Chiny. W telewizji propagandowa walka z koronawirusem, a rząd ingeruje w prywatne rozmowy w internecie

Chiński rząd śledzi użytkowników portali społecznościowych, takich jak Twitter i WeChat, którzy w prywatnych rozmowach dzielą się informacjami o epidemii koronowirusa - podaje portal vice.com. Tymczasem oficjalne media przedstawiają budujący obraz zmagań z koronawirusem.

Epidemia koronawirusa trwa w Chinach w najlepsze. Przekaz kreowany przez oficjalne media w coraz większym stopniu odbiega od informacji, które znaleźć można w mediach niezależnych i społecznościowych.

Kontrolowane przez rząd media podają krzepiące obrazy z Chin, które mają dodać obywatelom otuchy. "W poniedziałek pięciu fryzjerów świadczyło darmowe usługi fryzjerskie dla członków zespołu medycznego walczącego z epidemią koronawirusa w szpitalu Hankou w Wuhan. Trwa właśnie tradycyjnie pracowity Dzień Longtaitou, w którym cięcie włosów przynosi szczęście" - pisze na przykład Centralna Telewizja Chińska.

Pokazano też radosnych medyków z prowincji Heilongjiang, którzy przylecieli do Hubei, by wspomóc personel medyczny w walce koronawirusem. 

W innym wpisie przedstawiono zaś 55-letniego restauratora, który codziennie wydaje 20 darmowych posiłków dla personelu medycznego, który w jego sąsiedztwie walczy z koronawirusem. 

Rząd ingeruje w prywatne rozmowy o koronawirusie

Koronawirus powoduje w Chinach narastające społeczne niezadowolenie, które przenosi się do internetu, w szczególności do mediów społecznościowych. Gwałtowne protesty wybuchły na portalu społecznościowym Weibo po śmierci Li Wenlianga - lekarza, który jaki jeden z pierwszych informował o nieznanym jeszcze wówczas koronawirusie. Mężczyzna został zmuszony przez policję do oświadczenia o tym, że "nie będzie działał niezgodnie z prawem". Po śmierci lekarza hashtag "Chcę wolności słowa" rozprzestrzenił się na Weibo w kilka godzin, użyty został w dwóch milionach postów. Wszystkie zostały usunięte do następnego dnia.

Tłumienie protestów i sprzeciwu nie jest w Chinach nowością, ale tym razem bezpośrednie i pośrednie interwencji chińskich władz dotyczą prywatnych interakcji w mediach społecznościowych. Amerykański portal vice.com opisuje historię Chińczyka, który będąc na wakacjach w Kalifornii próbował podzielić się informacjami o koronawirusie z rodziną w Wuhan na WeChat. Według mężczyzny chiński rząd zmusił jego przyjaciół w Chinach, aby zapytali go o jego miejsce pobytu w USA, po czym otrzymał ostrzeżenie, że ktoś w Szanghaju próbuje uzyskać dostęp do jego konta w WeChat.

Zobacz wideo >>> Chiny, koronawirus i tajemnice. Co ukrywa Xi Jinping?

Według portalu inny mężczyzna mieszkający w Chinach powiedział, że urzędnicy odwiedzili go w jego domu w Dongguan po tym, jak zareagował na tweet krytyczny wobec sposobu, w jaki chiński rząd radzi sobie z rozprzestrzenianiem się wirusa. Urzędnicy powiedzieli mu, że jego tweet był atakiem na chiński rząd. Telefon mężczyzny został skonfiskowany, a on sam został zmuszony do podpisania oświadczenia, że nie będzie "groził" władzom.

Chiny rozprawiły się również z wykorzystaniem wirtualnych sieci prywatnych (VPN), używanych w Chinach w celu omijania rządowej cenzury w sieci. 

Liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa w Chinach wzrosła do ponad 2700. Liczba zarażeń przekroczyła zaś 78 000.

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Chiny. W telewizji propagandowa walka z koronawirusem, a rząd ingeruje w prywatne rozmowy w internecie
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl