Oscary 2019. Niespodziewane triumfy średnich filmów, wielka nuda i wielki Żal [PODSUMOWANIE]

Wiktoria Beczek
Twórcy "Zimnej wojny" niestety wracają z Hollywood bez statuetki, mimo trzech nominacji. O porażce może też mówić "Faworyta" - na dziewięć nominacji filmowi przypadła tylko jedna statuetka. Największymi przegranymi byli jednak widzowie, którzy porządnie się wynudzili.
Zobacz wideo

OSCARY 2019. LISTA LAUREATÓW 

Trzy nominacje dla "Zimnej wojny" nie przyniosły ani jednego Oscara, co przewidywali sami twórcy. Reżyser Paweł Pawlikowski tuż przed galą mówił, że jego film "na 100 procent" nie otrzyma statuetki. W "swoich" kategoriach obstawiał natomiast "Romę" i tu również się nie pomylił - we wszystkich trzech triumfował Alfonso Cuaron. Najbardziej realna wydawała się nagroda dla Łukasza Żala za wspaniałe (zaryzykowałabym stwierdzeniem, że lepsze niż film w całości) zdjęcia. Po ogłoszeniu zwycięstwa Cuarona szybko pojawiły się więc komentarze - "Wielki Żal"

To jednak wcale nie oznacza, że "Romę" nagrodzono niesłusznie. Zdjęcia i reżyseria należały się Cuaronowi jak mało komu! Z kolei w kategorii filmów nieanglojęzycznych były same dobre nominacje - oprócz "Zimnej wojny" i "Romy" jeszcze libański "Kafarnaum", japońskie "Złodziejaszki" i niemieckie "Never look away". To zresztą zwykle najciekawsza, choć traktowana po macoszemu, kategoria.

Oscary już nie wyłącznie białe

"Czarna Pantera", pierwszy nominowany do Oscara film o superbohaterze, a jednocześnie pierwszy film o czarnoskórym superbohaterze, którego etniczność jest kluczowa dla obrazu, zdobył trzy statuetki, choć w mniej "prestiżowych" kategoriach - najlepsza muzyka, najlepsze kostiumy i najlepsza scenografia.

To pokazuje, że Akademia wyciągnęła lekcję z krytyki, która spływała na nią w ostatnich latach. Oscarami nie nagrodzono już wyłącznie białych twórców - statuetki do domu zabrali m.in. Mahershala Ali za rolę w zwycięskim "Green Book" i Regina King za "Gdyby ulica Beale umiała mówić". Należy też odnotować zwycięstwo filmu "Czarne Bractwo. BlacKkKlansman" w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany. Spike Lee, mimo wielu świetnych obrazów w dorobku, dopiero teraz dostał swojego pierwszego Oscara za film (w 2015 roku Akademia nagrodziła go honorową nagrodą za całokształt twórczości).

Lee z radości aż wskoczył na ręce Samuela L. Jacksona, a chwilę później mówił o tym, że jego babcia, która dożyła setki, poszła na studia, choć jej matka była jeszcze niewolnicą. Przez 50 lat odkładała też pieniądze, by studiować mógł jej wnuk. Na koniec dodał, że w najbliższych wyborach prezydenckich trzeba stanąć "po właściwej stronie historii" i "wybrać miłość zamiast nienawiści". Ostatecznie okazało się, że dekada krytykowania Akademii nie sprawiła, że ta obraziła się na reżysera.

Galę uratowała Olivia Colman 

Najwięcej, bo aż cztery statuetki otrzymał film "Bohemian Rhapsody". I to chyba największe zaskoczenie, szczególnie nagroda dla Ramiego Maleka. Ta rola to w końcu bardziej odtworzenie, dosyć wierne zresztą, Freddiego Mercury'ego, a nie wybitna kreacja. Tego samego zdania jest scenarzysta i reżyser Janusz Zaorski, który wygraną Malka nazwał "nieporozumieniem".

Moje oscarowe typy uratowała statuetka dla Olivii Colman za rolę w "Faworycie". Galę uratował też jej speech - emocjonalny, z zabawnymi wstawkami, jak ta ze zwrotem do swoich dzieci, by oglądały, bo to się więcej nie powtórzy. I niestety był to jeden z nielicznych zabawnych momentów ceremonii. W tym roku bowiem zamiast prowadzącego pojawiło się ponad 50 współprowadzących, którzy na moment wchodzili na scenę i zaraz z niej schodzili. Niemal zniknęły przez to zwroty do widowni i uszczypliwości, a to w końcu sól tej ziemi.

Oscar dla Colman, aktorki do szpiku kości brytyjskiej, okazuje się wielkim zaskoczeniem dla Amerykanów. Ale aktorka urzekła ich swoją autentycznością. Alexandra Petri z "Washington Post" komentowała: "co za uroczy człowiek!", a "The New York Post" zamieścił apel, by dać Colman drugiego Oscara za przemówienie. Proponuję wersję realistyczną - dać Colman w przyszłym roku poprowadzić ceremonię.