Misjonarz zginął z rąk tubylców na "zakazanej wyspie". Do tragedii doszło w Zatoce Bengalskiej

Amerykański misjonarz i podróżnik, John Allen Chau, zginął z rąk tubylców na niewielkiej wysepce w Zatoce Bengalskiej. Władze współpracują z antropologami, by sprowadzić ciało 26-latka z niebezpiecznej wyspy.

Jak donoszą anglojęzyczne media, Chau wielokrotnie organizował sobie wyprawy w trudnodostępne i niebezpieczne miejsca. Nielegalna kajakowa wyprawa na należącą do Indii, ale odizolowaną od świata wyspę Sentinel Północny w Zatoce Bengalskiej, skończyła się jednak dla niego tragicznie. 

Od 2005 roku wyspa jest zamknięta dla przybyszy. Władze z jednej strony chcą chronić nieodpornych na choroby Sentinelczyków, a z drugiej boją się reakcji tubylców, którzy bywali już agresywni wobec obcych. Jak widać, obawy nie były bezpodstawne. Z rąk Sentinelczyków zginęło m.in. w 2006 r. dwóch kłusowników, którzy zapuścili się na wyspę. Ich ciał nigdy nie udało się zabrać na stały ląd.

Chau miał wiedzieć o zakazie. Jak podaje AP, aresztowano siedmiu rybaków, których oskarżono o udzielenie misjonarzowi pomocy w dotarciu do wyspy. Bliscy podróżnika zwrócili się do władz o ich uwolnienie, bo, jak podkreślili, Chau działał "z własnej woli".

Ustalono, że misjonarz nawiązał wstępny kontakt z tubylcami, miał przy sobie Biblię i podarunki. Amerykanin przedstawił się wyspiarzom, ale jeden z nich strzelił do niego z łuku. Chau miał wtedy wrócić na czekającą na niego łódź rybacką, ale 16 listopada ponownie pojawić się na wyspie. Wtedy zginął, a rybacy dostrzegli z dala, jak wyspiarze zakopują jego ciało. 

"Nie miał nic oprócz miłości"

John Chau był - jak mówią o nim przyjaciele - odważny i zaangażowany. Pracował jako misjonarz w różnych zakątkach świata. Syn chińskiego uchodźcy z czasów rewolucji kulturalnej chętnie angażował się w programy edukacyjne, w tym piłkarskie, skierowane do dzieci znajdujących się w trudnej sytuacji, m.in. imigrantów. W 2014 roku Chau udał się do Kurdystanu w północnym Iraku, aby pracować z syryjską i iracką młodzieżą, a od kilku lat pracował z birmańskimi dziećmi uchodźców w Tulsa w Oklahomie.

 

"Słowa nie mogą wyrazić smutku, jakiego doświadczyliśmy w związku z tą informacją. Kochał Boga, życie, pomagał potrzebującym i nie miał nic oprócz miłości dla mieszkańców wyspy" - napisała w oświadczeniu rodzina Amerykanina. 

Czy wiesz, co zrobić, gdy zaginie ktoś bliski?

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Misjonarz zginął z rąk tubylców na "zakazanej wyspie". Do tragedii doszło w Zatoce Bengalskiej
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl