"Słyszeliśmy bomby i głos z głośników: kurdyjskie kobiety i dzieci są teraz naszą własnością"

Z Irbilu Patryk Strzałkowski
- Myślisz, że moja historia jest smutna? Wszyscy kogoś traciliśmy - powiedziała na koniec rozmowy Jazi. Ale na pożegnanie uśmiecha się, dziękuje, pozdrawia. Od początku grudnia mieszka w obozie uchodźców w Irackim Kurdystanie, gdzie uciekła z Syrii. Musiała uciekać, gdy Kurdów na północy kraju zaatakowała Turcja. - Najbardziej bałam się o dzieci - pamięta.

Piekło dla Jazi zaczęło się dziewiątego października. - Większość z nas spodziewała się ataku Turcji. Czekaliśmy tylko, kiedy się zacznie. Wiedzieliśmy, że w każdej chwili może spaść pierwsza bomba - wspomina. 

Dwa dni wcześniej Donald Trump ogłosił swoja decyzję o wycofaniu żołnierzy z północnej Syrii. De facto dał zielone światło tureckiej operacji przeciwko Kurdom. Jazi Nabu Mustafa, Kurdyjka, matka czterech chłopców, wdowa, mieszkała w rejonie, gdzie wkrótce pojawiła się linia frontu.

  • - Siedziałam w domu z dwoma chłopcami. Nagle usłyszeliśmy naloty. Przeraziłam się. Złapałam telefon, dzieci, które były obok i wybiegłam z domu. I biegłam. Trzy godziny, nawet nie wiedziałam dokąd. Nie miałam pojęcia, gdzie są dwaj pozostali synowie. Biegłam, by przeżyć i uratować tych, którzy byli ze mną - mówi. 

37-latce nie miał kto pomóc. Mąż Jazi zginął w ataku Państwa Islamskiego jeszcze w 2014 roku, kiedy islamiści kontrolowali dużą część Syrii. Wybrał się na targ. Tam eksplozja samochodu pułapki zabiła 25 osób, w tym jego. Jej szwagier zaginął w ostatnich miesiącach. Jego wieś została zbombardowana. Nie wie, czy przeżył, nie ma od niego żadnych informacji. Bracia uciekli do Irackiego Kurdystanu lata temu, kiedy w Syrii pojawili się dżihadyści. W domu miała tylko swoich synów. 

"Dzieci do dziś moczą się nocami"

- Biegłam. Dotarliśmy do sąsiedniej miejscowości. Złapałam oddech, zaczęłam dzwonić do sąsiadów, do znajomych, dopóki nie dowiedziałam się, gdzie są pozostałe dzieci. 

Synami, którzy zostali we wsi, zajęli się sąsiedzi. Zabrali ich kolejnego dnia do miasta Tall Tamr, dokąd trafiła Jazi.

- Pomogli nam spotkani na miejscu ludzie. Zatrzymaliśmy się z nimi na pierwszą noc. Rano wysłano nas do szkoły, którą zamieniono na schronienie dla uciekających. Tam spotkałam się z chłopcami. Później trafiliśmy z jednej szkoły do drugiej. W ostatniej zostaliśmy na dwa tygodnie. Była mała, strasznie zatłoczona. Po kilkanaście osób w pomieszczeniu, kobiety i dzieci. Brakowało jedzenia i wody. Pomagali nam inni ludzie. Mieliśmy suchy chleb i puszki. Jeden posiłek dziennie. 

Gdy Jazi i jej dzieci koczowali w Tall Tamr, tureckie siły razem z wspieranymi przez nie syryjskimi milicjami zbliżały się do miasta. Przejmowali kolejne wsie z rąk Syryjskich Sił Demokratycznych, które kontrolowały tę część Syrii i były sojusznikiem Zachodu w walce z ISIS. W przeciwieństwie do nich Turcja dysponowała lotnictwem i prowadziła naloty. Tylko w pierwszym tygodniu 300 tys. ludzi uciekło przed walkami.

- Wszyscy ciągle płakali. Byliśmy przerażeni, straumatyzowani. Dzieci do dziś moczą się nocami. Słyszeliśmy wybuchy bomb, walki toczyły się niedaleko. Słyszeliśmy też głos z głośników: "Kurdowie, teraz wasze kobiety i dzieci są naszą własnością". Nie wiem na pewno, kto to mówił. Może walczące dla Turcji syryjskie milicje, może ukryte komórki islamistów. To jeszcze pogarszało sytuację. Wyobraź sobie słyszeć ciągle: "teraz jesteście naszą własnością". Wiele szczegółów zapomniałam, ale to wyryło się w mojej pamięci. 

Najgorszy moment? Kiedy spadły pierwsze bomby

- To były najtrudniejsze dni mojego życia. Nikomu nie życzyłabym, żeby musiał przeżyć coś takiego. Najbardziej bałam się o dzieci. Dwaj z chłopców mają problemy z nerkami, zaczęli bardzo chorować. Wtedy skontaktowałam się z moimi braćmi w Iraku, by pomogli nam uciec z Syrii. 

Jazi opowiada dalej:

- Po dwóch tygodniach Syryjskie Siły Demokratyczne ewakuowały nas do innej miejscowości. W końcu trafiliśmy do wsi blisko granicy z Irackim Kurdystanem. Tam byliśmy prawie trzy tygodnie. Miejscowość była opustoszała, koczowaliśmy w budynku, który należał do lokalnych władz. Było tam nas 50, może 70 kobiet, do tego ponad 25 dzieci. Warunki były lepsze, mieliśmy bieżąca wodę. Dostawałyśmy wsparcie od zagranicznych organizacji. Nie pamiętam jakich, tylko, że mieli niebieskie logo.

Szukri, mój brat, w końcu załatwił nam przemytników, jednego po syryjskiej stronie granicy, drugiego w Kurdystanie. Zapłacił im tysiąc dolarów. Ruszyliśmy o siódmej rano. Pierwszy przemytnik wyrzucił nas w ostatniej wsi przed iracką granicą. Czekaliśmy, aż się ściemni. Wtedy pieszo przeszliśmy przez granicę. Marsz trwał trzy godziny. Po irackiej stronie spotkaliśmy drugiego przemytnika. Całą noc jechaliśmy w stronę Irbilu, stolicy Irackiego Kurdystanu. Przemytnik nie chciał zostawić nas przy obozie, bał się, że nagrają go kamery ochrony. Pojechaliśmy do miasta, musieliśmy dojechać ostatnie kilkanaście kilometrów taksówką. Po wjechaniu do Iraku straciliśmy sieć w telefonach, a więc i kontakt z braćmi. Zadzwoniliśmy do nich dopiero przy bramie obozu. Bracia wybiegli boso z domów, nawet 70-letnia mama, która ledwo chodzi, doszła do obozowej bramy, by nas powitać.  

Co było najbardziej przerażającym momentem? Wtedy, kiedy spadły pierwsze bomby. Żyliśmy w spokoju, i nagle musiałam uciekać, biegłam z dziećmi nie wiedząc nawet w jakim kierunku. 

"My Kurdowie też jesteśmy ludźmi, jak inni. Dlaczego nas tak nie traktują?"

Jazi przez pięć lat od śmierci męża sama wychowywała czterech synów. Jednak wspomina, że był to przynajmniej czas względnego spokoju. Jej wieś znajdowała się wtedy pod kontrolą Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF). - Pomagali wujkowie moich synów, znajomi, sąsiedzi. Nie było łatwo, ale nie musieliśmy żebrać. 

Przed wojną jej mąż był pracownikiem fizycznym. Nie zarabiał dużo, ale pensja pozwoliła wynająć większe mieszkanie. Po jego śmierci wróciła do domu, który miał tylko dwa pokoje. Jeden do spania, drugi, który służył za łazienkę, kuchnię, jadalnię. 

- Czuliśmy się bezpiecznie. SDF zapewniały więcej ochrony kobietom takim jak jak, które straciły męża. Dla nas Kurdów życie na terenach kontrolowanych przez SDF było lepsze, niż pod rządem w Damaszku. Przed wojną nie wolno nam było nawet mówić w naszym języku. Jeśli powiedzielibyśmy coś po kurdyjsku obok ludzi reżimu, to wyzywali nas. Traktowali nas bardzo źle. Byliśmy pozbawieni znaczenia. Przez krótki czas nasz wieś znalazła się pod kontrolą ISIS, ale uciekliśmy. Pomijając to, nasza sytuacja pod względem wolności i praw mniejszości poprawiła się po wybuchu rewolucji. 

- Gdy sytuacja eskalowała, uciekaliśmy w inne miejsce i wracaliśmy,kiedy się uspokajało. Ale wtedy atakowały milicje. Teraz inwazji dokonało państwo. Nie mamy jak go pokonać. Nasz dom jest zniszczony, spalili go, gdy tylko uciekliśmy. Żebyśmy nie mieli dokąd wracać. Nas, Kurdów, nikt nas nie chroni, nikt się nami nie przejmuje. Jesteśmy jak osierocone dzieci, bez matki i ojca, którzy mogliby nas bronić. Jestem zła na kraje świata, że nikt nie powstrzymał tego, co się stało. Nikt nam nie pomógł. Dlaczego nie mogą chociaż przyznać, że jesteśmy ludźmi. My, Kurdowie, też jesteśmy ludźmi, jak inni. Dlaczego nas tak nie traktują? 

"Myślisz, że moja historia jest smutna?"

Rodzinie udało się uciec z Syrii, w obozie spotkali rodzinę, a w Irackim Kurdystanie są bezpieczni. Nie grozi im też dyskryminacja, jaka dotykała Kurdów w Syrii Baszara Al-Asada. Ale to nie jest historia z happy endem. Obóz Qusztapa w słoneczny dzień nie napawa taką beznadzieją, jak niektóre inne, bo ma murowane schronienia zamiast kontenerów i asfaltowe ulice, przychodnię, a nawet finansowany przez Polską Misję Medyczną gabinet dentystyczny. Jazi po miesiącu wciąż czeka na swoje miejsce, na razie ona i dzieci pomieszkują u członków rodziny.

- Najstarszy syn, 15-latek, codziennie mi powtarza: nie wierzę, że pewnego dnia będziemy żyć jak normalna rodzina, w jednym miejscu. Chce tego, ale nawet sobie nie wyobraża. Możesz pomyśleć: i tak nie mieliście w Syrii dostatniego życia. Ale tak bardzo tęsknię za tymi dniami. Byliśmy szczęśliwi. Kiedy zasiadaliśmy razem całą rodziną do posiłku, potrawy były pyszne. Teraz każdy kęs jest pozbawiony smaku. Gdybym mogła, gdyby było bezpiecznie, wróciłabym tam. Nawet gdybym miała żyć w namiocie. To nasz dom. Ale nie wierzymy, że będzie bezpiecznie, nawet za 10 lat. Choć mamy nadzieję. 

W czasie rozmowy w kącie siedzi inna kobieta. Na koniec Jazi wskazuje na nią. - To moja bratowa. Dwóch jej braci zabito. Jeden został ranny. Jeden jest zaginiony. Co jeszcze gorszego mogłoby nas spotkać? Każdy ma w rodzinie kogoś, kto zginął lub jest ranny.

Myślisz, że moja historia jest smutna? Wszyscy mamy smutne historie.

***

Możesz wesprzeć pomoc dla uchodźców z Syrii poprzez stronę Polskiej Misji Medycznej lub przelewem na konto organizacji: 08 1240 4650 1111 0010 4607 7315. Projekt „Pomoc medyczna i dentystyczna dla uchodźców, osób przesiedlonych i społeczności lokalnej w guberni Erbil” jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Wizyta Gazeta.pl w Irackim Kurdystaie była finansowana w ramach dotacji MSZ na projekt realizowany przez PMM w Iraku.

Więcej o: