Rakiety z Chin, a głowice podobno w Pakistanie. Saudowie czekają na ruch Iranu. Kolejny atomowy punkt zapalny jest bliski

Nieznoszący się nawzajem, prowadzący ukryte wojny i nieustannie się podgryzający religijni ekstremiści uzbrojeni w broń jądrową - to mało ciekawa perspektywa. Taka jednak się rysuje na Bliskim Wschodzie. Iran wrócił do nieograniczonych prac nad swoją. Saudowie od lat przestrzegają, że w razie czego oni też mogą szybko mieć broń jądrową. Rzekomo już ją kupili, tylko czekają, kiedy zażądać dostawy.

Atomowy Bliski Wschód to obecnie układanka o trzech głównych elementach. Z jednej strony jest Iran, który pracuje lub chce pracować nad własną bronią jądrową. Z drugiej jest Arabia Saudyjska, która przynajmniej oficjalnie programu jądrowego nie ma, ale podobno zainwestowała bardzo dużo pieniędzy w możliwość kupienia sobie kilku głowic. Oba państwa są sobie wrogie i żadne nie dopuści, aby rywal miał przewagę w broni ostatecznej.

Nieco z dystansu przygląda się temu Izrael, który udaje, że żadnego arsenału jądrowego nie ma. Choć wszyscy wiedzą, że na pewno go ma i to od wielu dekad. Jedyny arsenał jądrowy na Bliskim Wschodzie. Izrael od dawna robi wszystko, co możliwe, włącznie z użyciem siły, aby tak pozostało.

Całą tą układankę komplikują Amerykanie, którzy mają dużo do powiedzenia w regionie. Zwłaszcza że prezydent Donald Trump dość jednoznacznie stwierdził, że "nie pozwoli", aby Iran miał broń jądrową.

Iran może zaczynać

W ten sposób powstaje potencjalnie bardzo wybuchowa mieszanka wzajemnej wrogości, która może zostać niebezpiecznie wzbogacona o broń jądrową w perspektywie kilku lat.

Na razie Iran zadeklarował po zabiciu ponad tydzień temu przez wojsko USA generała Kasema Sulejmaniego, że przestaje przestrzegać ograniczeń nałożonych na jego program jądrowy przez zawarte w 2015 roku porozumienie z mocarstwami (JCPOA - USA jednostronnie wycofały się z niego w 2018 roku, de facto je torpedując). Nie padły stwierdzenia o przyśpieszonych pracach nad bronią masowego rażenia. Na razie Iran wzbogaca uran konieczny do stworzenia głowic jądrowych, ale pozwala też na inspekcje Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

Nie wiadomo, czy Teheran będzie teraz konsekwentnie dążył do stworzenia broni jądrowej. Na razie nie ma jednoznacznego sygnału. Potencjalne wzbogacenie odpowiedniej ilości uranu do poziomu czyniącego go użytecznym w broni jądrowej zajmie jeszcze wiele miesięcy, po czym trzeba by jeszcze ją skonstruować i ewentualnie przetestować. Na pewno można się spodziewać, że jeśli Iran będzie parł w tym kierunku, to szybko o tym usłyszymy od Izraelczyków, Saudów i wspierających ich Amerykanów.

Zobacz wideo

Saudowie mają być gotowi

Iran nie działa bowiem w próżni. Każdy jego ruch wywoła kontrposunięcie w Rijadzie. Arabia Saudyjska i Iran od dekad pozostają w trudnych relacjach, które oscylują od otwartej wrogości do względnego tolerowania się. Oba państwa aspirują do przewodzenia światu islamskiemu, choć reprezentują odmienne odłamy islamu - szyizm i sunnizm. Oba państwa aspirują też do bycia dominującą siłą w regionie. Bezpośredniej wojny nie toczyły, choć zdarzały się incydenty nad Zatoką Perską. Prowadzą też tak zwane wojny zastępcze, wspierając różne strony konfliktów w Jemenie i Syrii. Wzajemna wrogość jest w ostatnich latach na tyle silna, że Arabia Saudyjska zbliżyła się z Izraelem, pomimo wcześniejszych dekad wrogości.

Saudowie wielokrotnie przestrzegali, że nie zgodzą się na rzeczywistość, w której Irańczycy mają broń jądrową, a oni nie. W 2018 roku otwarcie powiedział to następca saudyjskiego tronu, książę Muhammad ibn Salaman. Jednocześnie nazwał irańskiego przywódcę ajatollaha Khamenei "Hitlerem", ponieważ ten ma chcieć rozszerzać irańską strefę wpływów w regionie nawet przy użyciu siły.

Od wielu lat pojawiają się nieoficjalne doniesienia, oparte najczęściej o "informatorów w służbach wywiadowczych", czy niedwuznaczne deklaracje oficjeli, że Saudowie broń jądrową mają na wyciągnięcie ręki, a właściwie na telefon. Arabia Saudyjska miała zainwestować wiele miliardów dolarów w pakistański program jądrowy, który zakończył się detonacją pierwszego ładunku w latach 90. - Jak myślicie, po co oni nam dali te pieniądze? Tak z dobrego serca? - miał powiedzieć w 2013 roku BBC anonimowy wysoki rangą pakistański urzędnik.

Choć oficjalnego potwierdzenia ze zrozumiałych względów nie ma, to domniemanie jest takie, że w razie poważnej sytuacji Pakistan ma przekazać Arabii Saudyjskiej co najmniej kilka głowic jądrowych.

Chińska pomoc za twardą walutę

Saudowie mają już do nich odpowiednie rakiety. W latach 80. kupili 36 chińskich pocisków balistycznych średniego zasięgu DF-3, nadających się właściwie tylko do przenoszenia głowic jądrowych ze względu na niską celność. Kontrakt obejmujący też budowę odpowiednich baz, szkoleń i pomocy w obsłudze miał opiewać na 3,6 miliarda dolarów, co dla Chin było astronomicznym zastrzykiem dewiz. Całe rezerwy walutowe Pekinu w momencie podpisania kontraktu miały wynosić około dwóch miliardów dolarów. Dopiero w 2014 roku rakiety DF-3 pokazano publicznie. Nie wiadomo, czy dokupiono ich w kolejnych latach więcej.

Od około 2007 roku pojawiają się nieoficjalne doniesienia, że Saudowie kupują od Chińczyków nową generację rakiet balistycznych średniego zasięgu DF-21. Amerykanie mieli się zgodzić na taki zakup pod warunkiem, że pociski nie będą dostosowane do użycia z głowicami jądrowymi. DF-21 są znacznie celniejsze niż DF-3, wobec czego stanowią groźną broń nawet z głowicami konwencjonalnymi. Choć w razie czego dostosowanie ich do użycia z jądrowymi teoretycznie powinno być możliwe.

W przeciwieństwie do Irańczyków Saudowie nie przechwalają się swoim arsenałem rakietowym. Informacje na jego temat są w większości nieoficjalne. Nie ulega jednak wątpliwości, że istnieje. Widać to wyraźnie na zdjęciach satelitarnych baz rakietowych pobudowanych z chińską pomocą.

Izraelczycy już używali siły

Jest więc możliwe, że gdyby Iran stworzył swoją broń jądrową, to Saudowie w krótkim czasie odpowiedzieliby swoją. W ten sposób świat wzbogaciłby się o kolejne dwa bardzo wrogie sobie państwa z bronią ostateczną (obecnie mamy już duet Pakistanu i Indii). Na marginesie uważnie przyglądałby się temu Izrael, który z Iranem również ma bardzo złe relacje, a z Arabią Saudyjską chwilowo przyzwoite, w myśl zasady "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem".

Państwo żydowskie posiada broń jądrową od późnych lat 60., choć oficjalnie się do tego nie przyznaje. Jest bardzo prawdopodobne, że w 1979 roku Izraelczycy przeprowadzili swoją skrytą próbę jądrową na Oceanie Południowym. Szczegółowy potencjał izraelskiego arsenału jądrowego nie jest znany, jednak różne szacunki mówią o od kilkudziesięciu do kilkuset głowic termojądrowych. Mogą je przenosić samoloty oraz rakiety balistyczne. Izraelczycy mają serię rakiet Jerycho, z których najnowsza oznaczona liczbą III ma mieć zasięg rzędu od czterech do sześciu tysięcy kilometrów.

Izraelczycy traktują swoją broń jądrową jako ostateczne odstraszanie wrogich arabskich sąsiadów. Jej ewentualne użycie jest nazywane "opcją Samsona", od biblijnego siłacza, który zabił tysiące wrogów, zawalając świątynię na nich i na siebie. Jednocześnie Izraelczycy mają ewidentną politykę niedopuszczenia żadnego ze swoich potencjalnych wrogów do wejścia w posiadanie broni jądrowej. W 1981 roku w zaskakującym nalocie zniszczyli reaktor jądrowy budowany w Iraku. W 2007 zrobili to samo z reaktorem w Syrii. Czy zrobią to samo w przypadku Iranu, którego przywódcy w przeszłości otwarcie wzywali do starcia Izraela z powierzchni Ziemi? Na razie się nie odważyli.

Jedno jest pewne. Po storpedowaniu przez Amerykanów porozumienia jądrowego z Iranem i dodatkowo podgrzaniu atmosfery przez zabicie Sulejmaniego, Bliski Wschód wkracza w "ciekawy" czas. Trudno przewidzieć, co się stanie. Czy Iran pomimo nacisków świata będzie parł ku broni jądrowej, wywołując niebezpieczny wyścig zbrojeń atomowych i ryzykując wojnę prewencyjną z Amerykanami, Saudami i Izraelczykami? Czy też może ze względu na problemy wewnętrzne i silną presję międzynarodową tego poniecha?

Więcej o: