Uchodźcy we własnym kraju. Tahani po mężu zabitym przez ISIS został sygnet i zdjęcie grobu

- Nigdy nie wrócę do Mosulu po tym, co tam widziałam. Dzieci dalej mają traumę, moczą się, Ahmad budzi się w nocy z krzykiem, zaczyna nagle płakać - mówi 33-letnia Tahani. Irakijka przeżyła w mieście rządy Państwa Islamskiego, straciła męża, uratowała siebie i dzieci. Od lat mieszka w obozie dla uchodźców wewnętrznych w Irackim Kurdystanie. Nie ma do czego wracać - mówi - i chce tylko bezpieczeństwa dla swoich bliskich.

20 czerwca to Światowy Dzień Uchodźcy. Tego dnia szczególnie warto pomyśleć o ponad prawie 80 mln ludzi na świecie, którzy byli zmuszeni opuścić swoje domy. Ponad połowa - choć uciekła przed wojną, katastrofami czy prześladowaniem - nie opuściła swojego kraju. Te osoby nazywamy uchodźcami wewnętrznymi.

- Uciekliśmy z Mosulu w nocy, kiedy weszło do niego Daesh (arabski skrót od nazwy Państwa Islamskiego). Nic nie zabraliśmy ze sobą. Słyszeliśmy strzały, wybuchy. Byliśmy przerażeni. Pod osłoną nocy opuściliśmy miasto - wspomina 37-letni Saud. Irakijczyk od pięciu lat jest uchodźcą we własnym kraju. Razem z rodziną uciekł przed atakiem islamistów i wciąż nie wrócił do rodzinnego miasta. 

Państwo Islamskie zostało pokonane w Iraku kilka lat temu, jednak wojna z islamistami odcisnęła swój ślad widoczny wyraźnie do dziś. To zniszczone miasta - w tym Mosul - i zniszczone życia. W 2016 roku w Iraku było ponad trzy miliony osób wewnętrznie wysiedlonych - lub uchodźców wewnętrznych. Do teraz ok. 450 tys. ludzi nie wróciło do swoich domów. Wielu przybyła z innych części kraju do częściowo autonomicznego Irackiego Kurdystanu. W czasie walk z islamistami było tam bezpieczniej, region jest lepiej rozwinięty i postrzegany jako bardziej stabilny od reszty kraju. 

Większość postanowiła wrócić, ale część wciąż się boi, inni mówią, że nie mają do czego wracać. A niektórzy wolą zostać bardziej stabilnym Kurdystanie, niż jechać np. do dopiero podnoszącego się z gruzów Mosulu. W grudniu Gazeta.pl odwiedziła obozu uchodźców wewnętrznych w Irackim Kurdystanie, gdzie działa Polska Misja Medyczna. 

"Jesteśmy z Państwa Islamskiego i informujemy, że obcięliśmy głowę twojemu ojcu"

Saud mieszka w obozie obok Irbilu (stolica Irackiego Kurdystanu) z 55-letnią matką Taleą i 12-letni bratem Fahedem. Wspomina dzień ucieczki z Mosulu. Mówi, że on i jego inny brat w siłach bezpieczeństwa bali się szczególnie. Takie osoby były dla islamistów celem.

Ojciec także był wojskowym, chociaż zdążył już przejść na emeryturę. W dniu, gdy Daesh zaatakowało Mosul, był w innej części miasta. Nie mogliśmy się znaleźć, uciekliśmy, zanim udało się z nim spotkać. Później próbował wydostać się z miasta na własną rękę, ale mu się nie udało

- opisuje. Rodzina opowiada, że w dniu ucieczki w mieście panował chaos. Ludzie brali pierwszy lepszy samochód i uciekali. Oni trafili do innego miasta, koczowali tam przez jakiś czas, a później pieszo udali się do Irbilu.

Czułem, jakbyśmy umierali. Mama płakała, młodszy brat płakał. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać, co zrobić. To było jak sceny z horroru. Płonące samochody, wybuchy, pożary, przerażeni ludzie biegający po ulicach. Nie mieliśmy jak skontaktować się z bliskimi, próbowaliśmy tylko ujść z życiem.

Po kilku dniach dowiedzieli się, co stało się z ojcem. - Zabili go bojownicy Państwa Islamskiego. Islamiści sami nas zawiadomili. Nie wiem, skąd mieli mój numer. Ale zadzwonili i powiedzieli: Jesteśmy z Państwa Islamskiego i informujemy, że obcięliśmy głowę twojemu ojcu. Na początku myślałem, że może to głupi żart. Ale to była prawda. Zabili go, ponieważ jesteśmy związani z wojskiem. Nie wiemy, gdzie został pochowany - wyznajde Saud.

Dwa lata pod okupacją Państwa Islamskiego. "Jedliśmy czasem karmę dla ptaków"

Tahani Ghanu ma 33 lata, mieszka z ojcem i matką oraz 10-letnim synem Ahmadem w tym samym obozie obok Irbilu. Poza uchodźstwem, przeżyli też dwa lata pod okupacją islamistów. Rodzina pochodzi z miasta Sindżar, w pobliżu granicy z Syrią. W 2014 roku Państwo Islamskie dokonało tam masakry tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci z mniejszości Jazydów. Mieszkali tam jej rodzice, a ona z mężem - w oddalonym o ok. 120 km Mosulu  

Rodzina nie uciekła z Mosulu tuż po pojawieniu się tam Państwa Islamskiego, ale dopiero po ok. dwóch latach - w 2016 roku. - Przegapiliśmy moment na ucieczkę. Kiedy Daesh przejęło kontrolę nad miastem, nikomu nie pozwalali wyjeżdżać - wyjaśnia Tahani.

Życie pod Daesh było straszne. Nie było wody, nie było jedzenia, nie było sklepów, pracy, źródła dochodu, nie było niczego. Sama nie wiem, jak przetrwaliśmy. Jedliśmy czasem karmę dla ptaków. Ich prawa były dla nas nowe. Odebrali nam nasza wolność. Jako kobieta nie mogłam pokazać nawet kawałka ciała, na ogół nie mogłam nawet wyjść z domu.  Za łamanie prawa mogli cię skazać na chłostę, mogli skazać na śmierć

 - wspomina. Stałe niebezpieczeństwo groziło także jej mężowi, który był wojskowym. - Pewnego dnia siedziałam w domu, mąż wyszedł z domu. Minęło popołudnie, minął wieczór. W nocy byliśmy już bardzo nerwowi. Bliscy i sąsiedzi próbowali go szukać, ale się nie udało - opowiada. 

W środku nocy do drzwi zapukali mężczyźni. Okazali się bojownikami Państwa Islamskiego. Powiedzieli: Twój mąż był żołnierzem, więc go zabiliśmy. Wsadziliśmy go do samochodu razem z innymi i wysadziliśmy go w powietrze 

- mówi. Tahani wyciąga telefon i pokazuje zdjęcie skromnego grobu. Rodzina mężczyzny odebrała ciało i pochowali go. To jedna z dwóch pamiątek po mężu. Druga - pokazuje kobieta z czułością - to jego sygnet. 

- Po tym zdecydowaliśmy się uciec z miasta. Mój brat przyjechał do Mosulu i wyjechaliśmy razem. Wtedy trwała już bitwa o Mosul, trwały walki, a my się wymknęliśmy. Tak, to było bardzo niebezpieczne. Wszędzie bomby, wybuchy. W końcu dostaliśmy na drugą stronę linii frontu. Iraccy wojskowi dokładnie wszystkich sprawdzali, by wyłapać członków Daesh. Po tym przyjechaliśmy tu, do obozu, gdzie byli już moi rodzice - wspomina kobieta. 

Powrót? Dom leży w gruzach, na ulicy dalej czuć rozkład ciał

- Pierwsze dni w obozie były strasznie ciężkie. Straciłam męża, byliśmy w szoku, byliśmy potwornie zmęczeni drogą, którą musieliśmy pokonać  - opowiada Tahani.  

Powrót? Moja rodzina jest tutaj. Nasz dom jest zniszczony. Tutaj jest bezpiecznie. W Mosulu byłam kilka razy na chwilę. Po akt zgonu mojego męża, żebym mogła dostać rentę wojskową, ale nadal jej nie otrzymuję. Za to kurdyjskie władze nam pomogły, tu jest wolność i bezpieczeństwo, dostałam pracę w tutejszej fundacji.

- mówi i zapewnia: - Nigdy nie wrócę do Mosulu po tym, co tam widziałam. Dzieci dalej mają traumę, moczą się, Ahmad budzi się w nocy z krzykiem, zaczyna nagle płakać. Chcmy osiedlić się tu, wyjść z obozu i żyć jak normalni ludzie.   

Rodzina Sauda chciałaby wrócić do rodzinnego miasta, ale nie mają do czego wracać. - Mieliśmy dobre życie. Praca dla władz gwarantowała comiesięczna wypłatę. Niczego nam nie brakowało. Dom był bardzo duży, mieliśmy kilka pokojów, ogród. Tam było całe nasze życie, sąsiedzi, znajomi - wspomina mężczyzna. 

Gdy w końcu dotarli do obozu pod Irbilem, zaprowadzono ich do kontenera. Ten stał się ich nowym domem, w który mieszkają od pięciu lat. - Taka zmiana życia była dla nas szokiem - przyznaje Talea. Widać, że starają się zrobić, co się da, by schronienie z blachy choć trochę przypominało dom. Ściany jedynego pokoju są udekorowane rysunkami 12-latka, obok wisi zegar i lustro, na zewnątrz w puszkach po farbie rosną kaktusy. - Chciałabym mieć dom, żyć normalnie. Jak ludzie - mówi 55-latka. Gdy chwalimy te drobne ozdoby, Talea od razu chce się podzielić i dać nam rysunki syna i kaktusy w prezencie. O powrocie do dawnego domu na razie nie ma mowy.

Pojechałem do Mosulu jakiś czas temu. Z miasta nic nie zostało. Brakuje prądu, bieżącej wody. To obraz po katastrofie. Nie chciałem, oglądać tego horroru. Na naszej ulicy nie było niczego, tylko zapach rozkładających się zwłok, których nie dało się wyciągnąć z gruzów i wyjadały je psy

- mówi Saud. - Zobaczyłem, że nasz dom został zniszczony, nie został kamień na kamieniu. Nie mamy pojęcia, kto go zniszczył. Władze nie pomagają nam w odbudowie. A muszą nam pomóc! Mnie samego nie stać na odbudowę domu. Gdybym miał pieniądze, to przecież nie mieszkałbym w obozie - zarzeka się i dodaje - Nie widzę dla siebie żadnej przyszłości. Jedyne czego sobie życzę, to żeby moja rodzina była bezpieczna.

***

Możesz wesprzeć pomoc m.in. w Irackim Kurdystanie poprzez stronę Polskiej Misji Medycznej lub przelewem na konto organizacji: 62 1240 2294 1111 0000 3718 5444. Projekt "Pomoc medyczna i dentystyczna dla uchodźców, osób przesiedlonych i społeczności lokalnej w guberni Erbil" jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Wizyta Gazeta.pl w Irackim Kurdystaie była finansowana w ramach dotacji MSZ na projekt realizowany przez PMM w Iraku. Wizyta odbyła się w grudniu 2019 roku.