Większość żołnierzy USA w Niemczech ma siedzieć na tyłach. I tak powinniśmy mieć nadzieję, że nie wyjadą

Donald Trump nakazał wycofać co czwartego żołnierza stacjonującego w Niemczech. Część z nich ma trafić do Polski. Nie wywołało to jednak wielkiego entuzjazmu w Warszawie. Chodzi o to, że amerykańskie wojsko, nawet w Niemczech, ma wielkie znaczenie w obronie Polski. Tamtejsze bazy to podstawa jego obecności w całej Europie i nie tylko.

Z tego powodu decyzji Trumpa nie należy jeszcze traktować jako ostatecznej. Choć prezydent nakazał przeprowadzenie redukcji do jesieni, to jego pomysł ma niewielu zwolenników w Waszyngtonie. Pentagon w oficjalnych komunikatach zachowuje wymowną powściągliwość, a politycy Partii Republikańskiej w Kongresie wprost krytykują, podobnie jak wielu byłych wojskowych.

Opór można zrozumieć, przeglądając listę tego, co Amerykanie pozostawili w Niemczech po dwóch dekadach zdecydowanych redukcji. Regularnych jednostek bojowych tam niewiele. Znacznie więcej takich, których zadaniem jest dowodzić, zarządzać, organizować i wspierać. Bez nich, w godzinie próby, pomoc USA dla sojuszników z NATO, byłaby bardzo utrudniona.

W Niemczech stacjonuje między innymi większość amerykańskich śmigłowców, biorących udział w ćwiczeniach w Polsce.

Zobacz wideo

Większość ma za zadanie siedzieć na tyłach

Łącznie amerykańskich wojskowych w Niemczech jest obecnie około 34,5 tysiąca. Z tego 20,5 tysiąca to żołnierze wojsk lądowych US Army. 13 tysięcy to lotnicy z USAF. Dodatkowo niecały tysiąc marines i marynarzy. Praktycznie wszyscy służą i żyją w siedmiu garnizonach i bazach lotniczych, umieszczonych w południowych i zachodnich Niemczech.

Pojedynczych baz jest znacznie więcej, ale US Army całe ich grupy organizacyjnie traktuje jako garnizony. Na przykład USAG Ansbach (Garnizon US Army Ansbach), to tak naprawdę dziewięć lokalizacji: Barton Barracks, Bismarck Kaserne, Bleidorn Kaserne, Franken Kaserne, Katterbach Kaserne, Oberdachstetten Training Area, Shipton Kaserne, Storck Barracks i Urlas Kaserne. Pojawiające się często w nazwach amerykańskich baz słowo "kaserne" to po prostu niemieckie słowo na "koszary". Lokując się w Niemczech po II wojnie światowej, Amerykanie często zajmowali koszary wojska niemieckiego i czasami zostawiali ich oryginalne nazwy.

W pięciu garnizonach US Army stacjonują właściwie tylko dwa większe oddziały, których zadaniem jest po prostu walka. To 2. Regiment Kawalerii (brygada zmechanizowana na około 300 transporterach Stryker, 4,5 tysiąca ludzi) w Vilseck i 12. Brygada Lotnicza (prawie setka śmigłowców różnych typów, mających wspierać wojska lądowe) w Ansbach. Dodatkowo lotnictwo wojskowe USAF utrzymuje w bazie Spangdahlem 480. Dywizjon Myśliwski (niecałe 30 maszyn F-16). Te trzy jednostki i wspierające je służby to mniej niż dziesięć tysięcy ludzi. Co robi więc pozostałe 25-28 tysięcy stacjonujących w Niemczech Amerykanów? Skoro ich głównym zadaniem nie jest walka na froncie?

embed

Wszystko, czego nie widać, a jest ważne

Otóż zajmuje się tym, co jest z pozoru nudne, ale ma ogromne znaczenie dla sprawnego działania machiny wojskowej. To sztabowcy, logistycy, służby wywiadowcze, jednostki walki elektronicznej i odpowiedzialne za organizowanie oraz przeprowadzanie szkolenia. Na przykład w garnizonie Wiesbaden jest 2. Brygada Łączności (odpowiada za zapewnienie łączności wojsku USA w Europie i Afryce), 102. Batalion Łączności Strategicznej (łączność dla oddziałów w Europie), 66. Brygada Wywiadu Wojskowego (zdobywanie informacji na temat potencjalnych przeciwników w Europie), 405. Batalion Wsparcia (służby logistyczne), do tego mniejsze jednostki odpowiedzialne za wywiad na terenie Afryki, koordynację nalotów i współpracy z lotnictwem czy zapewnianie aktualnych informacji meteorologicznych.

Garnizon Bawaria ma natomiast, poza brygadą zmechanizowaną w Vilseck, profil szkoleniowy. Podlega mu bowiem wielki poligon Grafenwoher-Hohenfels, czyli największy i najnowocześniejszy obiekt szkoleniowy US Army w Europie. Trenują tam nie tylko Amerykanie, ale też żołnierze z szeregu państw sojuszniczych. Dodatkowo jest tam duży magazyn ciężkiego uzbrojenia, nazywanego European Activity Set. Pozwala on szybko wystawić gotową do walki jednostkę pancerną, po dostarczeniu samych żołnierzy z USA.

Inne zadania ma Garnizon Stuttgart, który jest wybitnie dowódczo-specjalny. W jego ramach działa między innymi centralne dowództwo wojsk USA w Europie (EUCOM) i dowództwo sił Korpusu Piechoty Morskiej w Europie (MARFOR EUCOM). Dodatkowo stacjonują tam na stałe siły specjalne w postaci 1. Batalionu 10. Grupy Sił Specjalnych US Army, odpowiedzialne za różnego rodzaju niestandardowe i niejawne działania w rejonie Europy oraz Afryki.

Baza lotnicza Ramstein to natomiast wielkie centrum logistyczne. Tamtejsze lotnisko to główny punkt lądowania samolotów transportowych na trasie USA - Europa, albo tranzytowo USA - Bliski Wschód. Stacjonuje tam też na stałe 86. Skrzydło Transportowe, dysponujące między innymi samolotami C-130 Herkules. W pobliskim Landstuhl znajduje się największy amerykański szpital wojskowy poza granicami USA, który opiekuje się rannymi zwożonymi nie tylko z Europy, ale też Afryki i Bliskiego Wschodu. Dodatkowo Ramstein to siedziba dowództwa sił lotniczych NATO (AIRCOM) i szeregu amerykańskich jednostek logistycznych.

To skrócone wyliczenie pokazuje, że amerykańskie wojsko w Niemczech to nie jest siła mająca bronić Niemiec. To kręgosłup amerykańskiej obecności w Europie i w znacznej mierze również w Afryce oraz na Bliskim Wschodzie. Bez tych baz i bez tych jednostek o nudno brzmiących nazwach, Amerykanom byłoby w razie potrzeby nieporównywalnie trudniej szybko zjawić się w Europie z pomocą, gdyby na przykład Rosja postanowiła dokonać agresji na kraje bałtyckie. Siły śpieszące z odsieczą, musiałyby poświecić czas na zorganizowanie się i zorientowanie w sytuacji, ponieważ nie miałyby aktualnych informacji wywiadowczych, gotowej sieci łączności i dowódców znających lokalną sytuację. Byłyby też gorzej zaopatrzone, bez gotowych centrów logistycznych. W polskim interesie jest więc jak najbardziej dbać o to, aby Amerykanie nie wycofywali się z Niemiec. Nawet jeśli oznacza to przeniesienie części tych sił do Polski. Bo i tak zdecydowana większość ma po prostu wrócić do USA.

- To kolosalny błąd. Decyzja czysto polityczna. Kreml w żaden sposób nie zasłużył na taki prezent - powiedział portalowi Politico generał rezerwy Ben Hodges, były dowódca sił US Army w Europie.

Zobacz wideo