Były komandos USA, były generał z przeszłością w narkobiznesie i akcja skazana na klęskę. To nie film

Coś takiego miałoby problem, żeby się obronić jako scenariusz filmu akcji klasy B. Były amerykański komandos, we współpracy z zamieszanym w handel narkotykami dezerterem, przy pomocy 300 słabo uzbrojonych i wyszkolonych ludzi, podejmuje próbę przewrotu w państwie z ponad ćwierć miliona ludzi pod bronią. Na dodatek szczegóły akcji ogłasza w sieci. Jednak to nie film. To się niedawno naprawdę stało.

Ta katastrofa, która kosztowała życie ośmiu osób, a dla wielu więcej najpewniej oznacza długi pobyt w więzieniu, rozegrała się w pierwszym tygodniu maja w Wenezueli.

Wszystko jest dobrze udokumentowane i można dokładnie prześledzić rozwój wydarzeń. Jest to naprawdę niecodzienna lektura.

Koniec na samym początku

Główne wydarzenia miały miejsce trzeciego maja. Wówczas do "ataku" ruszyły dwie grupy rebeliantów. Ich szarża skończyła się zanim dotarli do wenezuelskich brzegów. Pierwsza dziesięcioosobowa grupa płynąca łodzią została rozniesiona na morzu przez jednostki patrolowe i śmigłowiec w pobliżu nadmorskiej miejscowości Macuto. Osiem osób zginęło, a dwie dostały się do niewoli.

Nagranie mające przedstawiać wydarzenia na morzu opodal Macuto. Niestety, niewiele widać z powodu ciemności:

Niedługo później kolejna łódź miała zostać zatrzymana bez walki, a jej obsada pojmana. Szybko się okazało, że wśród jeńców jest dwóch Amerykanów, byłych wojskowych. W kolejnych dniach wenezuelskie władze informowały o rozbiciu jeszcze kilku "komórek terrorystów" i zdobyciu kilku magazynów broni. Łącznie miało zostać aresztowanych niemal 40 osób.

Mogłoby się wydawać, że rebeliantów spotkał wyjątkowy pech. Zostali rozbici w pierwszych chwilach swojej operacji. Nie było w tym jednak nic z braku szczęścia. Po prostu nie mogło być inaczej, skoro kilka dni wcześniej agencja Associated Press opublikowała bardzo długi artykuł, szczegółowo opisujący przygotowania do przewrotu. W tym: miejsca pobytu rebeliantów, ich liczebność, dane liderów i ogólny plan akcji. Dodatkowo, jeszcze w trakcie trwania akcji, jej organizatorzy wrzucali do sieci informacje o swoich zamiarach...

Po fakcie wenezuelskie władze twierdzą, że miały całą akcję rozpracowaną od miesięcy i dokładnie wiedziały o zamiarach "terrorystów". Wszystko razem składa się na obraz akcji autorstwa grupy ludzi najwyraźniej "oderwanych od rzeczywistości", która jednak ma jak najbardziej realne skutki.

Wielkie ambicje byłego komandosa

Artykuł AP został opublikowany pierwszego maja. Co znamienne, jego tytuł brzmiał: "Były komandos wojska USA przewodził nieudanej próbie puczu w Wenezueli". Dziennikarzom wydawało się bowiem, że cała akcja rozsypała się jak domek z kart. Jeden z przywódców siedział w amerykańskim więzieniu, nie było obiecanych pieniędzy, a liczący 300 ludzi oddział miał się rozpierzchnąć. Dwa dni później okazało się, że nie docenili determinacji (albo stopnia oderwania od rzeczywistości) garstki ludzi zaangażowanych w akcję.

Dziennikarze AP skupili swoją uwagę na jednym z nich, Amerykaninie Jordanie Goudreau, byłym żołnierzu jednostki specjalnej US Army, Zielonych Beretów. Z wyróżnieniem służył on między innymi na misjach w Afganistanie i Iraku, otrzymując trzy brązowe gwiazdy (odznaczenia za odwagę). Wojsko opuścił w 2016 roku.

Dwa lata później założył swoją firmę Silvercorp zajmującą się bezpieczeństwem. Oferował między innymi szkolenia dla nauczycieli na wypadek ataków terrorystycznych, ochronę i ogólnie pojęte doradztwo w zakresie bezpieczeństwa. Wszystko w stereotypowym duchu amerykańskiego patriotyzmu, wyraźnie przebijającym się w materiałach promocyjnych. Flaga, broń, władza, siła.

Tematem Wenezueli miał się zainteresować na początku 2019 roku, kiedy został wynajęty do pomocy przy organizacji koncertu charytatywnego na rzecz wenezuelskiej opozycji, zorganizowanego w Kolumbii na granicy z Wenezuelą. Miał stamtąd wrócić z kontaktami i determinacją do zrobienia czegoś wielkiego - obalenia wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro.

Początkowo Goudreau starał się wykorzystać swoje kontakty, które zdobył przy okazji zapewniania ochrony podczas wiecu prezydenta Donalda Trumpa na Florydzie. Poznał wówczas między innymi Keitha Schillera, wieloletniego szefa prywatnej ochrony Trumpa i jego zaufanego doradcę. Razem z nim Goudreau brał udział, w maju 2019 roku, w spotkaniu z przedstawicielami przywódcy wenezuelskiej opozycji, Juana Guaido. Były komandos miał pokazać się z jak najgorszej strony, wykazując się w ocenie Schillera naiwnością i porywaniem się na rzeczy, które zdecydowanie go przerastają. Współpracownik Trumpa miał po tym doświadczeniu zerwać kontakty z Goudreau.

Niezrażony komandos miał przeć naprzód, wykorzystując swoje znajomości w bardzo różnorodnej wenezuelskiej opozycji na emigracji. - Choć chciałem go wesprzeć jako przyjaciela, to było ewidentne, że stracił kontakt z rzeczywistością. To co mówił nie miało sensu - powiedział AP Drew White, były partner biznesowy Goudreau. Kiedy ten jesienią 2019 roku poprosił go o pomoc w zbieraniu funduszy na swoją akcję przewrotu, White postanowił wycofać się ze współpracy i zerwać kontakty.

Klatka z nagrania wiecu Trumpa na Florydzie. Śledczy portalu Bellingcat wyśledzili na nim GoudreauKlatka z nagrania wiecu Trumpa na Florydzie. Śledczy portalu Bellingcat wyśledzili na nim Goudreau Fot. CSPAN/Bellingcat

Skromne siły i wielkie zamiary

Głównym partnerem Goudreau był jeden z bardziej radykalnych przedstawicieli wenezuelskiej opozycji, były generał wenezuelskiej armii Cliver Alcalá. W jego ocenie działania Guaido od początku były zbyt delikatne, nastawione na pokojową zmianę władzy w Wenezueli i "koegzystencję z reżimem". Były żołnierz uważał, że jedyna droga to akcja zbrojna i wywołanie powszechnej rebelii. W ocenie Alcala i jego współpracowników, Wenezuelczycy byli i są na to gotowi. Potrzebują jedynie sygnału. Tym zaś miałoby być chirurgiczne uderzenie wyszkolonej grupy rebeliantów, którzy uprowadziliby Maduro i wsadzili na pokład samolotu lecącego do USA.

Goudrou zaoferował, że jego firma wyszkoli i uzbroi 300 wenezuelskich dezerterów. Swoje honorarium ustalił na 1,5 miliona dolarów. Obiecywał przy tym, że za sprawą swoich kontaktów w administracji Trumpa zapewni bliżej nieokreślone wsparcie wojska i służb USA. Według AP, przedstawiciele Guaido i bardziej umiarkowanego skrzydła wenezuelskiej opozycji, szybko wycofali się z przedsięwzięcia oceniając je na szaleństwo i samobójstwo. Naprzód parł Alcala i Goudreau.

Przygotowania do operacji szły jednak opornie. Obiecanych przez wenezuelską opozycję pieniędzy nie było. Ludzie wytypowani do akcji byli niedożywieni, nie mieli broni i sprzętu, na dodatek nie mieli ochoty na samobójstwo, a na coś takiego wyglądał przedstawiony im plan akcji. Mieli w trzy doby dotrzeć do wenezuelskiej stolicy, jakimś sposobem wedrzeć się do silnie bronionego pałacu prezydenckiego, uprowadzić Maduro i dostarczyć go na jedno z lotnisk w Caracas, które jakimś sposobem wcześniej zdobędą oraz zabezpieczą. Wenezuelskie wojsko i formacje paramilitarne miały się przed nimi rozpierzchnąć z powodu niskiego morale.

Dodatkowo eksgenerała Alcalę dogoniła jego przeszłość. Od lat był poszukiwany przez władze USA za domniemany współudział w przemycie narkotyków, kiedy jeszcze służył w wenezuelskim wojsku. W marcu Amerykanie wystawili listy gończe za szeregiem byłych i obecnych wenezuelskich oficjeli, stawiając im zarzut przemytu narkotyków. Listę otwiera sam Maduro. Za pomoc w ujęciu Alcali Amerykanie zaoferowali 10 milionów dolarów. Wobec tego były wojskowy zdecydował się oddać w ręce służb USA i został szybko przewieziony do stanu Nowy Jork, gdzie obecnie oczekuje w więzieniu na proces. Zanim się tam znalazł opublikował w sieci wideo, w którym zaatakował umiarkowane skrzydło wenezuelskiej opozycji za sabotowanie szykowanej przez niego akcji. - Mieliśmy wszystko przygotowane - twierdził i zarzucał członkom opozycji donoszenie reżimowi Maduro.

Akcja desperacja

Goudreau został sam, bez kluczowego sojusznika. Dodatkowo 24 marca kolumbijskie służby, od początku przeciwne operacji, o której wszystko wiedziały od Alcali, zatrzymały transport broni - prawdopodobnie przeznaczony dla grupki rebeliantów. Wszystko wydawało się być stracone. Według AP rebelianci zgromadzeni w trzech obozach przy granicy z Wenezuelą mieli zacząć się rozchodzić, zupełnie pozbawieni ducha.

Najwyraźniej Goudreau nie zna jednak słowa "poddać się" i z grupką najbardziej zagorzałych zwolenników operacji, postanowił pomimo wszystko ją rozpocząć trzeciego maja. Z efektem już wiadomym.

Nagranie zamieszczone trzeciego maja na profilu Twitterowym, mającym być oficjalną witryną nieudanego puczu. Ma zagrzewać Wenezuelczyków do boju, bo "nadeszła chwila wyzwolenia":

Żeby było jednak jeszcze dziwniej - już podczas trwania samej operacji Goudreau i jego współpracownicy otwarcie wrzucali do sieci nagrania, zdjęcia i wiadomości zdradzające ich zamiary. Być może w założeniu był to element akcji propagandowej, mającej zagrzać Wenezuelczyków do powstania. W końcu kilka godzin po strzelaninie na morzu w pobliżu Macuto, Goudreau i Wenezuelczyk imieniem Javier Quintero Nieto, w wideo wrzuconym na Youtube, brali odpowiedzialność za całą akcję i sugerowali, że to nie koniec. Amerykanin udzielił też wywiadu wenezuelskiej dziennikarce, w którym również opowiadał o tym, jaki cel ma akcja, że trwa i że "w całej Wenezueli zostały aktywowane komórki". Stwierdził też, że za swoją pracę nie dostał obiecanych pieniędzy, ale pomimo tego nie wycofał się, bo jest "bojownikiem o wolność".

Klatka z nagrania z udziałem Goudreau, podczas którego deklaruje początek szeroko zakrojonej operacji wywołania rebelii w WenezueliKlatka z nagrania z udziałem Goudreau, podczas którego deklaruje początek szeroko zakrojonej operacji wywołania rebelii w Wenezueli Fot. Factores De Poder

Nic nie wskazuje na to, aby jakimś "komórkom" poszło lepiej, niż pierwszej grupie rebeliantów. Powstania nie ma. Za to siódmego maja dziennik "Washington Post" opublikował prawie cały kontrakt zawarty pomiędzy Silvercorp a wenezuelską opozycją. Dziennikarze otrzymali go od samych opozycjonistów pod warunkiem ocenzurowania większego fragmentu jednej strony. Na dokumencie nie ma podpisu Guaido, co może służyć jako argument za tym, że akcję organizowano bez jego wiedzy.

Niezależnie od tego, spartaczona akcja na pewno będzie teraz na długo silnym argumentem w rękach reżimu Maduro. Już wcześniej oskarżał on o wszystkie problemy i niepowodzenia różnej maści imperialistów, CIA, amerykańskie wojsko, kolumbijskie służby i wojsko oraz krwiożerczą opozycję z Guaido na czele. Teraz ma w rękach niezbity dowód na to, że rzeczywiście w jego osobę są wymierzone spiski.

Władze USA zaprzeczają, jakoby miały jakikolwiek udział w przygotowaniu operacji. Niezależnie od tego, muszą teraz jakoś wydostać z rąk wenezuelskich władz dwóch swoich obywateli, którzy bądź co bądź byli zaangażowani w próbę zbrojnego przewrotu w niepodległym państwie.

Więcej o: