Zabrał łup, założył spadochrony i wyskoczył z samolotu w ciemność. Jedyny porywacz, który uciekł FBI

To jedyna nierozwiązana sprawa porwania samolotu w USA. Pomimo kilkudziesięciu lat śledztwa, 60 tomów akt i wielu długich poszukiwań, do dzisiaj nie udało się wyjaśnić, co się stało z mężczyzną, który wyskoczył ze spadochronem i 200 tysiącami dolarów okupu z pasażerskiego boeinga 24 listopada 1971 roku. Kilkanaście osób próbowało go naśladować jeszcze tego samego roku, ale szybko zostały ujęte. Tylko mężczyzna znany jako D.B. Cooper zdołał wyprowadzić w pole FBI.

Śledztwo oficjalnie zamknięto w 2016 roku, po 45 latach. FBI zdecydowało, że nie ma już dłużej sensu poświęcać na nie czasu i środków. Od 1971 roku zrobiono, co tylko było możliwe, aby znaleźć D.B. Coopera. Przesłuchano ponad tysiąc podejrzanych, przeszukano wielkie połacie lasów i dna dwóch jezior w ramach "największych poszukiwań w historii". Jednak wszystko poszło na marne.

To jedyny taki niewyjaśniony przypadek w historii FBI. Obrósł legendą i nieustannie budzi zainteresowanie.

Biznesmen w drodze na święta

Nie ulega wątpliwości, że wszystko zostało precyzyjnie zaplanowane i wykonane na spokojnie, bez emocji. Popołudniem 24 listopada 1971 roku mężczyzna w średnim wieku, schludnie ubrany w garnitur i pod krawatem, podszedł do stanowiska linii lotniczych Northwest Orient na lotnisku w Portland w stanie Oregon. Za 20 dolarów nabył bilet na krótki lot do Seattle w sąsiednim stanie Waszyngton. 30 minut w powietrzu. Przedstawił się jako Dan Cooper (imię D.B. Cooper to efekt pomyłki dziennikarzy, jednak zyskało większy rozgłos i przylgnęło do porywacza) i pod takim imieniem został wpisany na listę pasażerów.

Bilet D.B. Coopera na legendarny lotBilet D.B. Coopera na legendarny lot FBI

Mężczyzna wyglądał na jednego z licznych biznesmenów albo menadżerów średniego stopnia spieszących się do domu na rozpoczynający się właśnie czterodniowy weekend z okazji Dnia Dziękczynienia. Nie wzbudził niczyjego zainteresowania. Nikomu nie przyszło też do głowy zainteresować się jego teczką, zwłaszcza że w tamtych czasach w ogóle nie było kontroli bezpieczeństwa przed wejściem na pokład.

Około 14:30 mężczyzna wsiadł wraz z kilkoma innymi osobami na pokład samolotu Boeing B727-100 linii Northwest Orient, który wykonywał długi lot z wieloma międzylądowaniami na trasie Waszyngton DC-Seattle. Cooper zajął jedno z miejsc w tyle kabiny, położył teczkę na kolanach, zamówił burbona z wodą sodową i, popijając go, palił papierosa w oczekiwaniu na start. Maszyna oderwała się od ziemi chwilę przed 15.

Jeszcze podczas wznoszenia Cooper odwrócił się do siedzącej niedaleko stewardessy i podał jej małą karteczkę. Kobieta pomyślała, że kolejny samotny biznesmen w średnim wieku daje jej swój numer telefonu i na coś liczy. Widząc, że stewardessa wkłada jego karteczkę do kieszeni i nie wydaje się nią specjalnie zainteresowana, Cooper spojrzał jej w oczy i spokojnym, cichym głosem powiedział: "Kochana, radzę przeczytać. Mam bombę".

Krawat znaleziony w samolocie na miejscu Coopera. Nie ma pewności czy był jego, jest to jednak bardzo prawdopodobne, bo taki miał na sobie według świadkówKrawat znaleziony w samolocie na miejscu Coopera. Nie ma pewności czy był jego, jest to jednak bardzo prawdopodobne, bo taki miał na sobie według świadków FBI

Porywacz prosi o spadochrony

Stewardessa przysiadła się do Coopera i poprosiła o pokazanie rzekomej bomby. Mężczyzna otworzył na chwilę walizkę, w której kobieta rzeczywiście ujrzała coś, co wyglądało na ładunek wybuchowy - kilka cylindrów połączonych kabelkami z niewielkim pudełkiem i baterią. Następnie Cooper przedstawił swoje żądania. Chciał 200 tysięcy dolarów w gotówce, cztery spadochrony (dwa główne i dwa zapasowe) oraz aby cysterna z paliwem była gotowa do zatankowania samolotu w Seattle.

Załoga zaalarmowała służby na ziemi i zaczęło się pośpieszne gromadzenie pieniędzy oraz poszukiwanie spadochronów. Na początku lat 70. porwania samolotów w USA były częste. Standardową procedurą było (i jest do dzisiaj) początkowe spełnianie żądań przestępców, a potem szukanie możliwości pokrzyżowania ich planów. Wówczas w większości wypadków chodziło o pieniądze lub ucieczkę na Kubę. Cooper początkowo nie wydawał się więc wyjątkowy. Może poza tym, że według zeznań stewardess był miły, spokojny, kulturalny i schludny. Zaproponował, aby w Seattle poza pieniędzmi i spadochronami dostarczono też ciepły posiłek dla załogi. Kiedy zamówił drugiego drinka, uparł się, aby za niego zapłacić i jeszcze nie chciał reszty (18 dolarów z 20 dolarowego banknotu).

Maszyna krążyła w pobliżu Seattle dwie godziny, kiedy na ziemi gromadzono okup. Agenci FBI postanowili go przekazać w banknotach dwudziestodolarowych, z których większość pochodziła z serii wydrukowanych w 1963 lub 1969 roku w San Francisco. Chodziło o to, aby miały jak najbardziej podobne numery. Dzięki temu miało być łatwiej je potem namierzyć, kiedy porywacz zacznie wydawać swój łup. Wszystkie zostały sfotografowane, ale zgodnie z żądaniem Coopera nie zostały w żaden sposób oznaczone.

Chwilę po piątej wszystko było gotowe. Poinformowano załogę. O 17:39 samolot wylądował w Seattle. Było już po zmroku. Cooper kazał podkołować na leżące na uboczu dobrze oświetlone miejsce postojowe i zasłonić część okien, aby potencjalni policyjni snajperzy nie mogli go postrzelić. Do samolotu dostarczono okup i spadochrony. Rozpoczęto tankowanie. Spełniono żądania, więc porywacz uwolnił wszystkich 36 pasażerów i dwie stewardessy. Na pokładzie został on, trzyosobowa obsada kokpitu i ostatnia stewardessa. Zaczęła się najbardziej zagadkowa część historii.

Porwany przez Coopera samolot B727. Zdjęcie z akt śledztwaPorwany przez Coopera samolot B727. Zdjęcie z akt śledztwa FBI

Skok w ciemność

Cooper wydał pilotom zaskakująco precyzyjne polecenia co do dalszego lotu. Mieli się wzbić w powietrze i obrać kurs na Mexico City w Meksyku, lecieć na trzech kilometrach wysokości i zostawić wypuszczone podwozie oraz klapy (ruchoma część skrzydła zwiększająca jego powierzchnię na czas startu i lądowania). W ten sposób maszyna mogła lecieć powoli z prędkością około 200 kilometrów na godzinę. Piloci stwierdzili, że w takiej konfiguracji lot będzie bardzo nieekonomiczny i paliwa nie starczy do Meksyku. Uzgodnili więc z Cooperem, że obiorą kurs na miasto Reno w Nevadzie, gdzie miało  odbyć się kolejne tankowanie.

Porywacz miał jeszcze jedno zaskakująco precyzyjne żądanie. Chciał, aby samolot wystartował z otwartymi schodami w ogonie. B727 były jedynymi maszynami z takim rozwiązaniem. Standardem były i są drzwi w burtach. B727 zaprojektowano jednak do lotów na mniejsze lotniska z kiepską infrastrukturą i uznano, że takie wbudowane schody mogą być przydatne tam, gdzie nie będzie można liczyć na sprawną naziemną obsługę. Piloci byli zaskoczeni takim żądaniem i zaprotestowali, obawiając się o bezpieczeństwo. Cooper nie oponował. Stwierdził, że "otworzy je sam w locie", czym wywołał zdziwienie załogi.

Otwarte ogonowe schody B727. Obok worek symulujący prawdopodobną masę Coopera z łupem i spadochronami, którego używano do eksperymentów. Zdjęcie z akt śledztwaOtwarte ogonowe schody B727. Obok worek symulujący prawdopodobną masę Coopera z łupem i spadochronami, którego używano do eksperymentów. Zdjęcie z akt śledztwa FBI

Zapewne od początku nie miał zamiaru lecieć do Meksyku. Niedługo po starcie kazał stewardessie wejść do kokpitu i zamknąć za sobą drzwi. Przez kilkanaście minut Cooper w opustoszałej kabinie przywiązał do siebie swój łup, używając do tego części jednego ze spadochronów, i założył dwa inne. 20 minut po starcie systemy samolotu ostrzegły pilotów, że został uruchomiony mechanizm schodów ogonowych. Zaniepokojeni zapytali przez interkom, czy mogą jakoś pomóc. Cooper odparł jednak, że nie ma potrzeby. Wówczas ostatni raz udało się z nim skontaktować - przynajmniej z tego, co wiemy.

Po 13 kolejnych minutach ogon maszyny podskoczył. W toku śledztwa uznano, że najpewniej był to efekt wywołany skokiem Coopera z otwartych schodów wiszących pod ogonem. Nikt tego jednak nie widział. Piloci dwóch myśliwców F-104 śledzących boeinga nic nie zauważyli. Było już dobrze po zmroku, a na dodatek pochmurnie i deszczowo. Cooper wyskoczył w ciemność i przepadł bez śladu.

Widok na otwarte drzwi ogonowe z wnętrza kabiny, Cooper siedział na jednym z ostatnich foteli widocznych po lewej stronie. Zdjęcie z akt śledztwaWidok na otwarte drzwi ogonowe z wnętrza kabiny, Cooper siedział na jednym z ostatnich foteli widocznych po lewej stronie. Zdjęcie z akt śledztwa FBI

Szukał nawet samolot szpiegowski

Kiedy tylko samolot wylądował w Reno, a na jego pokładzie nie znaleziono porywacza, wszczęto szeroko zakrojone poszukiwania. To był pierwszy raz, kiedy ktoś w ten sposób wywiódł służby w pole. Na dodatek ze znacznym łupem, którego wartość dzisiaj wynosiłaby dobrze ponad milion dolarów. Przez kolejne tygodnie tysiące agentów FBI, policjantów, żołnierzy i ochotników przeczesywały porośnięty lasami, górzysty teren na pograniczu stanów Waszyngton i Oregon.

Do akcji skierowano nawet ówczesny cud techniki, samolot szpiegowski SR-71 Blackbird, który kilka razy przelatywał trasą B727. Miał wykonać zdjęcia terenu pod nią przy pomocy swoich bardzo czułych aparatów. Liczono na to, że może uda się na nich dostrzec na przykład czaszę spadochronu wiszącą na jakimś drzewie. Jednak pięć prób skończyło się fiaskiem przez chmury. Z ujawnionych dokumentów FBI nie wynika, czy podjęto kolejne.

Wszystko spełzło na niczym. Nie natrafiono na żaden ślad po Cooperze. Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Kolejne akcje poszukiwawcze przeprowadzono po roztopach wiosną 1972 roku. W ich ramach zbadano też przy pomocy miniaturowej łodzi podwodnej dna dwóch sztucznych zalewów. Bez skutku.

Poważnym problemem był fakt, że nie dało się ustalić precyzyjnie miejsca, w którym wyskoczył. Na dodatek nie było wiadomo, kiedy otworzył spadochron i jak długo dryfował niesiony przez wiatr. Wszystko to razem sprawiało, że obszar, w którym porywacz mógł opaść na ziemię, był bardzo duży.

Oryginalna mapa FBI z naniesioną trasą lotu B727 w oparciu o dane z radarów śledzących maszynęOryginalna mapa FBI z naniesioną trasą lotu B727 w oparciu o dane z radarów śledzących maszynę FBI

Ślady, które nie na wiele się zdały 

Dopiero w 1978 roku znaleziono pierwszy trop. Myśliwy natrafił na metalową plakietkę z nadrukowaną instrukcją otwierania schodów ogonowych B727. Leżała w lesie pod trasą przelotu porwanej maszyny. W okolicy nie znaleziono jednak nic więcej.

Dwa lata później na brzegu rzeki Columbia dziecko znalazło trzy paczuszki z banknotami stanowiącymi część łupu Coopera. Były zakopane w piasku i już mocno nadgniłe. Ich znalezienie nie tylko nie pomogło rozwiązać zagadki, ale wręcz ją skomplikowało. Nie mogły bowiem tam po prostu spłynąć rzeką, w pobliżu której dotychczas szukano śladów porywacza. Wpadała ona do rzeki Columbia kilkanaście kilometrów w dół jej nurtu. Pojawił się szereg teorii, ale żadna nie pozwoliła z całą pewnością wytłumaczyć, jakim sposobem część łupu Coopera znalazła się w tym miejscu, dlaczego trzy paczuszki były razem i dlaczego z jednej zniknęło dokładnie 10 banknotów.

Resztki banknotów znalezionych na brzegu rzeki w 1980 rokuResztki banknotów znalezionych na brzegu rzeki w 1980 roku FBI

Reszty pieniędzy nigdy nie namierzono. Choć opublikowano wszystkie numery seryjne banknotów, choć można je dzisiaj sprawdzić na specjalnej stronie internetowej i choć oferowano wysokie nagrody osobom, które jako pierwsze jakieś znajdą, do dzisiaj żadnego nie zlokalizowano.

Sprawa ciągle otwarta

W ciągu roku po akcji Coopera w USA doszło do kilkunastu identycznych porwań B727 i skoków z ich tylnych schodów. Za każdym razem służby nie miały jednak problemu z namierzeniem porywaczy i ich ujęciem.

Śledczy FBI byli i są zdania, że Cooper z dużym prawdopodobieństwem nie przeżył skoku. Warunki do takiego wyczynu były bardzo trudne, a porywacz nie wydawał się doświadczonym spadochroniarzem, ponieważ założył na siebie spadochron awaryjny, który był niesprawny. Policjanci, zabierając go w pośpiechu ze szkoły spadochronowej, nie wiedzieli, że to egzemplarz przeznaczony do szkoleń na ziemi. Doświadczony skoczek powinien natychmiast zdać sobie z tego sprawę i wybrać drugi, który był sprawny.

Być może w ciemności, targany wiatrem w deszczowych chmurach Cooper nie poradził sobie z otwarciem głównego spadochronu. Być może chciał użyć awaryjnego, ale nie mógł. Być może zginął, próbując lądować po ciemku na górzystym i zalesionym terenie, co stanowi dla każdego skoczka poważne zagrożenie. Być może wiatr zniósł go daleko i kiedyś ktoś natrafi na jego szczątki daleko od rejonu poszukiwań. Być może przeżył lądowanie, ukrył swój łup i próbował wydostać się z dziczy, ale nie zdołał. Był lekko ubrany i bez zapasów. Być może zdołać wrócić do cywilizacji, ale nie potrafił potem odnaleźć swojej skrytki.

Być może jednak przeżył i w jakiś sposób uniknął namierzenia przez tyle lat, nie wydając swojego łupu. Nawet jeśli tak, to jest bardzo prawdopodobne, że już nie żyje. Według świadków miał około 45 lat. Dzisiaj miałby więc już ponad 90. Niewielu mężczyzn z jego pokolenia dożywało takiego wieku.

Teorii jest wiele, ale nie ma wyjaśnienia. Być może kiedyś zostaną znalezione nowe ślady i sprawę uda się rozwikłać, a może pozostanie na zawsze wielką zagadką i jedyną taką porażką FBI.

Dlaczego te same loty trwają dziś dłużej niż 10 lat temu?

Więcej o: