Jeśli wzywani są gwardziści, to znaczy, że jest źle. Teraz trwa masowa mobilizacja

W związku z falą gwałtownych zamieszek i protestów w 15 stanach ponad pięć tysięcy żołnierzy Gwardii Narodowej USA wyszło na ulice. W takiej skali dzieje się to bardzo rzadko. Nie bez przyczyny. Gwardziści to praktycznie ostatnia deska ratunku, która niesie z sobą ryzyko.

Gwardziści są mobilizowani i wysyłani do zaprowadzania porządku właściwie tylko wtedy, kiedy policja przestaje kontrolować sytuację. Nie jest to jednak decyzja podejmowana lekką ręką. Gwardia Narodowa na ulicach ma bowiem w USA specjalny wydźwięk i wywołuje skrajne emocje. Bądź co bądź, to żołnierze wysłani przeciw cywilom. Trochę tak, jakby w Polsce do tłumienia zamieszek ruszyły Wojska Obrony Terytorialnej.

Powszechna presja

Emocje wokół gwardzistów narastają już od minionego tygodnia. Wraz z eskalacją demonstracji, zamieszek i aktów wandalizmu na fali oburzenia po spowodowaniu śmierci czarnoskórego George'a Floyda przez policjanta w Minneapolis, coraz głośniejsze stały się też głosy wzywające do wysłania na ulice Gwardii Narodowej.

Prezydent Donald Trump wręcz wywierał presję na gubernatorów, aby skorzystali ze swoich uprawnień i zmobilizowali gwardzistów. Krytykował między innymi jego zdaniem zbyt późne użycie Gwardii Narodowej w Minneapolis. Dodatkowo podgrzał emocje w sobotę, pisząc na Twitterze: - "Właśnie rozmawiałem z gubernatorem Timem Walzem (gubernator stanu Minnesota, w którym leży Minneapolis) i powiedziałem mu, że wojsko jest w pełni z nim. Jeśli będą problemy, to przejmiemy kontrole, ale kiedy zaczynają się grabieże, zaczyna się też strzelanie."

Wielu polityków, komentatorów i obywateli zrozumiało to jako wezwanie do wysłania gwardii i wojska na ulice celem strzelania do uczestników zamieszek. Trump twierdzi, że po prostu stwierdzał fakt, iż w tak gorącej sytuacji łatwo może dojść do strzelanin.

Postawa samego prezydenta pokazuje, że w USA rysuje się wyraźny podział. Z jednej strony są ci, którzy chcieliby ostrego zdławienia niepokojów przy pomocy takich środków jak Gwardia Narodowa. Inni uważają takie rozwiązanie za niebezpieczne, naruszające swobody obywatelskie, czy wręcz faszystowskie.

Buzujące emocje podgrzało dodatkowo wydarzenie w Louisville, gdzie w nocy z niedzieli na poniedziałek czasu lokalnego grupa policjantów i gwardzistów otworzyła ogień w kierunku grupy ludzi. Od kul zginął David McAtee. Według wersji władz, z tłumu padły strzały w kierunku żołnierzy i funkcjonariuszy, więc ci odpowiedzieli ogniem. Niezależnie od tego, dla wielu Amerykanów McAtee już stał się kolejną ofiarą represyjnego systemu, brutalnie dławiącego bunt przeciwko niesprawiedliwości, nierównościom i biedzie.

Zobacz wideo

Niebezpieczne narzędzie

Rozwój wydarzeń dobitnie pokazuje, dlaczego Gwardia Narodowa jest rzadko wykorzystywana do opanowywania niepokojów społecznych. To ryzykowne rozwiązanie. Gwardziści przechodzą jedynie bardzo uproszczone szkolenie z zakresu radzenia sobie z demonstracjami czy zamieszkami. Do tego mają mało odpowiedniego wyposażenia.To potencjalnie niebezpieczna mieszkanka, mogąca prowadzić do tragedii. Zestresowany, nieprzygotowany, uzbrojony człowiek naprzeciw agresywnego tłumu.

Właśnie z tego powodu wysłanie Gwardii Narodowej na ulice nie jest pierwszym odruchem w przypadku demonstracji czy zamieszek. Niedawno minęło pół wieku od tragicznego wydarzenia, które jak żadne inne przyczyniło się do umocnienia takiego stanu rzeczy.

Chodzi o "masakrę na uniwersytecie w Kent". 4 maja 1970 roku gubernator stanu Ohio wysłał Gwardię Narodową do rozpędzenia demonstracji studentów na uniwersytecie stanowym. Protestujący przeciw eskalacji wojny w Wietnamie młodzi ludzie odmówili rozejścia się i byli agresywni wobec gwardzistów. Ci najpierw użyli gazu łzawiącego, ale bez większego skutku. Ostatecznie niemal setka gwardzistów z bagnetami na karabinach ruszyła na tłum, zmuszając go do rozproszenia się.

Większość studentów rozchodziła się, ale najbardziej aktywna grupa zaczęła rzucać kamieniami. Po kilkunastu minutach gwardziści rozbili główną demonstrację i wyglądało na to, ze się cofną. Ale z nie ustalonych do dzisiaj przyczyn część z nich odwróciła się i zaczęła strzelać. W ciągu kilkunastu sekund padło 69 strzałów. Cztery osoby zginęły, dziewięć zostało rannych.

Wydarzenie odbiło się szerokim echem i miało dalekosiężne skutki. Otworzenie ognia przez amerykańskie wojsko do tłumu młodych, głównie białych, "zwyczajnych" amerykańskich studentów, było wstrząsem. Uświadomiło skalę polaryzacji i wzajemnej wrogości, które narosły w społeczeństwie USA na tle napięć wywołanych wojną w Wietnamie, walką Afroamerykanów o równouprawnienia oraz pogarszającą się sytuacją gospodarczą.

Na dłuższą metę wydarzenia w Kent doprowadziły do znacznego ograniczenia użycia Gwardii Narodowej do tłumienia demonstracji. W latach 60., w dobie masowych niepokojów społecznych, było to coś rutynowego. Żołnierze często ruszali na tłum z bagnetami i gotową do strzału bronią. Później drastycznie się to zmieniło.

Służba na rzecz dobra

Ten obraz nie jest jednak czarno-biały. Gwardia Narodowa ma na swoim koncie wiele chwalebnych kart, nie tylko tych wojennych. Władze i policja w stanach Południa aktywnie sprzeciwiały się zniesieniu segregacji, więc wielokrotnie prezydenci podejmowali decyzję o federalizacji ich Gwardii Narodowej, czyli przejęciu jej pod swoją kontrolę, a następnie wysłania do egzekwowania prawa. Na przykład do ochrony czarnoskórych uczniów lub studentów chcących zacząć naukę tam, gdzie wcześniej mogli się uczyć tylko biali. Gwardziści ochraniali też marsze, demonstracje czy po prostu ludzi jadących autobusem i siedzących na miejscach niegdyś zarezerwowanych dla białych. Robili to, choć często stawali twarzą twarz ze znajomymi, ludźmi z tego samego miasteczka czy miasta.

Najsłynniejszy tego rodzaju incydent miał miejsce w 1963 roku, kiedy grupa czarnoskórych studentów chciała zacząć naukę na uniwersytecie stanowym w Tuscaloosa w Alabamie. Teoretycznie od połowy lat 50. mieli do tego prawo, ale stanowe władze i policja aktywnie to uniemożliwiały. 11 czerwca 1963 doszło do przesilenia, kiedy gubernator George Wallace osobiście stanął w drzwiach budynku uniwersytetu, aby nie dopuścić do zapisania się trójki czarnoskórych studentów na zajęcia.

W odpowiedzi prezydent John F. Kennedy przejął kontrolę nad Gwardią Narodową stanu Alabama i nakazał jej przywrócenie porządku oraz poszanowania prawa. Jej dowódca, generał Henry Graham, osobiście poprosił Wallace, aby się usunął z przejścia, co ten w końcu uczynił. Za sprawą tłumnie obecnych na miejscu dziennikarzy wydarzenie urosło do rangi symbolu.

Wsparcie dla obywateli i wojska, nie tylko policji

Do dzisiaj rola Gwardii Narodowej znacząco się zmieniła. Gwardia Narodowa jest obecnie najczęściej mobilizowana do niesienia pomocy podczas klęsk żywiołowych. Dysponując różnego rodzaju pojazdami terenowymi, sprzętem inżynieryjnym, a nawet śmigłowcami, bardzo dobrze nadaje się do tego rodzaju zadań. Gwardziści pomagający podczas powodzi, huraganu czy po przejściu tornado to zwyczajny widok. Obecnie w całych USA do pomocy w walce z pandemią koronawirusa jest zmobilizowanych ponad 40 tysięcy członków Gwardii Narodowej.

Gwardziści są również często federalizowani i wysłani za granicę. W ciągu dwóch ostatnich dekad większość członków Gwardii Narodowej wzięło udział w misjach zagranicznych. Interwencje w Afganistanie i Iraku były takim obciążeniem dla regularnego wojska, że wymagało wsparcia dodatkowymi jednostkami oraz ludźmi. Zapewniała to Gwardia Narodowa.

Gwardzistów jest bowiem w całych USA około 430 tysięcy. Na co dzień są siłami w dyspozycji poszczególnych stanów i podlegają rozkazom gubernatora. Prowadzą normalne cywilne życie, ale co miesiąc muszą brać udział w krótkich ćwiczeniach, a raz w roku w dłuższych. Jednostki Gwardii Narodowej mają gorsze wyposażenie niż zawodowcy, ale jak na standardy światowe to i tak poważnie uzbrojona siła, dysponująca między innymi myśliwcami, śmigłowcami, czołgami i transporterami opancerzonymi. Kiedy są wysyłani na misje w Afganistanie czy Iraku, otrzymują dodatkowy sprzęt oraz szkolenia nieróżniące się znacząco od wyposażenia zawodowych żołnierzy.

Kiedy są wysyłani na ulice w USA, też na pierwszy rzut oka nie różnią się znacząco od regularnego wojska. Ich widok ma więc wyjątkową wymowę i niesie z sobą adekwatne ryzyko.

Więcej o: