Spanikowany pasażer wystrzelił się z myśliwca. Raport z niecodziennego wypadku

Po roku dochodzenia opublikowano raport na temat bardzo niecodziennego wypadku, do którego doszło we francuskiej bazie lotniczej Saint-Dezier. Cywil zabrany na przejażdżkę myśliwcem Rafale przez przypadek wystrzelił się z niego. Tylko przez usterkę wart dziesiątki milionów dolarów samolot ocalał. Śledczy ustalili, że przygotowanie 64-letniego mężczyzny do lotu zostało przeprowadzone bardzo po macoszemu i tak właściwie to nie chciał lecieć.

Do wypadku doszło 30 marca 2019 roku około południa. 64-letni cywil określony tylko jako "dyrektor firmy zbrojeniowej" został usadzony na tylnym fotelu w dwumiejscowym myśliwcu Rafale B. Siedzący przed nim pilot wystartował do standardowej misji szkoleniowej, gwałtownie się wnosząc.

Sekundy później, na wysokości nieco ponad 200 metrów i przy prędkości rzędu 500 km/h, niespodziewanie zadziałał fotel katapultowy pasażera. 64-latek został wystrzelony na zewnątrz. Cały system ratunkowy zadziałał jak powinien i mężczyzna bezpiecznie wylądował pod spadochronem z jedynie drobnymi obrażeniami.

Niechciany prezent

Wszystko to może się wydawać na niespecjalnie groźne, ale użycie katapulty to bardzo gwałtowne i brutalne wydarzenie. Nietrudno o obrażenia lub nawet śmierć nieprzygotowanej osoby oraz uszkodzenie lub wręcz utratę bardzo drogiego samolotu. Śledztwo wszczęto więc automatycznie. Lektura raportu jest bardzo ciekawa, bo i całe wydarzenie jest unikalne.

Lot w myśliwcu był niespodziewanym prezentem dla 64-latka, zorganizowanym przez czterech znajomych, w tym byłego pilota francuskiego lotnictwa wojskowego. Całe wydarzenie miało formalne zgody ministerstwa obrony i dowództwa lotnictwa. Mężczyznę traktowano jako VIP-a. Ze względu na to cały proces przygotowania do lotu został przeprowadzony ekspresowo. Mężczyźni pojawili się w bazie rano a samolot miał wystartować około południa. Badanie lekarskie zostało więc przeprowadzone ogólnie i lekarz nie zdążył uzyskać szczegółowej dokumentacji medycznej 64-latka, choć starał się to zrobić.

Standardowo tego rodzaju przeloty "zapoznawcze" są organizowane ze znacznie większym wyprzedzeniem. Oficjalne procedury nakazują wiele dni odstępu przed pierwszym badaniem lekarskim a lotem, aby był na wszystko czas a przyszły pasażer miał możliwość oswoić się z perspektywą znalezienia się w myśliwcu.

64-latek nie miał takiego luksusu. Według raportu miał wręcz nie chcieć lecieć, ale znalazł się pod presją społeczną kolegów i uległ jej. Był mocno zestresowany. Jeszcze na ziemi czujniki rejestrowały tętno na poziomie 130-140 uderzeń na minutę.

Niedokładne przygotowanie

Przed startem lekarz skontaktował się z pilotem i przekazał mu podstawowe informacje na temat 64-latka. Podczas badania ustalił, że mężczyzna ogólnie jest zdatny do lotu, ale z ograniczeniami. Nie powinien być poddawany przeciążeniu większemu niż +3g i w ogóle przeciążeniu negatywnemu. Te informacje nie dotarły jednak do pilota, który wobec tego nie zmodyfikował planu lotu, który miał być normalną misją szkoleniową z trzema innymi myśliwcami Rafale.

64-latek oczywiście przeszedł podstawowe skrócone szkolenie na temat tego, jak powinien się zachowywać w samolocie i czego może się spodziewać. Wojskowi podeszli jednak bardzo luźno do ubrania go w specjalny skafander przeciwprzeciążeniowy (redukuje efekty oddziaływania dużych przeciążeń, głównie poprzez ograniczanie odpływania krwi z głowy) i był on źle dopasowany. Dodatkowo 64-latek miał w większości samodzielnie wsiąść do kokpitu i się w nim zainstalować. W efekcie nie miał odpowiednio zapiętego hełmu i maski tlenowej oraz za luźno ściągnięte pasy.

W ten sposób (nie)przygotowany i bardzo zestresowany 64-latek znalazł się w kokpicie nowoczesnego myśliwca, który wytoczył się na pas startowy.

64-latek w kokpicie tuż przed startem. Śledczy zaznaczyli niezapięte elementy trzymające hełm i maskę tlenową64-latek w kokpicie tuż przed startem. Śledczy zaznaczyli niezapięte elementy trzymające hełm i maskę tlenową Fot. BEA-E

Bardzo krótka przygoda

O godzinie 11:52 i 12 sekund pilot włączył dopalacze i z ogłuszającym hukiem samolot zaczął gwałtownie przyśpieszać. Po ośmiu sekundach jechał z prędkością 270 km/h i pilot lekko ściągnął drążek sterowy podnosząc dziób maszyny, która dwie sekundy później oderwała się od pasa. Przez kolejne dziesięć sekund samolot jeszcze nabierał prędkości, lecąc tuż nad ziemia. Kiedy osiągnął 550 km/h, skończyła się dotychczas dość łagodna przygoda 64-latka.

O godzinie 11:52 i 32 sekundy pilot mocno ściągnął drążek do siebie i zaczął gwałtowne wznoszenie. Samolot wystrzelił w górę pod kątem 45 stopni, przeciążenie szybko sięgnęło 4g. Po pięciu sekundach maszyna była już 200 metrów wyżej i pilot obniżył dziób maszyny po zorientowaniu się, że pasażer jest w kiepskim stanie i ma "bardzo wysokie" tętno. W tym momencie na chwilę pojawiło się przeciążenie ujemne. Zaskoczony pasażer, do tej pory bardzo mocno wciśnięty w fotel, nagle się od niego oderwał i zaczął lecieć w górę. Słabo zaciśnięte pasy go nie przytrzymały. Spanikowany odruchowo złapał to co miał najbliżej, czyli umieszczone między nogami uchwyty uruchamiające fotel katapultowy.

System zadziałał jak powinien. Materiały wybuchowe rozerwały owiewkę (pleksiglasowa osłona kokpitu) nad głową 64-latka a silnik rakietowy pod siedzeniem fotela wystrzelił go na zewnątrz. Wszystko w mniej niż sekundę. 25 sekund po uruchomieniu dopalaczy. Była więc to bardzo krótka "przejażdżka". Mężczyzna miał szczęście i bezpiecznie wylądował, nie robiąc sobie krzywdy, choć pęd powietrza natychmiast zerwał mu z głowy źle zapięty hełm.

Zdjęcia poglądowe z raportu pokazujące umiejscowienie uchwytu uruchamiającego katapultęZdjęcia poglądowe z raportu pokazujące umiejscowienie uchwytu uruchamiającego katapultę Fot. BEA-E

Procedury mają sens

Nie był to jednak koniec groźnych wydarzeń. Teraz zaczął się trudny czas dla pilota. Teoretycznie system katapultowy powinien go też wystrzelić na zewnątrz. To standardowe rozwiązanie mające zapobiegać wypadkom, kiedy na przykład nieprzytomny członek załogi nie jest w stanie na czas się wystrzelić. Podczas tego incydentu doszło jednak do usterki. Podczas katapultowania 64-latka uszkodzeniu uległ źle zamontowany przewód, który powinien przekazać sygnał uruchamiający fotel pilota. Ten został więc w kokpicie.

Pomimo zaskoczenia, poranienia przez szczątki owiewki, ogłuszającego huku i pędu powietrza, pilot zdołał opanować samolot i wykonać awaryjne lądowanie. Po zatrzymaniu się maszyny natychmiast z niej wyskoczył, bo siedział na uzbrojonym silniku rakietowym, który z jakiegoś powodu nie zadziałał jak powinien.

Główne wnioski śledczych z badania tego wydarzenia to przypomnienie o konieczności bardziej skrupulatnego przestrzegania procedur towarzyszących zabieraniu cywilów na takie loty.

Pechowy samolot po wylądowaniu. Widać brak owiewki kokpituPechowy samolot po wylądowaniu. Widać brak owiewki kokpitu Fot. BEA-E