Wyjątkowo krwawa skuteczność i wyjątkowa cisza. Trzy hipotezy po zamachach na Sri Lance

Ponad dwa dni po zamachach na Sri Lance tzw. Państwo Islamskie stwierdziło, że to ono za tym stoi. Nie jest to jednak takie pewne, ponieważ organizacja ma tradycję przypisywania sobie ataków, z którymi nie miała nic wspólnego. Jak mówi ekspert, akurat teraz dżihadystom bardzo przydałby się taki "sukces". Bardziej prawdopodobny jest jednak inny scenariusz.

Dżihadyści z tzw. Państwa Islamskiego wzięli odpowiedzialność za niedzielne zamachy na Sri Lance we wtorek około południa czasu polskiego. Ponad dwie doby później. Nie pokazali przy tym żadnego dowodu swojego zaangażowania. Przy czym w przeszłości przypisywali sobie już różne zamachy, choćby atak szaleńca w Las Vegas w 2017 roku.

- Jak na nich, to przyznali się dość późno. Myślę, że raczej biorą odpowiedzialność, ponieważ w ich obecnej sytuacji to im bardzo potrzebne - mówi dr Michał Piekarski z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego. - Jeśli pokażą nagrania, wizerunki zamachowców i ich nazwiska, to będzie inna sytuacja - dodaje.

Zobacz wideo

Wyjątkowo skuteczny zamach na Sri Lance

Specjalista mówiąc o samym niedzielnym zamachu stwierdza, że była to bardzo dobrze zaplanowana i przeprowadzona akcja. Już to samo wiele mówi o tym, kto może być za nią odpowiedzialny.

- Wybrano tak zwane "miękkie cele", w tym wypadku kościoły i hotele, które są słabo chronione, ale pełne ludzi - mówi dr Piekarski. - Bardzo dobrze wybrano też czas. Święta, dużo ludzi w kościołach, w tym obcokrajowcy akurat przebywający w kraju - dodaje.

Zwraca jednak uwagę zwłaszcza na samą śmiertelną skuteczność bomb. W siedmiu wybuchach zginęło 311 osób a ponad 500 zostało rannych. - Liczba ofiar wyraźnie wskazuje, że bomby były wyjątkowo dobrze zaprojektowane. Taka skuteczność jest rzadko spotykana. W przeszłości coś takiego udało się terrorystom osiągnąć w Madrycie (rok 2004, 193 ofiar - red.) czy na Bali (rok 2002, 202 ofiary - red.) - mówi.

Pomimo tego, że atak najwyraźniej został dokładnie zaplanowany i zorganizowany, co oznacza duży wysiłek, nikt w sposób przekonujący nie wziął zań odpowiedzialności. - To bardzo nietypowe - zaznacza dr Piekarski. Jego zdaniem wszystko to razem prowadzi do postawienia trzech hipotez na temat tego, kto może stać za atakiem i wskazania na jedną zdecydowanie najbardziej prawdopodobną.

Dwie mało prawdopodobne możliwości

- Po pierwsze mogła to być samodzielnie działająca lokalna organizacja. Jednak mało kto w to wierzy. Ten atak był po prostu za dobrze przygotowany - mówi specjalista. - Po drugie mogła to być organizacja międzynarodowa - kontynuuje.

Dr Piekarski wymienia przy tym dwie: odłam Al-Kaidy, który kilka lat temu ogłosił rozpoczęcie działalności na subkontynencie indyjskim, albo tak zwane Państwo Islamskie (ISIS). - Ta pierwsza od początku przejawiała jednak bardzo ograniczoną aktywność - zaznacza. Dżihadyści spod sztandaru kalifatu bardzo by natomiast potrzebowali tak spektakularnego "sukcesu", aby pokazać, że jeszcze się liczą po zniszczeniu ich "kalifatu" w Iraku i Syrii. - Zarówno Al-Kaida jak i ISIS zazwyczaj szybko przyznawały się do ataków i intensywnie wykorzystywały je propagandowo. W tym wypadku tego nie ma. ISIS co prawda teraz bierze odpowiedzialność, ale tak jak wspomniałem, robi to nie przedstawiając żadnych dowodów. Dwudniowe opóźnienie też nie jest w ich stylu - mówi dr Piekarski.

- Trzecia możliwość, moim zdaniem najbardziej prawdopodobna, to jakaś lokalna organizacja wsparta z zewnątrz - stwierdza naukowiec.

Zamachowcy ze Sri Lanki ze wsparciem

Możliwości pomocy przy takim zamachu są dwie. Po pierwsze członek jakiejś lokalnej organizacji fundamentalistów islamskich odpowiedział na wezwanie do "dżihadu" i wyjechał do Iraku/Syrii walczyć w szeregach ISIS. Robiły tak tysiące fanatyków z całego świata, zachęconych wstępnymi sukcesami organizacji w latach 2014/2015.

- Ów człowiek mógł wrócić po jakimś czasie z Syrii, gdzie miał możliwość dużo się nauczyć na temat przygotowywania ładunków wybuchowych i organizacji ataków - mówi dr Piekarski. - Alternatywnie mógł to być po prostu jakiś dżihadysta, nie związany z lokalną organizacją, który po upadku kalifatu wyjechał na Sri Lankę - dodaje.

Islamscy fanatycy w Iraku i Syrii zgromadzili bardzo dużą wiedzę na temat konstruowania ładunków wybuchowych oraz organizacji zamachów samobójczych. To była jedna z ich podstawowych broni, początkowo niezwykle skuteczna, zanim walczący z nimi Kurdowie, Irakijczycy i Syryjczycy nie nauczyli sobie radzić z podstępami szaleńców.

- Jest przy tym możliwe, że lokalna organizacja miała wsparcie w samym przeprowadzeniu zamachu, ale już nie w zadbaniu o jego oprawę propagandową. Z tego może wynikać nietypowa cisza - mówi dr Piekarski. Dżihadyści z ISIS mieli cały wyspecjalizowany dział zajmujący się propagandą i nadal mają swoją "agencję informacyjną" Amaq. Dzięki temu, jak żadna organizacja terrorystyczna wcześniej, pokazywali liczna nagrania ze swoich zamachów, prezentowali wywiady z samobójcami, ich zdjęcia i dane.

Zobacz wideo

Sri Lanka nie zareagowała na ostrzeżenie 

Wiedza na temat tego jak skonstruować ładunek wybuchowy i jak przy jego użyciu przeprowadzić zamach nie jest na szczęście czymś powszechnym. Teoretycznie zrobienie czegoś, co wybuchnie, jest dzisiaj łatwe przy użyciu wiedzy z internetu, jednak nie oznacza to gwarancji dużej skuteczności. Na pewno nie takiej, jaką osiągnęli zamachowcy na Sri Lance. Widać to choćby na przykładzie zamachów w Paryżu w 2015 roku, kiedy trzech zamachowców samobójców wysadzając się zabiło poza sobą jedną osobę (choć niestety ich towarzysze niedługo później zastrzelili 129 osób).

Wobec tego nie jest zaskoczeniem, że jak mówi dr Piekarski, służby wywiadowcze wielu państw bardzo pilnie śledzą, co się dzieje z dżihadystami, którzy brali udział w walkach w Iraku i Syrii. - Stąd mogło się pojawić ostrzeżenie, które miały otrzymać władze Sri Lanki dziesięć dni przed zamachem. Być może zauważono, że jedna ze śledzonych osób tam wyjechała i skontaktowała się z lokalną organizacją - stwierdza specjalista.

Władzie Sri Lanki przyznały jednak, że nie zareagowały na ostrzeżenie. - Może to być efektem tego, że to państwo doświadczyło wyjątkowych dziesięciu lat pokoju po zakończeniu w 2009 roku krwawej wojny domowej, trwającej trzy dekady. To może doprowadzić do rozprężenia służb - mówi dr Piekarski.

- Na szczęście w Europie służby są bardzo wyczulone na dżihadystów chcących wracać z Bliskiego Wschodu po klęsce tzw. Państwa Islamskiego. Jest ścisła współpraca. Także w wydaniu polskich służb - dodaje.

Tragedia po dekadzie spokoju na umęczonej wyspie 

Władze Sri Lanki niedługo po zamachu stwierdziły, że odpowiada za nie praktycznie nieznana dotychczas lokalna organizacja islamistyczna Thawheed Jama'ut. Twierdzono również, że miała wsparcie zza granicy. Informowano przy tym o zatrzymaniu kilkudziesięciu osób, w tym Syryjczyka. Nie podano jednak bardziej konkretnych informacji na temat tego, kto miałby wspierać lokalnych fanatyków islamskich i w jaki sposób.

We wtorek lankijski minister obrony stwierdził już, za zamachami stoją dwie lokalne organizacje. Thawheed Jama'ut i Jammiyathul Millathu Ibrahim. Dodał, że miał to być odwet za atak szaleńca na meczety na Nowej Zelandii w marcu. Zginęło wówczas 50 osób. Nie wyjaśnił jednak, skąd pojawiły się takie informacje ani nie powiedział nic o rzekomym zagranicznym wsparciu i zatrzymanym Syryjczyku.

Dotychczas na Sri Lance nie dochodziło do aktów terroru na podłożu fundamentalizmu islamskiego. Muzułmanie stanowią stosunkowo małą grupę liczącą 9,5 procenta ludności kraju. Przez dekady wojny domowej pomiędzy Syngalezami (większość ludności wyspy wyznająca buddyzm) a Tamilami (hinduistyczna mniejszość), muzułmanie stali na uboczu. Podobnie chrześcijanie, stanowiący około 7,5 procenta ludności wyspy.

Zobacz wideo
embed

Dzięki działalności Greenpeace możesz wspierać rozwój ekologicznego rolnictwa. Wpłać datek >>