwoli na "brutalny przewrót i anarchię w Serbii.

Na nieco inną retorykę postawił Aleksandar Vucić, który potępił środowe protesty, wskazując, że w demonstracje zaangażowane były zagraniczne służby, chcące destabilizować sytuację w Serbii.

Planowane są kolejne protesty. Dziesiątki rannych, także wśród policjantów

Później na nagraniu z samolotu Vucić apelował o spokój i rozwagę obywateli, zapewniał, że służby będą dbać o "pokój i stabilność" w kraju, po serii "chuligańskich, furiackich ataków". - Do zobaczenia wkrótce, Serbia wygra - mówił. Jednak sytuacja nie jest taka biało czarna. Np. brytyjska ambasada potępia akty agresji nie tylko ze strony protestujących, ale też nadmierną brutalność serbskiej policji.

Zwłaszcza w środę było to widoczne: poza funkcjonariuszami, do rozpędzania protestujących w Belgradzie wysłano też policję konną, szarżującą na demonstrantów, ale również wozy.

 

Szacunki rannych w protestach są różne. Agencja AP donosi, że tylko w środę ucierpiało 10 policjantów, z czego jeden miał dwie złamane nogi. Z kolei "Balkan Insight" szacuje, że w środę rannych zostało 19 policjantów i 17 protestujących, wskazuje również na dziwne działania policji: zaatakowano trzech dziennikarzy portalu nova.rs. Z kolei Vucić mówił o blisko 50 rannych policjantach (dane z dwóch dni) i pięciu podpalonych samochodach służb. Trudno oszacować, ilu demonstrantów ucierpiało - możliwe, że źródła rządowe zaniżają liczbę poszkodowanych.

W czwartek po godz. 18 znowu rozpoczęły się protesty. Natalia mówi, że ludzie mimo ostatnich wydarzeń zwoływali się w mediach społecznościowych. Wstępnie planowany jest "siedzący protest". - To teraz zamieniło się w antyrządowe protesty, przeciwko Vuciciowi - kwituje Polka.

Protesty jednak zmieniły jedno: serbskie władze wycofały się z pomysłu wprowadzenia godziny policyjnej, a w Belgradzie ma obowiązywać jedynie zakaz organizowania spotkań publicznych powyżej 10 osób. Dodatkowo m.in. sklepy, bary czy restauracje mają być zamknięte co najmniej od godz. 21.

Więcej o: