Zaginęli lecąc nad najgorszym możliwym miejscem na Ziemi. Znaleziono szczątki w Cieśninie Drake'a

Chilijska armia potwierdziła, że udało się znaleźć szczątki w rejonie zaginięcia w poniedziałek maszyny transportowej C-130. Samolot z 38 osobami na pokładzie zniknął z radarów w połowie drogi na Antarktydę, nad mroźnymi i wzburzonymi wodami Cieśniny Drake'a. Szans na znalezienie kogoś żywego praktycznie nie ma. Trudno o bardziej nieprzyjazne człowiekowi miejsce na Ziemi.

Szczątki pływające na powierzchni oceanu znaleziono w środę czasu polskiego. Zostały podjęte na pokład jednego ze statków biorących udział w akcji poszukiwawczej. Wstępnie stwierdzono, że z dużym prawdopodobieństwem są to fragmenty pianki z wnętrza zbiorników paliwa maszyny C-130 Herkules.

Nie potwierdzono jednak ostatecznie, czy pochodzą z tego konkretnego zaginionego samolotu. Ma to zostać stwierdzone po dokładniejszych badaniach. Jest jednak mało prawdopodobne, aby szczątki pochodziły z innej maszyny. Znaleziono je około 30 kilometrów od ostatniej znanej lokalizacji zaginionego C-130.

Poszukiwania trwają, nadzieje są nikłe

Akcja poszukiwawcza jest nadal prowadzona. Jak podało chilijskie lotnictwo wojskowe, może trwać sześć a nawet dziesięć dni. Priorytetem jest oczywiście znalezienie ludzi, jednak nikt nie ma większych złudzeń. Cieśnina Drake'a to wyjątkowo nieprzyjazny człowiekowi skrawek świata.

Samolot w momencie zaginięcia znajdował się mniej więcej w połowie trasy, około 700 kilometrów od lądu. W okolicy temperatura powietrza była bliska zeru, wody niewiele wyższa. To i tak warunki, jak na ten rejon, dobre i nadal takie panują. Nie ma silnego wiatru, woda jest w miarę spokojna i nawet świeci słońce.

Ale samolot runął do wody już niemal trzy doby temu. Nawet gdyby ktoś przetrwał samą katastrofę, to szanse na przeżycie tak długo w tak zimnej wodzie są minimalne.

Zaginęli głównie wojskowi

Na pokładzie C-130 było 17 członków załogi i 21 pasażerów. Wojsko opublikowało pełną listę osób znajdujących się na pokładzie zaginionej maszyny.

Maszyna leciała do chilijskiej wojskowej bazy antarktycznej Presidente Eduardo Frei Montalva na Wyspie Króla Jerzego. Transportowe C-130 wizytują ją średnio co miesiąc, przewożąc ludzi i zapasy.

Większość pasażerów zaginionego samolotu stanowili wojskowi lecący do bazy. Cywilów było trzech: dwóch specjalistów mających pracować przy rozbudowie pływającego rurociągu pozwalającego łatwo dostarczać paliwo do bazy ze statków oraz student lecący na Antarktydę w celach badawczych.

Rejon trudny dla pilotów

Loty na południowy kontynent to wymagające przedsięwzięcie. Pogoda jest zmienna i potrafi być bardzo niekorzystna, dlatego do wielu miejsc lata się tylko latem. Większość lotnisk i lądowisk jest bardzo prymitywna, przez co starty i lądowania wymagają dużych umiejętności i odpowiednio odpornych maszyn.

Z tego powodu wiele państw używa do lotów na Antarktydę właśnie C-130 Herkules. Ta średnia maszyna transportowa została zaprojektowana dla amerykańskiego wojska z myślą o prymitywnych i krótkich pasach startowych. Do tego ma odpowiedni zasięg i może przewieźć kilkanaście ton ładunku.

Ale wypadki są nieuniknione. W 2014 roku podczas lądowania na lotnisku przy tej samej chilijskiej bazie rozbił się brazylijski C-130. Piloci źle ocenili odległość od zasypanego śniegiem pasa i wylądowali na tyle "twardo", że oderwali prawe podwozie główne. Samolot opadł na pas, zahaczył o śnieg jednym ze śmigieł a następnie wykonał widowiskowy piruet i znieruchomiał. Pomimo tego, że wszystko wyglądało bardzo groźnie, nikomu nic się nie stało.

 

W 1992 roku w podobny sposób rozbił się tam chilijski samolot transportowy C-235M CASA. Również nikomu nic się nie stało, ale maszyna nie nadawała się do naprawy i została złomowana na miejscu.