Kolejne stacje monitorujące promieniowanie przestały działać. Dziwne zbiegi okoliczności w Rosji

Już łącznie cztery stacje monitorujące skażenie w powietrzu położone na terytorium Rosji w niejasnych okolicznościach przestały przekazywać dane z pomiarów. Wszystkie znajdują się "przypadkiem" w rejonach, nad którymi może poruszać się chmura radioaktywnych izotopów uwolniona przez tajemniczą eksplozję w bazie wojskowej nad Morzem Białym.

Dwie pierwsze przestały działać dwa dni po wypadku, który miał miejsce ósmego sierpnia. Dwie kolejne przestały działać trzy dni później, 13 sierpnia. Dopiero teraz wychodzi to na jaw.

Przerwanie transmisji danych

Wszystkie wspomniane stacje podlegają CTBTO, organizacji nadzorującej przestrzeganie zakazu testów jądrowych. Ma ona rozsiane po całym globie zautomatyzowane stacje wykrywające wybuchy i skażenie. W tym kilka w Rosji. Ich działanie zależy jednak od dobrej woli państwa, na terytorium którego stoją.

CTBTO oficjalnie poinformowało tylko o zerwaniu łączności z dwiema pierwszymi stacjami - Dubna i Kirow. Miały wystąpić "problemy techniczne". - Skontaktowaliśmy się od razu z obsługą stacji. Poinformowali, że są problemy z siecią i komunikacją. Oczekujemy na informację, kiedy zostaną osunięte - poinformował rzecznik CTBTO.

O wyłączeniu się dwóch kolejnych stacji poinformował w poniedziałek nieoficjalnie dziennik "Wall Street Journal". CTBTO odniosła się do tego oficjalnie dopiero około doby później, wydając komunikat, iż obie rzeczone placówki RUP 56 (Pieleduj) i RUP 57 (Bilibino) wznowiły łączność. Mają nadsyłać zaległe informacje. Nadal nie wiadomo, co z tymi placówkami, które wyłączyły się jako pierwsze.

Wygodny zbieg okoliczności

Cała sytuacja nie nastraja pozytywnie do intencji Rosjan, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich owe stacje się wyłączyły. Według symulacji prezentowanej przez CTBTO, jeśli tajemnicza eksplozja na poligonie Nienioska wyrzuciła w atmosferę radioaktywne izotopy, to niesione wiatrami powinny stopniowo pojawić się nad wszystkimi z nich.

Gdyby tak się stało, to stacje powinny je wykryć i dostarczyć dokładnych informacji o tym jakie to izotopy oraz w jakich ilościach. Pozwoliłoby to zweryfikować twierdzenia rosyjskich władz na temat wypadku i dałoby dużo cennej wiedzy o tym, co mogło wybuchnąć.

Kreml może nie być zainteresowany wydostaniem się takich informacji na zewnątrz. We wtorek wiceszef rosyjskiego MSZ Sergiej Riabkow oznajmił dziennikarzom, że traktat o zakazie testów broni jądrowej nie ma zastosowania do spraw związanych z rozwojem jakiegokolwiek uzbrojenia. - Transmisja danych ze stacji monitorujących jest natomiast całkowicie dobrowolna - dodał.

Tajemniczy wybuch

Choć rosyjskie władze najwyraźniej nie mają chęci ujawnić za dużo informacji na temat wypadku, to jest pewne, iż miał on coś wspólnego z energią jądrową i substancjami radioaktywnymi. Tuż po wybuchu na poligonie w pobliskim Siewierodwińsku wykryto krótkotrwały i niewielki wzrost promieniowania. Po kilku dniach norweskie służby poinformowały, że wykryły w powietrzu śladowe ilości radioaktywnego pierwiastka jodu.

Rosyjskie władze informują natomiast oficjalnie, że do wypadku doszło podczas testu silnika rakietowego w jakiś sposób połączonego z "izotopowym źródłem energii", czyli nie klasycznym reaktorem, ale najpewniej z tak zwanym radioizotopowym generatorem termicznym, który zazwyczaj spotyka się na pojazdach kosmicznych. Pięć zabitych w eksplozji osób było specjalistami państwowego koncernu atomowego Rosatom.

Wszystko to wskazuje na wypadek podczas testów tajemniczej rosyjskiej rakiety dalekiego zasięgu Buriewiestnik, określanej na zachodzie jako SSC-X-9 Skyfall. Według twierdzeń samych Rosjan, ma ona w jakiś sposób korzystać z energii atomowej do napędu. Jak konkretniej miałaby to robić, pozostaje tajemnicą.

Zobacz wideo
Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Kolejne stacje monitorujące promieniowanie przestały działać. Dziwne zbiegi okoliczności w Rosji
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl