Siostra Kima pokazuje drugą twarz, ale ryzykuje głową. Koronawirus dusi dyktaturę

Korea Północna pokazała, jak spektakularnie wysadziła namiastkę ambasady Korei Południowej. Potężna eksplozja jest podkreśleniem faktu, że nadchodzi stare-nowe na Półwyspie Koreańskim. Po kilku latach ocieplenia, nadchodzi zima.

Do spektakularnego wysadzenia doszło we wtorek. W środę rano Korea Północna opublikowała zdjęcia tego wydarzenia. W powietrze wyleciał niewielki budynek mieszczący międzykoreańskie biuro łącznikowe, namiastkę ambasady Korei Południowej w Korei Północnej. Otworzono je na fali ocieplenia w 2018 roku.

- Wysadzenie to był gest. Korea Północna trzy dni wcześniej zapowiedziała, że to zrobi. Dobitnie pokazali, że nie żartują - mówi Oskar Pietrewicz, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. - To konsekwentny ruch. Już od 2019 roku trwał proces obniżania poziomu relacji z Koreą Południową i stopniowego zrywania kontaktów - dodaje.

Nowa osobowość na scenie 

Spektakularne i wybuchowe podkreślenie tego procesu ma istotną cechę. Wszystkie wydawane w ostatnich dniach północnokoreańskie komunikaty na ten temat i atakujące władze Korei Południowej były sygnowane nazwiskiem Kim Jo Dzong, siostry wodza Kim Dzong Una. - To bardzo ciekawe. W komunikatach w ogóle nie ma odniesienia do przywódcy. To coś nowego w Korei Północnej. Druga osoba z wyraźną twarzą i osobowością na szczytach władzy - podkreśla Pietrewicz.

Kim Jo Dzong stała się zauważalna na początku, obecnie już minionej, fali ocieplenia w relacjach obu Korei. W kwietniu szerzej opisywaliśmy ją i jej prawdopodobną pozycję, w kontekście spekulacji, czy mogłaby być następczynią swojego brata.

Dotychczas traktowano ją jako tą łagodniejszą twarz reżimu północnokoreańskiego. Była jego przedstawicielem na zimowych igrzyskach olimpijskich w Korei Południowej w 2018 roku, spotykała się z południowokoreańskim prezydentem Moon Jae-Inem i pojawiała się też regularnie przy okazji spotkań z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Nie było jednak jasne, na ile jest jedynie twarzą, a na ile osobą z realnymi wpływami w Pjongjangu.

Jej obecne objęcie przywództwa w zaostrzeniu relacji z Koreą Południową, może wskazywać na to, że Kim Jo Dzong ma jakąś realną władzę i walczy o jej rozszerzenie, poprzez pokazanie się jako polityk zdecydowany i gotowy na konfrontację. Pojawiły się już nawet spekulacje, czy jest to może zwiastun odejścia od dotychczasowego modelu, gdzie to wódz był jedynym bezsprzecznym liderem.

- Byłbym jednak ostrożny w tak daleko idących wnioskach. Zwłaszcza, że historia północnokoreańskiego reżimu pokazuje, iż osoby wybijające się ponad normę i wyrastające na indywidualność, mogą bardzo gwałtownie i nieprzyjemnie skończyć - stwierdza jednak Pietrewicz.

Wielkie gesty, ale bez konkretów

Dlaczego w ogóle jednak dochodzi do obecnego zaostrzenia relacji? Przecież dopiero co Kim Dzong-Un spotykał się z Trumpem i Moon Jae-Inem. Były uściski i wielkie deklaracje. Miał być pokój i współpraca.

- Po prostu w ostatniej fali ocieplenia relacji, tak naprawdę brakowało konkretów. Był wiele gestów, w tym historycznych. Brakowało jednak realnych działań - mówi Pietrewicz. Z perspektywy Korei Północnej brakowało przede wszystkim jakichś korzyści gospodarczych, czyli ograniczenia sankcji i pomocy finansowej. USA przyjęły jednak twardą pozycję, że o tym może być mowa dopiero wtedy, kiedy Pjongjang wykona realne kroki w kierunku rezygnacji z broni jądrowej. Tutaj jednak to Korea Północna przyjęła twardą pozycję i oczekiwała, że najpierw coś dostanie.

Obie strony pozostały nieugięte, realnych negocjacji było niewiele, więc efektów też nie było. Korea Południowa stała się w tej sytuacji zakładnikiem. Z jednej strony prezydentowi Moon Jae-Inowi bardzo zależy na ociepleniu relacji z sąsiadem, ale z drugiej strony nie chce i nie może działać wbrew USA i wyłamać się z reżimu sankcji. Bez tego nie ma natomiast mowy o współpracy gospodarczej. Efektem był klincz, który Korea Północna obecnie przełamała, czyniąc zdecydowany krok wstecz. - Winę za to Pjongjang oczywiście zrzuca teraz na Seul i wobec niego okazuje swoją frustrację - mówi Pietrewicz.

Można się więc spodziewać, że nadchodzi kolejny okres napięcia na Półwyspie Koreańskim. Będzie więcej testów rakiet, manewrów, wygrażania a być może nawet jakichś realnych ataków w rodzaju tych z 2010 roku, kiedy Korea Północna zatopiła okręt południa i ostrzelała graniczną wyspę. Po podniesieniu napięcia znów nadejdzie czas na próbę negocjacji z pozycji siły. To dotychczasowe standardowe zachowanie Pjongjangu. Podnieść napięcie, a potem próbować uzyskać jakieś ustępstwa oraz korzyści od świata. Choćby przed ostatnim ociepleniem były testy jądrowe i liczne testy rakiet dalekiego zasięgu.

- Rzeczywiście od lat 90. w relacjach obu Korei można zauważyć pewną cykliczność - mówi Pietrewicz. Dodaje, że dużo zależy od tego, kto akurat rządzi w Korei Południowej. Tradycyjnie mniej skłonni do ugody konserwatyści, czy szukający rozwiązań dyplomatycznych liberałowie. W tym kontekście obecne zaostrzenie może się wydawać nieintuicyjne. - Trudno o bardziej ugodowego południowokoreańskiego polityka niż Moon Jae-Ina. Jednak najwyraźniej w Pjongjangu uznano, że w obecnej sytuacji więcej nie uda się ugrać, wobec oporu USA - stwierdza Pietrewicz.

Jego zdaniem jest możliwe, że Korea Północna zaczyna już grę na kolejną administrację w Waszyngtonie, bo od tej nie udało się nic istotnego uzyskać. - Wcześniej wiele razy atakowano personalnie Joe Bidena, teraz to ucichło - zauważa analityk.

Zamknięta granica z Chinami dusi kraj

Do zaostrzenia kursu może też popychać sytuacja w Korei Północnej, która ma być trudna ze względu na efekty pandemii koronawirusa.  Jak mówi Pietrewicz, według nieoficjalnych informacji, nawet w Pjongjangu, gdzie warunki życia od zawsze były najlepsze w całym kraju, mieszkańcy mają nie otrzymywać państwowych racji żywnościowych. Analityk zaznacza, że tego rodzaju doniesień z Korei Północnej nie sposób zweryfikować, jednak sytuacja musi być ciężka.

Źródłem problemów jest fakt zamknięcia od stycznia granicy z Chinami. - Podjęto taką decyzję ze względu na obawę przed niekontrolowanym rozprzestrzenieniem się koronawirusa, co wobec kompletnie niewydolnej służby zdrowia i notorycznego niedożywienia, byłoby dużym zagrożeniem - mówi Pietrewicz. Zamknięcie granicy to jednak dotkliwy cios dla północnokoreańskiej gospodarki, która jest w znacznym stopniu uzależniona od Chin. - Handel z tym państwem to obecnie wręcz jej podstawa. Bez tego sytuacja musi być zła - stwierdza analityk PISM.

Nie ma wiarygodnych informacji na temat tego, jaka jest skala zachorowań w Korei Północnej. Nie wiadomo też jak konkretnie wygląda sytuacja gospodarcza. Jednak podniesienie napięcia w relacjach ze światem i wskazanie tam obywatelom "wroga", to tradycyjna zagrywka wielu przywódców w obliczu problemów wewnętrznych. - Nie ma co się nastawiać na zawalenie się reżimu, ale presja na pewno jest - uważa Pietrewicz.

Zobacz wideo