Elita US Army przerzucona nocą pod Waszyngton. Trump ma prawo jej użyć, ale Pentagon się buntuje

Żołnierze z elitarnej 82. dywizji powietrznodesantowej "All American" zostali nocą, z poniedziałku na wtorek, przewiezieni ciężkimi transportowcami C-17 na lotnisko pod Waszyngtonem. Stało się to niedługo po tym, jak Donald Trump ogłosił, że jest gotowy użyć regularnych sił zbrojnych do zdławienia niepokojów na ulicach miast USA. Ma do tego prawo. Prezydenci USA używali go jednak bardzo, ale to bardzo rzadko.

Przerzut żołnierzy 82. dywizji, będącej jedną z najlepszych w całym amerykańskim wojsku i pełniącą funkcję sił szybkiego reagowania, wyśledzili jako pierwsi entuzjaści monitorujący ruch wojskowych samolotów.

W nocy z poniedziałku na wtorek na ich skanerach zaczęły się pojawiać jeden po drugim wojskowe ciężkie transportowce C-17 Globemaster III, lecące z rozległej bazy wojskowej Fort Bragg, do bazy Andrews na obrzeżach Waszyngtonu. Do rana pojawiło się tam łącznie dziewięć takich maszyn, plus dwie mniejsze C-130 Hercules.

Pentagon wydał w tej sprawie komunikat dzień później. W rejon Waszyngtonu przerzucono batalion żołnierzy 82. dywizji i oddziały żandarmerii. Łącznie 1,6 tysiąca ludzi. Mają być w stanie "podwyższonej gotowości", ale na razie nie biorą udział w działaniach na ulicach.

Naciski Trumpa

Powietrzny przerzut żołnierzy dział się dosłownie godziny po przemówieniu Donalda Trumpa, który wezwał władze stanowe do zdecydowanego spacyfikowania zamieszek i aktów wandalizmu. - Jeśli miasto, albo stan, odmówią podjęcia działań koniecznych do obrony życia i własności swoich mieszkańców, wówczas ja użyję sił zbrojnych USA i szybko rozwiążę ten problem za nich - stwierdził prezydent.

Jego słowa wywołały duże poruszenie, ponieważ używanie regularnych sił zbrojnych na terenie USA, to dla Amerykanów coś skrajnego. Zwłaszcza do pacyfikowania niepokojów społecznych. Co do zasady jest to zakazane w czasie pokoju na mocy Posse Comitatus Act z 1878 roku. Celem tego prawa było ograniczenie możliwości prezydenta do użycia siły wobec obywateli USA. Większość uprawnień w tym zakresie przeniesiono na władze stanowe, które mogą zmobilizować do tych celów nieregularne siły zbrojne, czyli Gwardię Narodową.

Pozostała jednak jedna furtka. To Insurrection Act z 1807 roku. Prawo to pozwala prezydentowi użyć wojska na terytorium USA, aby przywrócić przestrzeganie prawa. W teorii to ubezpieczenie na wypadek aktów rebelii, z którymi nie dadzą sobie rady władze niższego szczebla. Nie ma żadnego mechanizmu kontrolnego. Prezydent może po prostu wedle własnego uznania zdecydować, że zaistniały stosowne przesłanki do użycia Insurrection Act.

Zobacz wideo

Furtka na skrajne sytuacje

Podjęcie takiej decyzji nie byłoby jednak czymś lekkim. Według Fox News, w Białym Domu poważnie się nad tym zastanawiano, jednak na razie nie zdecydowano się tego zrobić. Prezydent i jego doradcy mają nadzieję, że sama groźba wystarczy, aby przymusić władze stanowe/miejskie do bardziej zdecydowanego użycia siły.

W przeszłości Insurrection Act było wykorzystywane bardzo rzadko. Do dzisiaj tylko 19 razy. Ostatni okres, kiedy korzystano z niego częściej, to lata 60. i masowe niepokoje społeczne na tle rasowym. Prezydenci wysyłali wojsko do wymuszania na stanach poszanowania przepisów federalnych o zakończeniu segregacji oraz do tłumienia zamieszek.

Ostatni raz Insurrection Act użyto w 1992 roku, podczas masowych zamieszek w Los Angeles po uniewinnieniu policjantów, którzy zabili czarnoskórego Rodneya Kinga. Wówczas walki ogarnęły znaczną cześć metropolii, prowadząc do zabicia 63 osób i wielkich strat materialnych. Policja została szybko przytłoczona rozwojem wydarzeń a kalifornijska Gwardia Narodowa nie miała dość sił. Na prośbę gubernatora stanu, prezydent George H. Bush wysłał więc oddziały ze składu 1. Dywizji Marines i 7. Dywizji Piechoty. Łącznie 3,5 tysiąca żołnierzy.

Istotne jest to, że w zdecydowanej większości przypadków prezydenci używali Insurrection Act na prośbę władz stanowych, a nie wbrew nim. Dla wielu Amerykanów niezależność ich stanu od władz w Waszyngtonie jest czymś bardzo ważnym. Gdyby ów Waszyngton autorytarnie wysłał wojsko na ulice ich miast, to byłoby to wydarzenie wywołujące wielkie emocje.

W 2007 roku administracja prezydenta George W. Busha próbowała rozszerzyć zapisy Insurrection Act, dodając klauzulę mówiącą o tym, że każda sytuacja nadzwyczajna uniemożliwiająca działanie prawa, jest podstawą do użycia wojska. Niezależnie od zgody władz stanowych. Była to reakcja na sytuację po przejściu huraganu Katrina, kiedy Waszyngton chciał użyć wojska, ale gubernator stanu Luizjana "podziękował" za taką pomoc. W wyjątkowym akcie jedności przeciwko nowym przepisom, zaprotestowali wspólnie wszyscy gubernatorzy stanowi. Zmiany wycofano.

Opór wojska

Nie może więc dziwić, że ostra retoryka Trumpa i jego współpracowników, wywołuje napięcie. Widać po licznych krytycznych wypowiedziach byłych wojskowych.

- Wojsko nie powinno być używane podczas pokojowych protestów. To odpowiedzialność policji i władz lokalnych. Obecność żołnierzy często tylko pogarsza sytuację i czyni ją wybuchową. Na dodatek wojskowi są stawiani w bardzo trudnej sytuacji - stwierdził między innymi były Sekretarz Obrony Chuck Hagel, polityk Partii Republikańskiej.

- 24 września 1957 roku prezydent Dwight Eisenhower użył 101. Dywizji Powietrznodesantowej do ochrony czarnych studentów zapisujących się do szkoły wyższej w Little Rock w Arizonie. W dowództwie dywizji jest to upamiętnione. Ochrona dzieci była słuszna. "Dominowanie pola walki" w USA wydaje się być złe - stwierdził natomiast emerytowany generał Ben Hodges, nawiązując do wypowiedzi sekretarza obrony Marka Espera, który wezwał władze lokalne do "zdominowania pola walki", czyli ulic swoich miast.

- "Pole walki" w naszym kraju? To nie jest coś, co chcemy kiedykolwiek usłyszeć. Chyba że dojdzie do inwazji albo do wojny domowej - stwierdził natomiast emerytowany generał Tony Thomas, były dowódca sił specjalnych USA.

We wtorek jednoznacznie wypowiedział się też były najważniejszy żołnierz USA (szef Kolegium Sztabów Połączonych), admirał Mike Mullen. W artykule o tytule "Nie mogę dalej milczeć" stwierdza między innymi: "Nasi współobywatele nie są wrogiem i nie mogą się nim stać". Ostro krytykuje przy tym Trumpa za to, jaką prowadzi politykę w obliczu kryzysu. - Jestem pewien, że nasi żołnierze zachowają się profesjonalnie. Będą wypełniać rozkazy wydane zgodnie z prawem. Jestem jednak mniej pewny co do słuszności rozkazów wydawanych przez tego prezydenta. Nie jestem przekonany, że sytuacja na naszych ulicach, jakkolwiek nie jest zła, uzasadnia użycie sił zbrojnych na taką skalę. Na pewno nie przekroczyliśmy jeszcze linii, za którą byłoby słuszne użyć Insurrection Act - napisał emerytowany admirał.

W kontraście do swoich wcześniejszych wypowiedzi w środę sekretarz obrony jednoznacznie odciął się od sugestii czynionych przez Trumpa. - Użycie wojska do zadań policyjnych powinno być rozwiązaniem ostatecznym i tylko w najgorszej z możliwych sytuacji. Nie ma takiej obecnie. Nie popieram użycia Insurrection Act - stwierdził oficjalnie.

Zobacz wideo
Więcej o: