"Te bomby stały się zakładnikami". Problem USA z arsenałem jądrowym w Turcji

Tureckie wojsko strzela w kierunku amerykańskich komandosów. Waszyngton nakłada sankcje na Turcję za jej działania w Syrii. Relacje obu państw są coraz bardziej napięte. Tymczasem w tureckiej bazie Incirlik spoczywa kilkadziesiąt amerykańskich bomb termojądrowych. Wielu amerykańskich ekspertów od lat apeluje, aby je tak na wszelki wypadek stamtąd zabrać, bo nie wiadomo, co Turcy postanowią zrobić w skrajnej sytuacji.

Według nieoficjalnych ustaleń dziennika "New York Times", po rozpoczęciu najnowszej tureckiej ofensywy w Syrii, zespół dyplomatów i urzędników naradzał się w Waszyngtonie właśnie w tej sprawie. Mieli w tajemnicy "przeglądać" plany ewakuacji bomb termojądrowych z Turcji.

- Obecnie są one w praktyce "zakładnikami" Erdogana (Recep Erdogan, prezydent Turcji - red.). Zabranie ich z Incirlik oznaczałoby faktyczny koniec sojuszu USA i Turcji. Jednak nie zrobienie tego oznacza utrzymywanie "atomowego wrażliwego punktu", który powinien został wyeliminowany lata temu - miał powiedzieć anonimowo dziennikowi urzędnik administracji Donalda Trumpa.

Zobacz wideo

Bomby bez większego sensu

Oficjalnie nie ma na razie żadnych sygnałów na temat możliwości zabrania bomb termojądrowych z Incirlik. W amerykańskich mediach i gronie ekspertów zajmujących się bronią jądrową apele o to są już jednak powtarzane od lat. Ci drudzy argumentują, że bomby w Incirlik nie mają żadnego znaczenia militarnego. Od końca zimnej wojny w bazie nie ma samolotów zdolnych je przenosić. Amerykańskie wycofano a tureckie stacjonują gdzie indziej.

W razie prawdziwej potrzeby bomby trzeba by albo przewieźć samolotami transportowymi do baz we Włoszech, gdzie są amerykańskie samoloty zdolne ich użyć, albo wysłać owe samoloty do Turcji. Tak czy inaczej oznacza to czas a całym militarnym uzasadnieniem trzymania broni termojądrowej w wysuniętych bazach w krajach NATO jest możliwość natychmiastowego jej użycia.

Składowanie bomb w Incirlik jest więc dzisiaj w praktyce gestem natury politycznej. To symbol zaangażowania USA w NATO i sojusz z Turcją. Podobne znaczenie mają takie same bomby rozmieszczone w Belgii, Holandii, Niemczech i Włoszech, choć tam w każdej bazie są gotowe do ich przeniesienia samoloty.

Wycofanie bomb z Turcji byłoby więc przede wszystkim wydarzeniem natury politycznej i ostrym sygnałem, że Waszyngton nie ufa już bądź co bądź sojusznikowi z NATO. Z tego powodu kwestia bomb jest tak delikatna dla władz USA.

Problemy się powtarzają

Baza w Incirlik została zbudowana przez Amerykanów w latach 50. XX wieku. Była im potrzebna ze względu na wygodne położenie blisko południowych granic ZSRR. Z Incirlik startowały na misje szpiegowskie słynne samoloty U-2. Podczas III wojny światowej miało to być ważne miejsce do lądowania dla bombowców strategicznych wracających z atomowego bombardowania ZSRR. Przez lata stacjonowały tam różne inne samoloty wojska USA. Na ich potrzeby była tam też składowana broń jądrowa.

Problemy z bazą Incirlik były już jednak wcześniej. Kiedy w 1974 Grecja i Turcja znalazły się na krawędzi wojny, Amerykanie w pośpiechu i potajemnie wywieźli broń jądrową z tego pierwszego państwa a w drugim technicy ją unieszkodliwili niszcząc elektronikę. Rok później, po nałożeniu przez USA embarga na Turcję za jej inwazję na Cypr, Turcy nakazali Amerykanom w ogóle się wynieść z baz na swoim terytorium. Mogli zostać tylko ci żołnierze, którzy wykonywali zadania w ramach NATO. Po trzech latach embargo zniesiono i wszystko wróciło do normy.

W 2016 roku podczas próby puczu doszło do blokady bazy i odcięto prąd, ponieważ część oficerów w stacjonującej tam jednostce tureckich F-16 brała udział w spisku. Kilka maszyn wystartowało do ataków na cele rządowe. Amerykanie stacjonujący w Incirlik znaleźli się w samym środku zamieszania i odcięci od świata. Przez kilka dni znajdowali się w najwyższym stanie gotowości. Nie wiadomo czy zrobiono coś specjalnego z bombami. Po stłumieniu próby puczu wszystko znów wróciło do normy.

Widać więc, że Incirlik i jej schrony z bronią jądrową to dla Amerykanów powracający problem. Podczas zimnej wojny jej obecność tam miała istotne uzasadnienie militarne i Waszyngton był gotów przymknąć oko na wiele problemów. Teraz jest inaczej. Zwłaszcza, że ze względu na sytuację w Syrii relacje obu państw pozostają napięte. Tureckie wojsko prowadzi ofensywę na Kurdów w północnej Syrii, którzy jeszcze tydzień temu ściśle współpracowali z Amerykanami i byli dla nich kluczowym partnerem w pokonaniu dżihadystów. Około tysiąca amerykańskich żołnierzy stacjonowało na terenach, które Turcy teraz atakują.

Donald Trump początkowo zadeklarował ich wycofanie, co zostało potraktowane przez władze w Ankarze jako zielone światło do ofensywy. Po potężnej krytyce za porzucenie Kurdów, strzałach skierowanych w kierunku bazy obsadzonej przez amerykańskich żołnierzy i przykładach zbrodni wojennych w wykonaniu walczących dla Turcji arabskich bojówek, Waszyngton wydaje się jednak zmieniać zdanie i żałować pierwotnej decyzji. USA wprowadziły już sankcje na część tureckich urzędników. Szef Pentagonu Mark Esper nazwał działania Turcji "nierozważnymi", "impulsywnymi" i "jednostronnymi". Stwierdził również, że USA miały się sprzeciwiać ofensywie na Kurdów i przestrzegać przed nią Turcję.

Ukraść bombę nie jest łatwo

Erdogan wydaje sobie jednak nic z tego nie robić. Ofensywa w Syrii trwa. Presja w USA na zrobienie czegoś z bombami w Incirlik będzie więc rosnąć. Wszystko jest kwestią odpowiedniej decyzji politycznej. Samo zabranie bomb to nic skomplikowanego.

W Incirlik jest prawdopodobnie około 50 ładunków B61. To taktyczne bomby jądrowe przeznaczone głównie do użycia przez samoloty pokroju F-16. Moc ich eksplozji można wybrać w zależności od potrzeb. Od równoważnika około 300 ton trotylu do nawet 400 tysięcy ton, co oznacza 28 razy więcej mocy od bomby, która spadła na Hiroszimę. Ważą po około 320 kilogramów. W praktyce można by je wszystkie załadować na pokład jednego dużego samolotu transportowego.

Wywiezienie B61 z Incirlik oznaczałoby jednak stratę inwestycji poczynionych przez wojsko USA w tureckiej bazie w ostatnich latach. W 2015 roku na zdjęciach satelitarnych dostrzeżono, że zbudowano zupełnie nowe podwójne ogrodzenie wokół 21 bunkrów-schronów dla samolotów. W każdym znajduje się ukryty pod posadzką schowek dla czterech bomb. W razie potrzeby jest podnoszony hydraulicznie i można od razu uzbrajać samolot. Pojawiły się też nowe specjalistyczne ciężarówki ze sprzętem do serwisowania bomb. Nie wiadomo ile kosztowały i jaki dokładnie zakres miały prace. Informacja tajna.

Nawet przed poprawieniem ochrony, "ukradzenie" bomb lub przejęcie nad nimi kontroli przez Turków nie byłoby proste. Dostęp do nich mają tylko Amerykanie. W razie potrzeby każdą bombę można trwale zdezaktywować wprowadzając odpowiedni kod, który uruchamia system topiący całą elektronikę. Bez niej nie ma możliwości zainicjowania eksplozji jądrowej. Nawet gdyby nie zdążono uruchomić autodestrukcji, to nikt w bazie nie zna kodów niezbędnych do uzbrojenia bomb. Te są automatycznie przekazywane z USA po wydaniu przez prezydenta rozkazu uruchomienia arsenału jądrowego.

Niezależnie od tego można by się spodziewać, że próba zrobienia przez Turków czegokolwiek z amerykańskimi bombami oznaczałaby narażenie się na furię Waszyngtonu. Broń jądrowa to niezwykle drażliwa sprawa dla każdego państwa ją posiadającego. Jednak z właśnie tego powodu w USA nasilają się głosy, że nie warto narażać jej na jakiekolwiek ryzyko ze strony niepewnego sojusznika.

Więcej o: