Stworzyli najpotężniejszą broń, użyli jej, a efekty ich przeraziły. Te raporty i nagrania długo były tajemnicą

6 i 9 sierpnia 1945 roku. Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Wiedzieli mniej więcej, czego się spodziewać, jednak mimo tego skala zniszczeń ich zszokowała. Wysłane do obu miast specjalne zespoły naukowców i wojskowych przywiozły relacje, które wstrząsały. - Byłam zdruzgotana. Wróciłam do domu i po prostu płakałam - opowiadała jedna z kobiet pracujących przy powstaniu bomby atomowej. Raporty, zdjęcia i nagrania na ten temat na wiele lat utajniono.

Dzisiaj wiemy bardzo dużo na temat tego, co się stało w Hiroszimie i Nagasaki 74 lata temu. W 1945 roku  nikt jednak nie wiedział, co dokładnie zrobi z miastem i jego mieszkańcami bomba atomowa. Była to zupełnie nowa broń o niszczycielskiej sile, którą trudno było sobie wyobrazić. Bo jak sobie wyobrazić coś o mocy ponad tysiąc razy większej od ówczesnej największej bomby?

Informacje trudne do zaakceptowania

Amerykańscy naukowcy i wojskowi byli tak bardzo głodni wiedzy na temat tego, co stało się z oboma miastami, że pierwsza specjalna delegacja dotarła do Japonii 1 września 1945 roku. Dzień przed przed formalnym podpisaniem traktatu pokojowego. Była to grupa wojskowych i naukowców w mundurach, którzy przez ostatnie lata intensywnie pracowali w ramach Programu Manhattan nad stworzeniem broni jądrowej.

Wcześniej pierwsze doniesienia japońskie i nawet te zachodnich dziennikarzy, które mówiły o niewyobrażalnych zniszczeniach oraz o osobach umierających od promieniowania, odrzucano jako propagandę władz Japonii. Pierwsze informacje pojawiające się w amerykańskiej prasie cenzurowano, a to, co się przedostało, wywoływało złość osób odpowiedzialnych za program atomowy.

Doniesienia o ciężkiej chorobie popromiennej zabijającej tysiące ludzi były odrzucane przez generała Leslie Grooves'a (wojskowy szef programu Manhattan) jako "propaganda". Takie było stanowisko oficjalne władz USA, zirytowanych rosnącym na świecie współczuciem dla ofiar. 25 sierpnia generał Grooves rozmawiał z pułkownikiem Charlesem Rea, szefem szpitala w Oak Ridge, jednym z centrów amerykańskiego programu jądrowego. Generał chciał skonsultować z kolegą, czy to, co podawały władze Japonii na temat efektów bombardowania, może być prawdziwe.

- Powiem tak: moim zdaniem to dobrze zrobiona propaganda. Promieniowanie gamma nie mogło mieć takich efektów i tak szybko. Ci ludzie musieli po prostu odnieść poważne poparzenia termiczne - mówił Rea, odrzucając teorie o masowej chorobie popromiennej u ofiar w Hiroszimie i Nagasaki. - Też mi się tak wydaje - odpowiedział generał. Razem uznali, że opisywane przez japońskich lekarzy i władzy symptomy to po prostu efekty zwykłych poparzeń.

Obaj musieli jednak szybko zweryfikować swoje poglądy, kiedy zaczęły przychodzić tajne raporty z Japonii.

Wyprawa do epicentrum

Zespół wojskowych i naukowców z programu Manhattan dotarł do Tokio 1 września, ale przedostanie się do obu zrujnowanych miast zajęło im znacznie więcej czasu niż podróż z USA. W chaosie towarzyszącym kapitulacji i początku okupacji pierwsza grupa Amerykanów dotarła do Hiroszimy ósmego września. Jej dowódca, generał Thomas Farrell, dwa dni później wysłał pierwszą depeszę do generała Groovesa.

Hiroszima jest kompletnie zrujnowana. Zdjęcia lotnicze tego nie oddają. Każdy, kto tam był, dobitnie doświadczył strasznej mocy bomby. [...] Znane nam wcześniej streszczenia japońskich raportów na temat promieniowania są co do zasady prawdziwe. Zbadaliśmy 10 pacjentów z objawami podobnymi do padaczki i anemii. Mieli niskie wartości krwinek, tak jak wcześniej donoszono.

Z Hiroszimy Farrell niemal od razu udał się do Nagasaki. Już 14 września wysłał drugą depeszę do Groovesa.

Efekty eksplozji są tutaj na wiele sposobów bardziej spektakularne i zdumiewające niż w Hiroszimie. Wydaje się, że moc eksplozji musiała być znacznie większa. Około dwa razy.

Większość obu depeszy, formalnie odtajnionych dopiero w 2002 roku, to szczegółowe opisy zniszczeń budynków w różnych odległościach od epicentrum. Było to dla Amerykanów kluczowe dla zrozumienia potencjału bomby atomowej. Dzięki temu mogli na przykład najlepiej wyznaczyć punkt celowania do przyszłych nalotów, tak aby eksplozja zniszczyła jak najwięcej interesujących ich obiektów. Farrell opisywał też liczbę ofiar, to, w jaki sposób ginęły i jakie rany mają ci, którzy przeżyli. To również była cenna wiedza, ponieważ dotychczas Amerykanie mogli tylko przypuszczać, jakie efekty na człowieka będzie miała eksplozja atomowa.

Wyrzuty sumienia

Członkowie misji Farrella zaczęli wracać do USA pod koniec września. O tym, co zobaczyli, zaczęli opowiadać kolegom i koleżankom z programu Manhattan. Dla wielu osób był to szok. W czasie wojny nie zastanawiali się zbytnio nad tym, co może zrobić to, nad czym pracowali. Nadrzędnym celem było "to" stworzyć, zanim zdołają to zrobić Niemcy. Większość pracowników programu Manhattan nawet nie wiedziała, co pomaga tworzyć ze względu na daleko posuniętą tajemnicę.

Jean Bacher pracująca w Los Alamos jako "komputer", czyli obsługująca pierwsze prymitywne analogowe maszyny liczące, miała okazję porozmawiać z naukowcem Philippem Morrisonem niedługo po tym, jak wrócił z Japonii. Miał być "przerażony i wstrząśnięty" tym, co zobaczył. - Po tym, co mi opowiedział, byłam zdruzgotana. Wróciłam do domu i po prostu płakałam - wspominała kobieta.

Wielu innych naukowców i pracowników programu Manhattan miało podobne odczucia. Nie może dziwić, że szereg kluczowych twórców bomby atomowej, w tym sam szef naukowy Robert Oppenheimer, po wojnie stało się zdecydowanymi zwolennikami likwidacji broni jądrowej albo objęcia jej jakąś formą międzynarodowej kontroli. Część forsowała też koncepcję podzielenia się technologią jej produkcji z ZSRR, aby uzyskać równowagę strachu.

W efekcie Hiroszima i Nagasaki były końcem pewnej ery w amerykańskim programie jądrowym. Podczas wojny najlepsi naukowcy pracowali nad bombą bez wytchnienia, w iście pionierskim i entuzjastycznym stylu. Potem przyszła refleksja, że oto stworzyli coś, co drastycznie zmieni świat i to niekoniecznie na lepsze.

Reakcje Morrisona czy Bacher nie były odosobnione. Przedostające się do amerykańskich mediów coraz bardziej szczegółowe i obrazowe doniesienia z Hiroszimy oraz Nagasaki wywoływały w amerykańskim społeczeństwie pewne odruchy współczucia i refleksji. Było to niepożądane przez wojsko oraz polityków, dla których bomby "A" były bezcennym atutem w powojennym układaniu świata.

Filmy nie do pokazania publiczności

Dziennikarzy i mediów, w tym tych japońskich, nie dało się całkowicie cenzurować. W sierpniu 1946 roku ukazał się w magazynie "New Yorker" długi reportaż autorstwa Johna Hersey'a, oparty o rozmowy z sześcioma osobami ocalałymi z eksplozji w Hiroszimie. Zajął cały numer czasopisma. Dwa miesiące później wydano go w formie książki "Hiroshima", której nakład błyskawicznie się wyprzedał. Było to pierwsze tak szczegółowe ukazanie losu ofiar ataku atomowego i wywołało ono szok w USA i poza nimi. Reportaż był nawet czytany w całości na antenach największych amerykańskich stacji radiowych. Do dzisiaj jest uznawany za dzieło przełomowe i mistrzowskie.

Większość amerykańskich mediów publikowała jednak jeszcze przez lata materiały na temat nalotów zgodnie z rządową linią. Kwestia losu ofiar była przeważnie pomijana lub trywializowana. Poparcie dla użycia broni atomowej i dalszych prac nad nią była w amerykańskim społeczeństwie w latach po wojnie wysokie. W Japonii władze okupacyjne ostro cenzurowały wszelkie informacje na temat szczegółów nalotów na Hiroszimę i Nagasaki do 1952 roku, choć i tak były one już powszechne w społeczeństwie. Podobnie nie pozwalano na publikację zdjęć.

Znacznie łatwiej było z oficjalnymi amerykańskimi dokumentami dotyczącymi badań prowadzonych w Hiroszimie i Nagasaki. Po prostu zostały utajnione. Niektóre do lat 60., inne nawet do końca zimnej wojny i początku XXI wieku. Podobnie wykonywane w Hiroszimie i Nagasaki nagrania. Oba miasta kilka miesięcy po zakończeniu wojny zostały odwiedzone przez specjalne wojskowe ekipy filmowe, które w najnowocześniejszej wówczas technice filmu kolorowego dokładnie zarejestrowały skutki eksplozji atomowych. Zużyto ponad 30 kilometrów taśmy. Fragmenty tych nagrań można obejrzeć w tym tekście. Odtajniono je dopiero po zakończeniu zimnej wojny.

Podobnie utajniono nagrania wykonane wcześniej, jeszcze we wrześniu 1945 roku, przez japońskie ekipy filmowe z wytwórni materiałów propagandowych i filmów dokumentalnych Nippon Eigasha. To one są źródłem najbardziej drastycznych ujęć przedstawiających skutki nalotów, takie jak góry kości na ziemi, koszmarnie poparzeni i zdeformowani ludzie, czy "cienie" zostawione przez ofiary, które wyparowały. Osiem kilometrów taśmy filmowej z kiepskiej jakości czarno-białymi nagraniami skonfiskowano i wysłano do USA. Większość została jednak wcześniej potajemnie skopiowana przez Japończyków oraz członków amerykańskiej ekipy filmowej wykonujących kolorowe nagrania. To ocaliło je od całkowitego zniszczenia, bowiem oryginałów nigdy nie odnaleziono.

Podobnie utajniano wyniki prac cywilnych naukowców, których wysłano do Japonii w celu dokładnego zbadania wpływu promieniowania na człowieka. W 1946 roku pod auspicjami Narodowej Akademii Nauki USA powstała połączona amerykańsko-japońska Komisja ds. Ofiar Bomb Atomowych. Naukowcom udało się uzyskać oficjalny patronat prezydenta Harry'ego Trumana, dzięki czemu w ogóle byli w stanie pokonać opór wojskowych w Japonii. Pomimo tego w pierwszych latach nie mogli publikować wyników swoich badań. W zmienionej formie ich praca zapoczątkowana w 1946 roku trwają do dzisiaj w ramach amerykańsko-japońskiej Fundacji ds. Badania Efektów Radiacji. Te badania są fundamentalnym źródłem wiedzy na temat wpływu radiacji na ludzkie ciało.

To wszystko wiemy jednak dzisiaj. Przez dekady praktycznie jedynym źródłem informacji na temat tego, co stało się w Hiroszimie i Nagasaki, była oficjalna wersja wydarzeń rządu USA, rozmowy dziennikarzy z rannymi i to, co publikował rząd Japonii oraz japońscy naukowcy. Szczegółowe raporty, analizy i nagrania wykonane przez amerykańskie wojsko to wiedza dostępna publicznie od stosunkowo niedawna.

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Stworzyli najpotężniejszą broń, użyli jej, a efekty ich przeraziły. Te raporty i nagrania długo były tajemnicą
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl