Okręty USA w rosyjskim bastionie. Pierwsza taka wizyta od zimnej wojny

Trzy amerykańskie niszczyciele i brytyjska fregata ćwiczą na Morzu Barentsa. Tak daleko na północ okręty US Navy nie zapuszczały się od czasów zimnej wojny. To podwórko rosyjskiej floty. Obecność na nim okrętów NATO jest wymownym sygnałem, czego Amerykanie nie ukrywają. Flota USA od kilku lat przypomina sobie jak to jest pływać i walczyć na surowym Oceanie Arktycznym.

Zespół okrętów NATO wpłynął na Morze Barentsa czwartego maja. Składa się z trzech amerykańskich niszczycieli typu Alriegh Burke, brytyjskiej fregaty HMS Kent i amerykańskiego statku zaopatrzeniowego USNS Supply.

Jak napisano w oficjalnym komunikacie, zespół okrętów ma swoją obecnością u rosyjskich wybrzeży "bronić wolności nawigacji" i "zademonstrować płynną współpracę sojuszników". Do tego po prostu ćwiczyć działanie w trudnych warunkach za kołem podbiegunowym.

Pokazowa obrona prawa morza

Za często stosowanym przez flotę USA zwrotem o "obronie wolności nawigacji", kryje się przekonanie o konieczności demonstrowania różnym państwom, głównie Chinom i Rosji, prawa okrętów US Navy do pływania gdzie im się podoba na wodach międzynarodowych. Oznacza to w uproszczeniu dalej niż około 22 kilometry (12 mil morskich) od brzegu. Zgodnie z prawem morza rzeczywiście mogą tam robić praktycznie co im się żywnie podoba.

Pomimo formalnej zgodności takich działań z prawem, nie ulega wątpliwości, że są one oceniane przez Chińczyków czy Rosjan jako akty prowokacyjne. Pokazuje to choćby zdanie umieszczone w oficjalnym komunikacie US Navy, które mówi o tym, iż rosyjska flota została już pierwszego maja poinformowana o planowanym wpłynięciu zespołu okrętów NATO na Morze Barentsa. - Aby zapobiec nieporozumieniom i niezamierzonej eskalacji - stwierdzono.

Morze Barentsa to podwórko rosyjskiej floty i po ponad trzech dekadach przerwy zjawił się na nim nie jeden okręt rywali, ale cztery na raz. Dodatkowo są to okręty, które dopiero co przez miesiąc intensywnie ćwiczyły polowanie na okręty podwodne. Czyli na to, co jest najsilniejszą stroną rosyjskiej floty i co jest najbardziej aktywne na Morzu Barentsa.

Podwórko floty Rosji

Jeszcze w czasach radzieckich ten rejon Oceanu Arktycznego został nazwany jednym z bastionów dla floty czerwonej gwiazdy. Nigdy nie miała ona dość sił, aby realnie toczyć walkę z NATO o panowanie nad Atlantykiem. Mogła tam przy pomocy okrętów podwodnych i samolotów dalekiego zasięgu próbować wyrządzić jak najwięcej szkód, ale to tyle.

Za jej kluczowe zadanie uznawano obronę Morza Barentsa i uczynienie z niego w miarę bezpiecznej strefy dla okrętów podwodnych przenoszących rakiety z głowicami jądrowymi. To miał być dla nich bastion, gdzie nie groziłyby im zachodnie okręty podwodne. Z niego miały w razie czego wysłać nad Grenlandią i biegunem rakiety w kierunku USA.

Do dzisiaj to zadanie pozostaje właściwie niezmienione. Zwłaszcza, że potencjał do ataków na Atlantyku flota rosyjska ma znacznie uszczuplony względem czasów ZSRR. Bazująca w Murmańsku i okolicznych fiordach nad Morzem Barentsa rosyjska Flota Północna ma przede wszystkim bronić swojego własnego podwórka. Tego, po którym pierwszy raz od trzech dekad pływa zespół okrętów NATO.

Trudna sztuka pływania po wodach Arktyki

Amerykanie już od kilku lat pracują nad przypomnieniem sobie jak to jest działać na wodach Oceanu Arktycznego. Podczas zimnej wojny była to rutyna, ale po jej zakończeniu zostało to zarzucone. Uwaga USA skupiła się na znacznie cieplejszych rejonach w pobliżu zwrotników, czyli na wodach Bliskiego oraz Dalekiego Wschodu. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę optyka w amerykańskim wojsku zmieniła się na powrót i przypomniano sobie o potencjalnym zagrożeniu ze strony Floty Północnej.

W 2018 roku pierwszy raz od czasów zimnej wojny amerykańskie okręty nawodne w ogóle przekroczyły koło podbiegunowe i ćwiczyły daleko na północy. Od razu był to lotniskowiec atomowy wraz z eskortą. Niedługo później na te wody wpłynął duży okręt desantowy z eskortą i piechotą morską na pokładzie. W tym samym roku odtworzono skasowaną w 2011 roku II Flotę USA, która odpowiada za wody u wschodnich wybrzeży USA i Północny Atlantyk. W 2019 roku cały zespół okrętów okresowo stacjonował na Islandii i ćwiczył w jej okolicy.

Amerykanie przyznają, że wiele zapomnieli przez dekady po zimnej wojnie. Kiedy w 2018 roku za koło podbiegunowe udał się lotniskowiec z eskortą, to ten pierwszy radził sobie dobrze dzięki swoim rozmiarom, ale jego mniejsza obstawa miała mieć problemy w ciężkich warunkach pogodowych. Nowsze okręty US Navy mają nie mieć między innymi systemów do odladzania a marynarze zatracili umiejętności konieczne do sprawnego działania w realiach Arktyki. - Mówię to trochę ironicznie, ale powinniśmy w tym regionie zrobić spiętrzenie "obrony wolności nawigacji". Będziemy próbować. Nauczymy się tego - mówił w 2019 roku ówczesny sekretarz US Navy Richard Spencer.

To wszystko dotyczy jednak okrętów nawodnych. Nie ulega bowiem wątpliwości, że podwodniacy dobrze sobie radzą na Oceanie Arktycznym bez przerwy. Konkretne informacje są jednymi ze ściślej strzeżonych tajemnic, ale na Morzu Barentsa i w okolicy nieustannie toczy się "cicha wojna". Atomowe okręty podwodne Rosji i NATO śledzą się nawzajem, starają się zdobyć cenne informacje wywiadowcze i uprzykrzyć życie rywalom. O szczegółach może się dowiemy za kilkadziesiąt lat.

Atomowe okręty podwodne zazwyczaj są pod powierzchnią. Tylko czasem można je oglądać w pełnej krasie. Na przykład podczas pobytu w doku. Na wideo amerykański USS Tennessee

Zobacz wideo
Więcej o: