Iran wcale nie spudłował. Zdjęcia satelitarne zaatakowanej bazy mogą zaniepokoić

Wbrew pierwszym doniesieniom amerykańskich mediów, wszystko wskazuje na to, że Irańczycy strzelający rakietami do bazy USA w Iraku wcale nie chcieli spudłować. Oficjalnie potwierdził to Pentagon. Fakt, że nikt nie zginął, ma być bardziej kwestią przypadku i odpowiednio wczesnego ostrzeżenia żołnierzy będących celem. Irańczycy zagrali więc w "rakietową ruletkę", albo są wyjątkowo pewni celności swoich rakiet.

Nowe światło na irański atak rakietowy na amerykańską bazę lotniczą Al-Asad w Iraku rzucają zdjęcia zrobione przez cywilnego satelitę. Firma PlanetLabs wykonała je na zlecenie Middlebury Institute of International Studies.

Widać na nich szereg miejsc detonacji głowic irańskich rakiet. Większość znajduje się w części bazy służącej obsłudze samolotów, śmigłowców i dronów. Trzy wyglądają, jakby trafiły dokładnie, lub tuż obok namiotowych hangarów i jakichś magazynów. Amerykanie twierdzą, że straty są minimalne. Największa to uszkodzony śmigłowiec UH-60M Black Hawk.

Zobacz wideo

To nie było pudło

Jedno jest jednak pewne. Początkowe doniesienia amerykańskich mediów, oparte o "anonimowych informatorów" z Pentagonu, iż Iran celowo nie trafił w bazę, można włożyć między bajki. Irańczycy wyraźnie celowali i trafili. Potwierdził to oficjalnie w środę wieczorem czasu amerykańskiego generał Mark Milley, szef Kolegium Połączonych Sztabów - najwyższy rangą amerykański wojskowy.

- Jestem osobiście przekonany, że mieli zamiar spowodować zniszczenia w infrastrukturze, sprzęcie i zabić naszych żołnierzy - stwierdził generał. Dodał, że brak ofiar to w jego ocenie głównie efekt "wyszkolenia i przygotowania".

Amerykańskie bazy w Iraku od lat były ostrzeliwane przez rebeliantów i są na taką ewentualność przygotowane. Dodatkowo irackie władze przyznały, iż Iran zawczasu ostrzegł je o ataku. Informacja o tym na pewno trafiła do Amerykanów. Dodatkowo wojsko USA pilnie obserwuje Iran, wiec mogło mieć własną informację o nadchodzącym uderzeniu.

Tak chcieli, czy tak wyszło?

Niezależnie od tego, ile czasu na ukrycie się w schronach czy ewakuację mieli żołnierze w zaatakowanej bazie, to Iran nie mógł mieć pewności, że nikogo nie zabije, odpalając w jej kierunku kilkanaście rakiet balistycznych z głowicami zawierającymi po pół tony materiałów wybuchowych. Zawsze mogli trafić bezpośrednio w schron, albo trafić odłamkami kogoś, kto się zagapił i nie schronił na czas. Irańczycy albo musieli zagrać w "rakietową ruletkę" i im się poszczęściło, albo są wyjątkowo pewni bardzo dobrych osiągów swoich rakiet i na dodatek im się poszczęściło.

Na ten temat rozgorzał w ostatnich godzinach spór wśród analityków zajmujących się bronią rakietową. Pytaniem jest, na ile rzeczywiście celne są irańskie rakiety balistyczne. Jeden pogląd jest taki, że najwyraźniej są znacznie celniejsze, niż dotychczas powszechnie przyjmowano. Kilka trafień wygląda, jakby były precyzyjnie wycelowanych w konkretne budynki. Dawało by to celność na poziomie osiąganym przez porównywalne nowoczesne rakiety balistyczne mocarstw. Dzięki temu odpalający rakiety Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej teoretycznie mógłby być pewny, że trafią one nie tam, gdzie powinni być zaalarmowani Amerykanie.

Inni są zdania, że celność jest taka, jaką mniej więcej dotychczas zakładano. Wystarczająca do trafienia w wybraną część rozległej bazy, ale nie w konkretne budynki. Michael Elleman z brytyjskiego International Institute for Strategic Studies bardzo pobieżnie wyliczył na podstawie zdjęć, iż w najlepszym wypadku współczynnik CEP (określa celność rakiet balistycznych - w jakim promieniu od punktu celowania upadnie połowa wystrzelonych rakiet) wynosi około stu metrów. To przyzwoity wynik, ale odległy od osiągów rakiet precyzyjnie naprowadzanych zdolnych trafiać w obiekty o wielkości metra.

Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć ten spór. Jednoznacznych informacji na temat celności irańskich pocisków brak. Jest propaganda i domysły oparte o skąpe dane. Ogólnie rzecz biorąc, na bazę Al-Asad miało polecieć 16 rakiet. Trafiło w jej teren jedenaście. Widocznych na zdjęciach satelitarnych trafień w coś istotnego jest kilka. Nie wiadomo, czy tak je wycelowano, czy tak wyszło za sprawą rachunku prawdopodobieństwa.

Jeden typ raczej celny, drugi na pewno nie

Według samych Irańczyków do ataku wykorzystano rakiety Fateh-313 i Qasm-1. Odrzuconą część napędową tej drugiej znaleziono kilkadziesiąt kilometrów od zaatakowanej bazy. Dodatkowo pokazano jej uzbrajanie w podziemnych korytarzach w materiale telewizyjnym rzekomo pokazującej przygotowania do ataku. Nie wiadomo jednak, czy były to zdjęcia z ostatnich dni czy archiwalne.

Fateh-313 może być, jak na warunki irańskie, bardzo precyzyjna. To rozwinięcie pocisku Fateh-110, który według samych Irańczyków ma mieć CEP rzędu stu metrów. Według Amerykanów opracowano go przy skrytej pomocy Chińczyków i ma mieć elementy naprowadzania przy pomocy nawigacji satelitarnej (co na wypadek poważnego konfliktu może być jej słabością, ponieważ sygnały z satelitów łatwo zagłuszać lub nimi manipulować). Amerykańscy eksperci podważali jednak twierdzenia o CEP rzędu stu metrów i przypuszczali, że faktycznie jest to kilka razy więcej. Było to jednak na początku minionej dekady. Do dzisiaj kolejne wersje Fateh-110 mogą być znacznie bardziej celne.

Rakieta Fateh-313 podczas pierwszego pokazu publicznego w 2015 roku. Irańczycy twierdzą, że ma 'punktową celność'Rakieta Fateh-313 podczas pierwszego pokazu publicznego w 2015 roku. Irańczycy twierdzą, że ma 'punktową celność' Fot. Tasnim News/CC BY-SA 4.0

Druga użyta rakieta, czyli Qasm-1 jest jednak znacznie bardziej prostą i starą konstrukcją, dalekim rozwinięciem radzieckich rakiet Scud-C. Jej CEP jest szacowany na może pół kilometra, co oznacza niską celność.

Odpalenie testowe rakiety Qiam-1Odpalenie testowe rakiety Qiam-1 Fot. Fars News CC BY-SA 4.0

Wszyscy zachowali twarz

Brak ofiar i poważnych zniszczeń w zaatakowanej bazie może wydawać się porażką Iranu, ale nie jest to takie oczywiste. Taki efekt uderzenia dał Donaldowi Trumpowi możliwość jego zbagatelizowania i nie odpowiadania kontratakiem, przy jednoczesnym zachowaniu twarzy. To jego ogromny sukces na potrzeby krajowej polityki. Ogłosił jedynie kolejne sankcje, co w obecnej sytuacji jest deeskalacją.

Z drugiej strony Irańczycy w swoich mediach przedstawiają atak jako wielki akt zemsty za zabicie przez Amerykanów ważnego irańskiego generała Kasema Sulejmaniego. Agencja Fars związana z władzami w Iranie pisze o 80 zabitych Amerykanach, około 200 rannych i wielkich zniszczeniach w zaatakowanej bazie. Na potrzeby wewnętrzne przekaz o wielkim zwycięstwie jest. Irańskie władze mogą teraz twierdzić, że pomściły zabicie Sulejmaniego i również zachowały twarz.

Biorąc jednak pod uwagę powyższe rozważania na temat celności irańskich rakiet, taki finał obecnej rundy napięć wcale nie musiał tak wyglądać. Wystarczyłoby, aby jakaś rakieta jednak kogoś zabiła, a sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Być może pisałabym teraz o fali uderzeń lotniczych USA na Iran. Tak jak pisałem wcześniej, irańskie wojsko nie byłoby w stanie sobie poradzić z amerykańskim atakiem na większą skalę.

Czy Irańczycy mieli szczęście, czy też niektóre ich rakiety są znacznie bardziej celne niż przyjmowano? Na pewno będzie to przedmiotem długich dyskusji ekspertów.