Polka w Irlandii odsiaduje dożywocie za zabójstwo. Została jej ostatnia szansa na zmianę wyroku

Sprawą skazanej za zabójstwo Polki żyła Irlandia, a w Polsce przeszła niemal bez echa. Młoda kobieta ma spędzić w więzieniu resztę życia, choć - jak przekonuje - tragedia, do której doprowadziła, była tylko nieszczęśliwym wypadkiem. Polka właśnie podejmuje ostatnią próbę obrony i odwołuje się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Złoty volkswagen przebił barierki i wpadł do kanału portowego, z którego wypłynęła tylko jedna osoba, choć samochodem jechały dwie. Przemarznięta kobieta biegła w stronę miasta, by znaleźć pomoc. Tam trafiła na radiowóz Gardy, irlandzkiej policji. Ciało mężczyzny wypłynęło kilka godzin później na plaży, 3 kilometry od miejsca wypadku.

Śledczy uznali, że nie był to wypadek, a Polka dokonała zabójstwa z premedytacją - celowo wjechała do wody, wiedząc, że jej pasażer nie potrafi pływać. Marta Herda miała wcześniej przygotować siebie i auto - otworzyła okno od strony kierowcy, by móc się wydostać i, mimo zimna, była lekko ubrana, by ułatwić sobie wypłynięcie.

Pasażerem był Csaba Orsas, Węgier i kolega z pracy Marty. Był on nieszczęśliwie zakochany w Polce, a jego zachowanie wyczerpywało znamiona stalkingu - mężczyzna groził, że zrobi sobie krzywdę, jeździł za Herdą, wystawał pod jej oknami. Kobieta nie chciała jednak zawiadamiać policji i przekonywała, że poradzi sobie sama.

Tragedia w Arklow. Godzina po godzinie

W noc przed tragedią kobieta odbiera telefon od kolegi Victora, również Węgra, który prosi, by podwiozła jego i znajomych z pubu do domów. Po północy Polka wchodzi do domu Victora i będzie tam do 4:30, przez dłuższy czas przed wejściem stoi samochód Csaby. Nad ranem Victor odwozi Martę jej samochodem. Jest lekko ubrany, więc Polka proponuje, by wrócił do domu jej autem. Ten zgadza się, ale ostatecznie zostawia kluczyki. Kobieta, gdy to zauważa, wsiada do samochodu i jedzie powoli, szukając kolegi.

Po 5:00 rano Marta trzykrotnie dzwoni do Csaby i zatrzymuje się pod jego domem. Mężczyzna wybiega z mieszkania i wsiada do samochodu, chce, by jechali na plażę, twierdzi, że ma jej coś ważnego do powiedzenia. Z zeznań kobiety wynika, że mężczyzna staje się agresywny. W kulminacyjnym momencie Polka traci panowanie nad kierownicą i samochód wpada do kanału.

Od 26 marca wydarza się wiele niejasnych rzeczy. Według rodziny adwokat i tłumaczka nie wypełniają swoich powinności. Ponadto policjanci po przesłuchaniu mówią Marcie, by wysłała im pocztówkę z Polski, co później zostaje odczytane jako kpiny, a dołączony do kartek grosz - jako łapówka. Dopiero w październiku 2014 roku Herdzie postawiony zostaje zarzut morderstwa i Polka trafia do aresztu. Wychodzi za kaucją i od tego czasu ma zakaz opuszczania kraju i musi codziennie zgłaszać się na policję.

W styczniu 2016 roku pielęgniarka, która przyjmowała Polkę w szpitalu tuż po wypadku, zeznaje, że Marta powiedziała "Nie wierzył, że to zrobię". Herda uważa, że została spytana, czy nie bała się, że Orsas ją zgwałci, na co odparła "Nie wierzyłam, że to zrobi". Rodzina uważa, że to dziwne, że pielęgniarka przypomniała sobie te słowa po niemal trzech latach.

Opinia publiczna znienawidziła Polkę

Proces rozpoczął się latem 2016 roku. W Irlandii zasadniczą rolę w procesach odgrywa ława przysięgłych. Sędzia poinformował ławników, że mogą uniewinnić kobietę, uznać ją za winną nieumyślnego spowodowania śmierci lub winną zabójstwa z premedytacją. 11 z 12 ławników wybrało trzecią możliwość i taki wyrok musiał wydać sędzia.

Na decyzję ławy przysięgłych niewątpliwie wpływ miało to, jak irlandzkie media relacjonowały sprawę. Od początku tabloidy pisały o Polce jako o morderczyni, oceniano, że kobieta nie przeżywa śmierci kolegi, oburzano się, że chodzi do sądu niewłaściwie ubrana. Nie bez wpływu pozostawał też fakt, że Herda w czasie procesu nie składała wyjaśnień.

W październiku 2017 roku sąd odrzucił apelację Marty Herdy. Kobieta będzie mogła się ubiegać o przedterminowe zwolnienie dopiero za kilkanaście lat. Rodzina miała nadzieję, że uda się doprowadzić do powtórzenia procesu i złagodzenia wyroku, dlatego złożono apelację do Sądu Najwyższego. Ten podtrzymał jednak dotychczasowe wyroki. 

Ostatnia szansa na dowiedzenie niewinności

Wniosek do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka to ostatnia możliwość. - Ona boi się myśleć o tym jako o szansie. Bardzo przeżyła odrzucenie apelacji przez Sąd Najwyższy i nie chce się znów rozczarować. Walczymy jednak, by jej pomóc. We wniosku są opisane wszystkie nieprawidłowości, do jakich doszło w czasie procesu - powiedziała w rozmowie z Wirtualną Polską siostra skazanej. Polka spędziła w więzieniu już pięć lat. Samo postępowanie w Starsburgu może trwać nawet cztery.

Za kratkami Herda prowadzi zajęcia "Jak sobie radzić z przemocą i jak unikać przemocy w więzieniu", co ma być dowodem na to, że nie jest zdolna do jej stosowania. Wolny czas spędza na nauce języka i przygotowaniach do matury. Napisała też książkę, w której opowiedziała swoją historię i przekonuje, że Orsas zaatakował ją w czasie jazdy i dlatego straciła panowanie nad kierownicą.

Powrót do Polski skróci jej wyrok do 8 lat?

Rodzina zastanawia się nad złożeniem wniosku o przeniesienie kobiety do Polski, obawia się jednak, że w polskim więzieniu będzie miała dużo gorsze warunki. 

Polski sąd mógłby jednak znacznie skrócić wyrok Herdy. Jej rodzina szacuje, że za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym mogłaby dostać maksymalnie osiem lat więzienia. Ponadto część wyroku już odbyła, a wcześniej nie wchodziła w konflikt z prawem. Jednak żeby do tego doszło, Irlandia musi zgodzić się na wydanie skazanej. Jak przypomina portal, z podobnej możliwości skorzystał Jakub Tomczak w 2006 roku. Mężczyzna został na Wyspach skazany na podwójne dożywocie za brutalny gwałt, a po wydaniu Polsce jego wyrok skrócono do 22 lat więzienia. 

Miałeś wypadek samochodowy? Nie uciekaj z miejsca zdarzenia

Więcej o: