Atomowy saper, prawdopodobnie najgorsza praca świata. W nagrodę mógł liczyć na "podwójne martini" [TAKA CIEKAWOSTKA]

Oślepiający błysk, kula ognia, chmura w kształcie grzyba, potężna fala uderzeniowa. To standardowo przywodzą na myśl słowa "test broni jądrowej". Zazwyczaj tak bywało, ale czasem coś poszło nie tak. Była tylko cisza. I w pełni uzbrojona, gotowa do wybuchu bomba jądrowa umieszczona na wieży wysokiej na sto metrów nad pustynią. Ktoś musiał do niej pojechać, wspiąć się na nią i odłączyć kilka kabelków.

Można na ten temat dyskutować, ale to prawdopodobnie jedna z najbardziej niewdzięcznych prac w historii. Zwłaszcza że osoby, które miały tego pecha ją wykonywać, robiły to bez specjalnego uznania. Praktycznie nikt o nich nie pamięta, a jedyne szczegółowe informacje na ich temat to skany starych artykułów w już nieukazujących się tygodnikach "Collier's" i "Life".

Ich historia wydaje mi się jednak bardzo ciekawa. Można sobie wyobrażać, co czuli, kiedy jechali przez pustynię, w kierunku wysokich stalowych wież, na szczycie których w małym pomieszczeniu spoczywały ładunki jądrowe. Kiedy stawali u ich podstawy i patrzyli w górę, a potem wspinali się po drabinach na szczyt. Cały czas ze świadomością, że nad ich głową jest broń, która z nieznanego powodu nie zadziałała, ale jest w stanie w ciągu milisekundy obrócić ich w nicość.

Musiał to robić dwa razy

Jeden z naukowców pracujących przy testach jądrowych miał tę wątpliwą przyjemność, że doświadczył czegoś takiego dwa razy. John C. Clarke był na początku lat 50. zastępcą szefa ds. testów w Atomic Energy Commision (AEC - cywilna agencja rządu USA, która po wojnie przejęła od wojska odpowiedzialność za rozwój i produkcję broni jądrowej). Regularnie bywał na poligonie atomowym w Nevadzie, gdzie od początku lat 50. coraz częściej przeprowadzano próby jądrowe. Wcześniej organizowano je na wyspach na Pacyfiku, ale wiązało się to z ogromnym dodatkowym wysiłkiem logistycznym. Testy mniejszych ładunków postanowiono więc przenieść do USA.

Jesienią 1951 roku w Nevadzie przeprowadzono serię siedmiu eksplozji w ramach operacji Buster-Jangle. Podczas pierwszej próby, opatrzonej nazwą Able, doszło do usterki. Nowa bomba Mark VI nie wybuchła. Nie zachowały się na ten temat żadne szersze relacje. Wiadomo tyle, że pod kierownictwem Clarke'a ją rozbrojono i stwierdzono, że źle dokonano połączeń w układzie odpowiedzialnym z detonację. Trzy dni później bomba zadziałała, choć nie tak, jak powinna, bo reakcja jądrowa była śladowa.

Niecały rok później Clarke znalazł się w identycznej sytuacji. Wiosną 1952 roku przeprowadzono serię ośmiu eksplozji w ramach operacji Tumbler-Snapper. Na 20 maja zaplanowano test Fox. Na wysokiej na 90 metrów nad pustynię wieży umieszczono zmodyfikowaną bombę Mark 5 z nowym systemem inicjującym reakcję jądrową. Spodziewano się eksplozji porównywalnej do tej w Hiroszimie. Sześć i pół kilometra od wieży w okopach siedziało 950 żołnierzy US Army i 500 różnego rodzaju wojskowych oraz cywilnych specjalistów, którzy mieli wszystko obserwować.

Cisza i ciemność zamiast błysku i huku

Clarke był "odpalającym", czyli tym, który naciskał guzik rozpoczynający automatyczny proces detonacji. Najważniejszym spośród naukowców i inżynierów szykujących test. Dwie godziny przed zaplanowaną eksplozją, jeszcze w ciemnościach nocy, wraz z kilkoma kolegami kończył przygotowania na wieży z bombą. 90 metrów nad powierzchnią pustyni, w małym pomieszczeniu z blachy falistej, mniej więcej cztery na cztery metry, podłączali ostatnie kable do aparatury kontrolującej proces detonacji. Po skończonej pracy zjechali windą na dół, po czym ją zdemontowano i zabrano. Niedługo później Clarke i jego zespół dotarli do bunkra kontrolnego około 14 kilometrów od wieży. Tam 15 minut przed zaplanowaną "godziną zero" wcisnął guzik uruchamiający automatyczny system detonujący. Zaczęło się odliczanie.

Dwie minuty przed planowaną eksplozją żołnierze w okopach dostali rozkaz obrócenia się plecami, kucnięcia i zakrycia głowy. Obserwatorzy na dalszych stanowiskach założyli gogle i przygotowali się na spodziewany błysk. W tym czasie na panelu kontrolnym przed Clarkiem kolejne zielone lampki gasły i zapalały się czerwone, sygnalizujące wykonanie przez system kolejnej czynności prowadzącej do uruchomienia zapalnika. Kiedy nadeszła godzina zero i zgasła ostatnia zielona lampka, w bunkrze zapadła pełna napięcia cisza. Jednak na horyzoncie nie pojawił się spodziewany błysk. Nie nadszedł huk i wstrząs. - Panująca cisza i spokój były pełne napięcia większego, niż gdyby doszło do eksplozji. Clarke w końcu wycedził: "O cholera..." - opisywał dziennikarz tygodnika "Collier's", Robert Cahn.

Z głośników rozstawionych w pobliżu okopów z ukrytymi żołnierzami popłynęło ostrzeżenie: "Uwaga! Mamy niewybuch! Pozostać w miejscu. Nie ruszać się!". W tym czasie naukowcy pośpiesznie sprawdzali elektrykę w bunkrze. Szybko stwierdzili, że na tym końcu układu wszystko jest dobrze. To oznaczało, że problem tkwi gdzie indziej. Żeby jednak ustalić gdzie, trzeba było najpierw zrobić jedną rzecz. Rozbroić gotową do eksplozji bombę jądrową. - Damy jej jeszcze z godzinkę, skoro ma najwyraźniej taką potrzebę - stwierdził półżartem Clarke.

W ciągu tej godziny nic się jednak nie stało. Żołnierzom nakazano więc pośpiesznie ewakuować się z rejonu testu i pozostać plecami do bomby. W tym czasie przygotowano procedurę rozbrojenia ładunku. Clarke, jako kierownik testu, automatycznie został szefem zespołu "atomowych saperów". Drugi raz w życiu. Wraz z nim do zespołu wybrano dwóch inżynierów z największym doświadczeniem w układach elektrycznych bomby i systemu jej odpalania, Barneya O'Keefe oraz Johna Wienke. Zabrali z sobą trochę liny, instrumenty pomiarowe, piłę do metalu i drobniejsze narzędzia. Wszystko wrzucili do standardowego rządowego dodge'a wayfarera i ruszyli w kilkunastokilometrową podróż przez bezludną pustynię, ku wieży z bombą. - Za taką robotę człowiekowi powinny chyba się należeć nadgodziny - stwierdził przed odjazdem Clarke, na co szef bezpieczeństwa AEC ironicznie odparł, że "zapłacimy w podwójnym martini po robocie".

Zobacz wideo

Długa wyprawa do bomby

W drodze w kierunku wieży trójka miała przed sobą wschodzące słońce. Opuścili więc zasłony przeciwsłoneczne, przy okazji mając nadzieję, że gdyby bomba jednak postanowiła wybuchnąć, to może nie zostaliby oślepieni. - Około półtora km od wieży podnieśliśmy je, bo błysk był wówczas naszym najmniejszym zmartwieniem. Wjechaliśmy w strefę, gdzie nic by nam już nie pomogło - wspominał Clarke. Kiedy już dotarli do podstawy stalowej wieży i wysiedli, mieli przed sobą nie lada wysiłek fizyczny. Musieli się wspiąć po drabinach na odpowiednik mniej więcej 30. piętra. Żaden z nich nie był typem sportowca, więc podróż w górę zajęła im prawie godzinę. - Po cholerę my demontujemy tę głupią windę. Zachciało nam się zaoszczędzić parę dolarów pieniędzy podatnika - miał stwierdzić Wienke.

Na szczyt dotarli około siódmej rano. Dwie godziny po "godzinie zero". Clarke przy pomocy piły przeciął gruby drut, którym zaplombował pomieszczenie z bombą trochę ponad cztery godziny wcześniej. O'Keefe uruchomił telefon pozostawiony przezornie na miejscu i połączył się z bunkrem kontroli. Następnie przez kilka pełnych napięcia minut relacjonował wszystko, co robił Clarke, który przystąpił do rozbrajania bomby. Przysłuchiwały się temu dwie osoby na drugim końcu linii. Na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak, to zawsze dwie osoby mogą usłyszeć i zapamiętać więcej niż jedna.

Wszystko poszło jednak bezproblemowo. Clarke kilkoma wprawnymi ruchami otworzył otwór w bombie normalnie służący do wkładania rdzenia i odpiął dwa kluczowe kabelki. Rozbroił w ten sposób sam rdzeń. Nie było już ryzyka eksplozji jądrowej, ale nadal był uzbrojony główny zapalnik detonujący kilkadziesiąt kilogramów materiałów wybuchowych zaczynających działanie całej bomby. Tyle by spokojnie wystarczyło do zniszczenia całego szczytu wieży i trzech siedzących na niej ludzi. Rozbrojenie tego elementu też poszło jednak gładko. Znający cały ten system na pamięć "saperzy" bez problemu go rozmontowali. Choć zdecydowanie częściej robili to w drugą stronę.

W reportażu Cahna nie ma słowa o tym, czy Clarke dostał wieczorem tego dnia swoje podwójne martini. Jest jednak o tym, co spowodowało awarię. Szybko ustalono, że procedurę detonacji została wstrzymana przez jeden z bezpieczników, który wykrył, że nie uruchomiła się jedna z kamer rejestrujących eksplozję. Były to czasy przed komputerami, więc naukowcy nie zostali o tym automatycznie powiadomieni. Musieli do tego dojść, dokładnie badając całą elektrykę. 

Do niemal identycznej sytuacji doszło pięć lat później podczas operacji Plumbbob, która obfitowała w wyjątkowe wydarzenia. Dwa już opisywałem, czyli ludzi dobrowolnie stojących pod eksplozją jądrową i przykrywą tunelu z bombą, która zyskała wielką sławę. Przydarzył się też niewybuch podczas testu Diablo, 28 czerwca 1957 roku. Umieszczony na wysokiej na 150 metrów wieży ładunek nie eksplodował. Podobnie jak w przypadku testu Fox troje ludzi, choć tym razem już bez Clarke'a, który awansował i zmienił zajęcie, wspięło się na szczyt i odłączyło kluczowe kabelki. Ich wysiłek opisał tygodnik "Life". Można o nim też w bardziej skondensowanej formie przeczytać w książce "Under the Cloud" Richarda Millera, poświęconej amerykańskim testom jądrowym. W tym przypadku okazało się, że podczas demontowania windy (czego, jak widać, nie zaniechano), uszkodzono jeden z kluczowych kabli biegnących na szczyt wieży. W efekcie system nie pozwolił na detonację. Dwa tygodnie później wszystko już zadziałało tak, jak powinno.

Krótki film dokumentalny poświęcony nieudanemu pierwszemu odpaleniu ładunku Diablo i jego rozbrajaniu.

 

Po operacji Plumbbob Amerykanie szybko przestawili się na testy podziemne. O których też pisałem. Nie było już więc okazji do tego rodzaju wyczynów "atomowych saperów". Podczas przeszukiwania źródeł natrafiłem tylko na informacje o tych trzech powyższych przypadkach. Można więc powiedzieć, że grono osób, które rozbrajały ładunek jądrowy, da się zawęzić do mniej niż dziesięciu. Przynajmniej w USA. Być może do podobnych incydentów doszło w ZSRR, ale nie udało mi się o tym znaleźć informacji.

Więcej o: