Karol Chwedczuk-Szulc: Trump bezpowrotnie zakończył czasy politycznego centryzmu

- Nie da się już wygrać tych wyborów bez populizmu. Kluczowe jest więc to, czy umiarkowani i wykształceni zwolennicy demokratów zrozumieją, że radykalizm Sandersa jest ceną za poszerzenie bazy wyborców, którą muszą zaakceptować - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Karol Chwedczuk-Szulc, politolog z Uniwersytetu Wrocławskiego.

GAZETA.PL, ALEKSANDER PALIKOT: Stany Zjednoczone żyją prawyborami w Partii Demokratycznej. Wszyscy zadają sobie pytanie o to, kto będzie walczył o władzę z Donaldem Trumpem. Czego się dowiedzieliśmy po głosowaniach w Iowa i New Hampshire?

KAROL CHWEDCZUK-SZULC: Przede wszystkim dowiedzieliśmy się tego, co wiedzieliśmy już po prawyborawch z 2016 roku, choć demokraci nie odrobili tej lekcji. Tak jak wtedy sondaże okazały się nietrafione, a kandydaci, którzy wydawali się radykalni i niewybieralni odnieśli sukces. To, co mówił i robił Donald Trump w 2016 roku uważane było zbyt radykalne dla amerykańskich wyborców, a teraz jest to po prostu w mainstreamie i cała Partia Republikańska stoi za nim murem. Bernie Sanders unosi się na takiej samej fali, jak wówczas Donald Trump.

>>> Czytaj także: USA. Podwójne zaskoczenie w Iowa. Pete Buttigieg i Bernie Sanders na prowadzeniu w prawyborach Demokratów

Wielu kandydatów, jak np. Beto O’Rurke czy Kamala Harris, zdążyło wypalić się jeszcze przed pierwszymi głosowaniami, a sondaże preferencji zmieniały się niekiedy z tygodnia na tydzień. Jednak pozycja Sandersa jest od dłuższego czasu niezmiennie silna. Czy wobec tego największym zaskoczeniem nie okazał się jednak bardzo słaby wynik Joe Bidena i bardzo dobry Pete'a Buttiegiega oraz wzrost popularności Amy Klobuchar?

Biden jest dla wielu wyborców gorszą wersją Hilary Clinton – jeszcze bardziej establishmentową i obciążoną decyzjami, które dziś są powszechnie uważane za błędne. Wydaje mi się, że po porażce w Iowa i New Hempshire – gdzie zajął dopiero czwartą i piątą pozycję, choć uważany był za lidera – nie odzyska już swojego, jak to mówią Amerykanie, mojo (w wolnym tłumaczeniu: czaru, uroku, siły przyciągania - przyp. red.). Wzrost popularności Amy Klobuchar, która uchodzi za głos rozsądku, bo reprezentuje prorynkowych centrowych wyborców, odbył się m.in. właśnie kosztem byłego wiceprezydenta.

 A co sądzi Pan o Buttiegiegu, który póki co razem z Sandersem prowadzi w wyborczym wyścigu?

Buttiegieg jest ciekawą mieszanką. Atrakcyjnym w oczach wielu wyborców czyni go to, kim jest: młodym, świetnie wykształconym weteranem wojennym i burmistrzem prowincjonalnego miasteczka, który jednocześnie jest zamężnym homoseksualistą, często odwołującym się do swojej wiary. To sprawia, że może wydawać się złotym środkiem: łączy progresywną retorykę z centrowymi propozycjami programowymi i tym samym jest w stanie zabierać głosy zarówno progresywnym, jak i umiarkowanym konkurentom.

Krytycy Buttiegiega przekonują jednak, że "burmistrz Pete" jest przede wszystkim wytworem politycznego marketingu. Wiele wskazuje na to, że polityczna polaryzacja zaszła tak dlatego, że nie jest on w stanie wygrać z pojedynku z Trumpem, który położył kres czasom, kiedy władza trafiała w ręce polityków umiarkowanych.

>>> Czytaj także: Pete Buttigieg. "Amerykański Biedroń" może być czarnym koniem wyborów prezydenckich w USA

Może w tej sytuacji poważne zagrożenie dla Trumpa stanowi Michael Bloomberg?

Bloomberg wydaje dziennie 3,7 miliona dolarów na polityczne reklamy. W niektórych stanach ma już dwucyfrowe wyniki w sondażach. Jednocześnie, choć wiemy kim jest, nie wiemy jaki jest jego polityczny program. Może okazać się czarnym koniem tych wyborów.

Z drugiej strony jego przykład obrazuje, co z amerykańskim systemem politycznym jest nie tak z punktu widzenia egalitarnej demokracji. W Stanach Zjednoczonych o wyborczym sukcesie w ogromnej mierze decydują pieniądze, zwłaszcza że kilka lat temu Sąd Najwyższy zniósł limit tego, ile można wpłacić na kampanię danego kandydata.

Czy w tej sytuacji możemy już mówić o liderach w prawyborach?

Wszystko stanie się jaśniejsze po Super Tuesday na początku marca. Wówczas do gry wejdzie Bloomberg, który zdecydował się nie brać udziału w dotychczasowych głosowaniach. Przede wszystkim jednak głos oddadzą wyborcy w czternastu stanach – w tym Kalifornii i Teksasie – i w ten sposób wyłoniona zostanie jedna trzecia delegatów wskazujących nominata Partii Demokratycznej. Głosować będą wyborcy o zróżnicowanym składzie społecznym i etnicznym. Po Super Tuesday prawdopodobnie będziemy wiedzieć, między kim będzie toczyła się ostateczna walka o nominację.

Czy da się powiedzieć w jednym zdaniu, o co chodzi w tych wyborach? O co toczy się polityczna gra?

W jednym zdaniu powiedziałbym, że o to, o co w Polsce: o rządy prawa (czy raczej poszanowanie kultury prawnej, bo to jest system prawa precedensowego) i o to, czy Stany Zjednoczone pozostaną jednym krajem. Liczba paraleli pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską jest zaskakująca. Trump, tak samo jak Kaczyński, prowadzi wojnę kulturową: jesteśmy my i oni, są łże-elity i są prawdziwi Amerykanie czy Polacy. Jeżeli Trump będzie miał kolejne pięć lat, to ten trend będzie się pogłębiał. Od niepamiętnych czasów nikt nie poszedł tak daleko jak Trump w wymienianiu kadry urzędniczej oraz obsadzaniu bliskich sobie ideologicznie sędziów.

Z kolei stawką politycznej gry jest mobilizacja elektoratu. Teoretycznie demografia wskazuje na to, że wygrywać powinna opcja bardziej otwarta, kosmopolityczna. Jednak niemal połowa wyborców nie głosuje. Wydaje się, że demokraci w końcu zrozumieli, że muszą poszerzyć bazę wyborców, by wygrać. Potrzeba więcej takich polityczek jak Alexandria Ocasio Cortez, która wygrała wybory do Izby Reprezentantów dzięki mobilizacji - do tej pory biernych - obywateli z mniejszości. Gdyby miliony obecnie niegłosujących Amerykanów wzięły udział w wyborach, Trump nie miał by szans na wygraną. W dużej mierze chodzi o dzieci imigrantów w pierwszym pokoleniu.

Czy oznacza to, że kluczem do zwycięstwa jest problem imigracji i rasizmu?

W pewnym sensie można tak powiedzieć. Konflikty rasowe przybierają na sile, a Trump je podsyca. Dużym problemem dla uboższych wyborców z mniejszości etnicznych, rasowych, jest tzw. voter suppresion, czyli wykluczenie określonych grup wyborców. W konserwatywnych, niekiedy rasistowskich stanach, takich jak np. Alabama, mamy do czynienia z systemowym rasizmem i klasizmem. Po pierwsze lokale wyborcze są otwierane z dala od miejsca zamieszkania grup mniejszościowych. Po drugie, żeby dojechać do tych lokali często trzeba mieć samochód, a klasy uboższe często samochodów nie mają. Po trzecie, lokale wyborcze otwarte są w godzinach, kiedy te grupy pracują, a praca na dwa etaty wśród uboższych warstw jest w Stanach czymś powszechnym. Wszystko to utrudnia udział w wyborach.

Bernie Sanders i jego zwolennicy przekonują, że tylko oni są w stanie zmobilizować tzw. klasy pracujące. Czy jednak poszerzanie bazy poprzez przyjęcie radykalnych postulatów socjalnych nie zniechęci umiarkowanych wyborców?

Tak, ale nie da się już wygrać tych wyborów bez populizmu. Kluczowe jest więc to, czy umiarkowani i wykształceni zwolennicy demokratów zrozumieją, że radykalizm Sandersa jest ceną za poszerzenie bazy wyborców, którą muszą zaakceptować. Wówczas nie wygra populistyczna prawica.

Zobacz wideo Bernie Sanders znów kandyduje na prezydenta

W 2016 r. Tump wygrał m.in. dzięki głosom mieszkańców tzw. pasa rdzy, który ucierpiał w wyniku deindustrializacji i globalizacji bardziej niż inne części USA. Czy to są te klasy pracujące, o których mówi Sanders?

Większość tego elektoratu jest nie do odbicia. Największą porażką demokratów jest to, że nie potrafili zbudować mostu pomiędzy ubogimi imigrantami i mniejszościami a zubożałą białą klasą średnią. Ekonomiczne interesy tych grup są tożsame. Jednak ci drudzy głosują na Trumpa, który daje im poczucie wyższości, dzięki prowadzonej przez siebie wojnie kulturowej. Jeszcze dwadzieścia lat temu ci ludzie głosowali na demokratów.

No właśnie, jak pogodzić dwie narracje na temat stanu amerykańskiej gospodarki, które polski czytelnik może usłyszeć w mediach? Jedna z nich mówi o ogromnych nierównościach ekonomicznych, słabym dostępie do usług publicznych i wyzysku pracowników, druga zaś o wysokim wzroście gospodarczym, odbudowie amerykańskiego przemysłu i zadowoleniu przeciętnego Amerykanina.

To akurat wyjaśnić jest bardzo łatwo. Słyszymy przede wszystkim narrację tych grup społecznych, które są przy władzy i które są beneficjentami obecnej sytuacji. My w Polsce mamy całkowicie wyidealizowany obraz Stanów Zjednoczonych. Wynika to nie tylko z kwestii historycznych, ale też z tego, że nie dociera do nas narracja mniej uprzywilejowanej i wykluczonej części amerykańskiego społeczeństwa.

Z czego wynika to, że kwestie socjalne – temat służby zdrowia, pensji minimalnej, ochrony pracowników – zdominowały tę kampanię?

Z tego, że problemy te wciąż były spychane przez rządzącą elitę na margines, wskutek czego narastały. Amerykanie sami narzucili sobie wielkie kłamstwo o tym, że żyją w społeczeństwie bezklasowym. Tymczasem ciężko o lepszy przykład społeczeństwa klasowego, niż współczesna Ameryka.

Prezydentura Obamy, która przypadła na czasy wielkiego kryzysu po 2008 r. oraz ograniczana była przez zdominowany przez republikanów Senat, rozszerzyła dostęp do usług publicznych i zrealizowała wiele progresywnych postulatów. Jednak wojna kulturowa podsycana przez republikanów oraz wciąż odczuwalne skutki kryzysu finansowego, doprowadziły do wyborczego zwycięstwa Trumpa w 2016 roku. Powrót do przeszłości jest niemożliwy i stąd pojawiła się przestrzeń na postulaty publicznej służby zdrowia, szerzej dostępnej edukacji czy wyższego opodatkowania wielkich korporacji oraz multimilionerów.

Wynik prawyborów jest dziś ciężki do przewidzenia. Gdyby jednak miał Pan brać udział w zakładzie, na kogo by Pan postawił?

Cztery lata temu przegrałem dwie butelki dobrego alkoholu, obstawiając, że Trump nie ma szans. Myślę, że i tym razem jego wygrana jest prawdopodobna. Choć jeśli demokraci wybiorą Sandersa na swojego kandydata, to miałby on szansę pokonać obecnego prezydenta. No i mamy czarnego konia w postaci Micheala Bloomberga. Jakkolwiek nie będzie, po ostatnich wyborach prezydenckich w USA mam już ograniczone zaufanie do sondaży.

Karol Chwedczuk-Szulc - doktor nauk politycznych, adiunkt w Instytucie Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się badaniami porównawczymi UE–USA, ze szczególnym uwzględnieniem kryzysów politycznych i sposobów ich rozwiązywania. Research Fellow na American University w Waszyngtonie DC w latach 2015–2016 oraz w roku 2019.

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Karol Chwedczuk-Szulc: Trump bezpowrotnie zakończył czasy politycznego centryzmu
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl