Sprzęt i ludzie są, brakuje rozkazu. Testy jądrowe tylko zamrożono w czasie [TAKA CIEKAWOSTKA]

Władze USA poważnie zastanawiają się nad wznowieniem testów broni jądrowej. Zawieszono je w 1992 roku, wydawałoby się, że na zawsze. Gdyby je wznowiono, to nie byłoby wielkich grzybów atomowych na pustyni. Sposób ich przeprowadzania znacznie się zmienił. Teraz trwają w świecie wirtualnym, ale na poligonach wszystko jest trzymane w gotowości.

O rozważanym wznowieniu prawdziwych testów jądrowych napisał 23 maja dziennik "Washington Post", powołując się na trzy źródła we władzach USA. Po publikacji artykułu nikt mu oficjalnie nie zaprzeczył. Wszyscy zainteresowani odmówili komentarzy. Najwyraźniej dziennikarze napisali prawdę, co zresztą było na rękę władzom USA.

Dyplomacja jądrowa

Tekst był bowiem potężną salwą w trwającym sporze z Chinami i Rosją na temat broni jądrowej. Do obowiązujących porozumień rozbrojeniowych pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą, Amerykanie chcieliby dołączyć Pekin. Ich zdaniem Chińczycy intensywnie rozwijają swój arsenał jądrowy i biorąc pod uwagę zmieniającą się równowagę sił na świecie, trzeba chiński potencjał też ująć w karby jakiegoś nowego traktatu. Pekin nie jest tym zainteresowany. Wstępne negocjacje na linii Moskwa-Waszyngton, mające przedłużyć obowiązujące porozumienie Nowy START, też nie są łatwe.

Dodatkowo Amerykanie zarzucają Chińczykom i Rosjanom skryte przeprowadzanie testów jądrowych o bardzo małej mocy. Nie przedstawili jednak oficjalnie dowodów, wskazując jedynie na aktywność na poligonach. W ocenie USA doszło jednak do naruszenia Traktatu o całkowitym zakazie prób jądrowych, który nie dopuszcza przeprowadzania nawet najmniejszych eksplozji nuklearnych. Co prawda Chiny i USA tylko go podpisały, nie ratyfikowały, jednak przestrzegają jego zapisów.

W ocenie części amerykańskich władz, w obecnej sytuacji szybkie przygotowanie i przeprowadzenie testu jądrowego, byłoby wymowną demonstracją możliwości USA. Miałoby to skłonić Chińczyków i Rosjan do poważniejszego potraktowania punktu widzenia Waszyngtonu. W efekcie zapewnić lepsze (z punktu widzenia USA) porozumienia rozbrojeniowe na nadchodzące dekady.

Wielu członków administracji i ekspertów jest jednak przeciwnego zdania. W ich ocenie próbna eksplozja jądrowa otworzyłaby puszkę Pandory: "Skoro Amerykanie przeprowadzili test, to dlaczego my mielibyśmy się ograniczać?". W krótkim czasie wiele innych państw mogłoby zacząć przeprowadzać próbne eksplozje, grzebiąc dekady wysiłków dyplomatycznych i wielkie osiągnięcie, jakim jest trwająca od końca zimnej wojny cisza na poligonach jądrowych.

Test na poligonie w Nevadzie w 1951 roku. Żołnierze byli około dziewięciu kilometrów od eksplozji i następnie przeprowadzali manewry w rejonie skażonymTest na poligonie w Nevadzie w 1951 roku. Żołnierze byli około dziewięciu kilometrów od eksplozji i następnie przeprowadzali manewry w rejonie skażonym Fot. DoE

Komputerowa dominacja USA

Co więcej, Amerykanie dotychczas regularnie stwierdzali, że tak właściwie nie potrzebują już prawdziwych prób jądrowych. - Dzisiaj znacznie lepiej rozumiemy jak ta broń działa, niż mogliśmy to sobie wyobrazić w czasach, kiedy ją regularnie detonowaliśmy - mówił w 2011 roku w rozmowie z "Washington Post" dr Bruce T. Goodwin, jeden z dyrektorów w Lawrcene Livermore National Laboratory, jednym z kluczowych amerykańskich ośrodków badań nad bronią jądrową.

Od lat 80. Amerykanie inwestowali bowiem duże pieniądze w symulowanie eksplozji nuklearnych. Używają do tego superkomputerów i w zgodnej ocenie ekspertów są w tej dziedzinie bezkonkurencyjni. Wystarczy spojrzeć na listę obecnie najpotężniejszych komputerów świata. Cztery z pierwszej dziesiątki działają na potrzeby amerykańskiego programu broni jądrowej.

Dodatkowo jest budowany piąty o nazwie El Capitan, znacznie potężniejszy od obecnych, który ma być gotowy w 2022 roku. Cena? 600 milionów dolarów. Gdzie stanie? W Lawrence Livermore National Laboratory. Jego możliwości mają pozwolić przeprowadzać szczegółowe symulacje eksplozji termojądrowych w trójwymiarze.

Superkomputery, w połączeniu z danymi zebranymi przez pół wieku prawdziwych prób jądrowych, mają dawać amerykańskim naukowcom unikalne możliwości. Na poziomie symulowania zachowania poszczególnych atomów w rdzeniu detonującego ładunku termojądrowego. Do tego regularnie są przeprowadzane próby głowic bez inicjowania reakcji łańcuchowej. Tak zwane testy "podkrytyczne". Pozwalają sprawdzić działanie różnych systemów, których zadaniem jest finalnie zainicjować reakcję i eksplozję termojądrową.

Zobacz wideo

Eksplozje pod ziemią

Pomimo tego, Amerykanie, jak i Chińczycy oraz Rosjanie, mają utrzymywać gotowość do wznowienia prawdziwych prób jądrowych. Nie chodzi jednak o takie, do których przyzwyczaiła popkultura. Nie będzie błysku na pustyni i rosnącej chmury w kształcie grzyba. Amerykanie i Rosjanie zrezygnowali z takich w latach 60., choć Chińczycy i Francuzi prowadzili takie do końca lat 70. Były to tak zwane testy atmosferyczne. Ostatni przeprowadziły Chiny w 1980 roku.

Testy atmosferyczne stanowią wyraźną mniejszość wszystkich testów jądrowych. 3/4 odbyło się pod ziemią i to takie miałyby miejsce, gdyby je wznowiono. Amerykanie przeprowadzili do 1992 roku 912 takich eksplozji. Wszystkie na poligonie w Nevadzie, około stu kilometrów od Las Vegas. Ziemia jest tam usiana mnóstwem mniejszych i większych kraterów, przypominając powierzchnię Księżyca.

Zdecydowana większość podziemnych testów miała miejsce w wywierconych pionowych szybach sięgających na kilkaset metrów pod powierzchnię (zazwyczaj 200-600, w zależności od mocy ładunku). Część miała jednak miejsce w sztolniach. Testy przeprowadzano w ten sposób, aby zminimalizować skażenie. Nie były jednak idealne pod tym względem. Regularnie dochodziło do wydostawania się skażenia na powierzchnię, choć zazwyczaj w niewielkich ilościach.

Pisałem w przeszłości o pierwszych testach podziemnych i ich niespodziewanych efektach.

Szkic sztolni przygotowanej na potrzeby jednego z pierwszych podziemnych testów w ramach operacji Plumbbob w 1957 roku. Wyraźnie widać, jak starano się go ukształtować w celu zatrzymania skażenia pod ziemiąSzkic sztolni przygotowanej na potrzeby jednego z pierwszych podziemnych testów w ramach operacji Plumbbob w 1957 roku. Wyraźnie widać, jak starano się go ukształtować w celu zatrzymania skażenia pod ziemią Fot. DoE

Możliwości nie zniknęły

Ostatnie swoje eksplozje jądrowe Amerykanie przeprowadzili w 1992 roku. 23 września na głębokości 423 metrów zdetonowano ładunek o mocy dziesięciu kiloton, czyli mniej więcej o połowę mniejszej niż bomby zrzuconej na Hiroszimę. Test nazywał się Divider i był 1032 w historii programu jądrowego USA.

Równolegle roku trwały przygotowania do kolejnego testu o nazwie Icecap, zaplanowanym na wiosnę 1993 roku. Było to przedsięwzięcie amerykańsko-brytyjskie. Brytyjczycy od lat 60. w ramach "specjalnych relacji", uczestniczyli w próbach w Nevadzie. Łącznie zdetonowali 24 swoje ładunki jądrowe. Ogłoszenie przez prezydenta George H. Busha, trzeciego października 1992 roku w Waszyngtonie, jednostronnego moratorium na zawieszenie prób jądrowych, miało być zaskoczeniem specjalistów na poligonie w Nevadzie. Infrastruktura dla testu Icecap była prawie gotowa. Trwało montowanie aparatury pomiarowej.

Pozostałości po niedoszłym teście Icecap do dzisiaj są jednym z charakterystycznych obiektów na poligonie. Wysoka na 50 metrów wieża stoi nad głębokim na 600 metrów odwiertem. Elektronikę i maszyny zdemontowano, ale wszystko inne pozostało na miejscu.

Niezależnie od tego, Amerykanie i Brytyjczycy wielokrotnie po 1992 roku przeprowadzali wspomniane testy podkrytyczne. Po części są przeprowadzane tak samo jak normalne testy jądrowe. Drążony jest pionowy odwiert, w głąb którego jest wsuwana platforma z ładunkiem i aparaturą pomiarową. Być może właśnie dzięki temu, Amerykanie są w stanie szybko zorganizować i przeprowadzić prawdziwy test jądrowy. Miejsce, infrastruktura, sprzęt, ludzie i doświadczenie są. Póki co nie ma tylko rozkazu.

Więcej o: