Na ochotnika stanęli pod wybuchem jądrowym. Chcieli pokazać, że nie ma czego się bać [TAKA CIEKAWOSTKA]

- Zapytałem, czy dostanę strój ochronny. Usłyszałem, że nie będzie potrzebny. Miałem ze sobą czapkę, więc ją naciągnąłem na głowę. I tak przygotowany stanąłem w strefie zero - wspominał po latach jeden z sześciu mężczyzn, którzy wzięli udział w prawdopodobnie najbardziej szalonej akcji PR w historii. Stanęli kilka kilometrów pod miejscem, w którym detonowała głowica jądrowa.

Tego rodzaju akcja mogła mieć miejsce tylko w latach 50. Broń jądrowa i szerzej - energia jądrowa - były na początku tamtej dekady XX wieku czymś nowym, czymś fascynującym, czymś o wydawałoby się nieograniczonym potencjale, który zmieni ludzkość na zawsze. Nie do końca zdawano sobie z różnych zagrożeń z nią związanych a nawet jeśli je znano, to często ignorowano w imię zimnowojennej rywalizacji z ZSRR. Rozbudowa arsenału jądrowego USA trwała w zawrotnym tempie.

Czy warto było tak się bronić?

Jednym z elementów owego arsenału była broń przeciwlotnicza. Dzisiaj to już niespotykane rozwiązanie, ale wówczas powstało kilka typów rakiet ziemia-powietrze (BOMARC i Nike-Hercules) oraz powietrze-powietrze (Falcon i Genie) z głowicami jądrowymi. Ich przeznaczeniem było zwalczanie radzieckich bombowców. Systemy naprowadzania były wówczas jeszcze zawodne i kiepską celność chciano nadrobić siłą eksplozji głowicy jądrowej. Wystarczyło, że rakieta doleci w pobliże formacji wrogich maszyn.

Pojawiał się tutaj jednak pewien problem. Wspomniane rakiety były przede wszystkim przeznaczone do obrony USA. Miały być więc używane tuż przy granicy państwa lub wręcz nad jego terytorium. Oznaczało to dziesiątki, albo i setki detonacji jądrowych. Mogłoby się wydawać, że to głupie, bo przecież chodziło w tym wszystkim o to, aby żadnych takich eksplozji w Ameryce Północnej nie było. Pojawiły się wątpliwości w społeczeństwie, czy to na pewno jest dobre rozwiązanie. Stały się one na tyle poważne, że wojskowi zaczęli myśleć nad tym, jak je rozwiać.

Najbardziej szalony pomysł zrodził się w głowie pułkownika Arthura Oldfiedla, szefa informacji publicznej Dowództwa Kontynentalnej Obrony Powietrznej w Colorado Springs. Postanowił on wykorzystać się nadarzającą okazję w postaci zaplanowanego na 19 lipca 1957 roku testu John na poligonie atomowym w Nevadzie. W jego ramach miano przeprowadzić symulowany atak przy użyciu rakiety AIR-2 Genie z głowicą bojową. Była to jedna z 29 eksplozji jądrowych w ramach Operacji Plumbbob, trwającej od końca maja do początku października tego roku.

"Cieszyli się, że żyją"

Pułkownik Oldfield wymyślił, że pod zaplanowanym epicentrum detonacji stanie kilku oficerów USAF (lotnictwo wojskowe USA) a do tego operator z kamerą.

Może się to wydawać szalone, ale tak naprawdę wiedziano, że ryzyko jest bardzo małe. Przynajmniej jeśli wszystko pójdzie z planem. Głowica rakiety Genie miała niewielką (jak na broń jądrową) moc rzędu dwóch kiloton. Czyli siedem razy mniejszą niż bomba zrzucona na Hiroszimę. Detonację zaplanowano na wysokości około sześciu kilometrów. Wyliczenia specjalistów wykazywały, że zapewnia to pełne bezpieczeństwo jeśli chodzi o podmuch i temperaturę. Ryzyka wystawienia na groźne dla zdrowia promieniowanie też miało nie być, bo radioaktywna chmura po eksplozji powinna utrzymać się na dużej wysokości po czym zostać rozproszona przez wiatr.

Spodziewane niegroźne przeżycia oficerów znajdujących się pod miejscem detonacji głowicy jądrowej miały być żelaznym dowodem na to, iż nowych rakiet nie trzeba się bać.

Oldfield znalazł szybko pięciu ochotników wśród kolegów z dowództwa. Dołączył do nich jeden nie-ochotnik - cywilny operator kamery George Yoshitake, który był członkiem ekipy rejestrującej testy na poligonie jądrowym w Nevadzie. Zazwyczaj z odległości wielu kilometrów. Nie zapytano go czy chce stanąć pod miejscem detonacji. Po prostu dostał takie polecenie dzień wcześniej. To on dla kurażu głębiej naciągnął czapkę na głowę.

Zarejestrowany przez kamerę Yoshitake film z testu jest unikalny. Nigdy wcześniej i nigdy później nie zrobiono czegoś takiego. Dodatkowo film jest kolorowy i zachowało się nagranie relacji na żywo, jaką prowadził jeden z oficerów. Czuć w niej emocje. Od pełnego napięcia oczekiwania, po ulgę i radość z tego, że żyją a nad nimi formuje się "grzyb" po eksplozji jądrowej.

W opisie na początku nagrania jest błąd. Eksplozja miała miejsce na wysokości nie 10 tysięcy stóp, ale około 18 tysięcy. Samo nagranie to nie tylko materiał z kamery Yoshitake, ale też ujęcia z innych, umieszczonych kilometry dalej.

 

 

Ze względu na prawa autorskie nie możemy zmodyfikować materiału poprzez dodanie polskich napisów. Można skorzystać z opcji automatycznych napisów Youtube i włączyć tłumaczenie. Jego jakość pozostawia wiele do życzenia, ale można generalnie zrozumieć o co chodzi narratorowi.

- Byli bardzo szczęśliwi, że już po wybuchu. Jeden wyjął papierosy i wszystkim rozdał. Palili je, klepali się po plecach, ściskali i cieszyli się, że żyją - wspominał Yoshitake. Najwyraźniej wyliczenia naukowców nie uspokoiły oficerów całkowicie.

Zapomniane wysiłki

Poświęcenie uczestników pokazowej akcji poszło raczej na marne. Nagranie pokazywano publicznie, ale na niewielką skalę. Na pewno nie przekonało ogółu Amerykanów do tego, że nie muszą się obawiać eksplozji jądrowej nad swoim domem. Od połowy lat 50. systematycznie wzrastała świadomość szkodliwości promieniowania i nieskrępowanego testowania broni jądrowej. Pod presją społeczną w 1963 roku podpisano z ZSRR traktat o zakazie prób na powierzchni ziemi, w powietrzu, pod wodą i w kosmosie. Została tylko możliwość testów podziemnych, które przeprowadzano do początku lat 90.

Po 216 amerykańskich próbach jądrowych w powietrzu, na powierzchni, pod wodą i w kosmosie zostały kilometry nagrań. Są rozrzucone po różnych archiwach rządowych w USA. Wiele można zobaczyć online na stronach Archiwów Narodowych. Kilkaset nagrań zostało zeskanowanych i umieszczonych na Youtube przez Lawrence Livermore National Laboratory, instytut naukowy od początku swojego istnienia w latach 50. biorący udział w pracach nad bronią jądrową. Trudna do oceny ilość trafiła do sieci za pośrednictwem różnych jednostek wojskowych, Departamentu Energii (odpowiada za rozwój i produkcje broni jądrowej w USA) i Pentagonu.

Większość pozostaje jednak w oryginalnej formie na taśmach. Między innymi nagranie testu John. Skopiowała i wydobyła na światło dzienne firma Atom Central, która zajmuje się wyszukiwaniem w archiwach starych nagrań z testów jądrowych i rakietowych, skanuje je oraz cyfrowo oczyszcza i poprawia. Efektem są najlepsze obecnie dostępne wideo w tej tematyce. Poprawa jakości obrazu względem oryginałów dostępnych na przykład na stronach Archiwów Narodowych jest często imponująca.

Osobom zainteresowanym tematyką zdecydowanie polecam kanał Atom Central na Youtube. Można też nabyć ich filmy dokumentalne na DVD czy Blue-Ray.