Migracja tematem szczytu i sporu w UE. Tymczasem kolejny kryzys może być dopiero przed nami

W Brukseli rusza szczyt UE. Liderzy państw będą rozmawiać m.in. o migracji do Europy. Temat dzieli polityków i wywołuje emocje. Tymczasem liczby osób, które przybywają do Europy, spadają, choć fatalna pozostaje sytuacja humanitarna. Rysują się też wyzwania na przyszłość.

Jednym z głównych tematów unijnego szczytu w Brukseli będzie sprawa migrantów przybywających Europy i przygotowanie na ewentualny kolejny kryzys migracyjny. Szef Rady Europejskiej Donald Tusk zaproponował też utworzenie centrów poza Wspólnotą, gdzie trafialiby migranci i uchodźcy uratowani na morzu podczas prób przedostania się do Europy. "Konieczne jest znalezienie równowagi między solidarnością a odpowiedzialnością" - czytamy w projekcie wniosków na szczyt. 

Przyjęcie uchodźców "wyrządziło szkodę"

- Rozwiązaniem nadciągającego kryzysu może być stworzenie jasnych zasad legalnej migracji do Europy dla tych, których Unia potrzebuje na swoim rynku pracy oraz legalny wjazd uchodźców poprzez przesiedlenia - ocenia dr Wojciech Wilk z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Ocenia on, że przyjęcie ponad miliona uchodźców i migrantów w 2015 roku "wyrządziło ogromną szkodę w pomocy dla uchodźców", ponieważ do Europy trafili ci, którzy mieli na to środki. Na Bliskim Wschodzie pozostali najbiedniejsi, którzy stracili uwagę Zachodu, zajętego kryzysem w Europie. Dlatego - zwraca uwagę - migracją można i trzeba zarządzać. 

Trzeba jednak zauważyć, że (w wyniku wielu czynników) zmienia się trend migracji do Europy. Spada liczba osób, które ubiegają się o status uchodźcy w Unii Europejskiej. Jeszcze w 2016 roku było to 1,3 mln ludzi, w 2017 roku - o 44 proc. mniej (728 tys.). Coraz mniejsza jest też liczba migrantów, którzy drogą morską dostali się do Europy. Gwałtownie wzrosła w 2015 roku, jednak, jak pokazują dane, później równie gwałtownie spadała do poziomu sprzed szczytu kryzysu. 

To, że liczba migrantów i osób ubiegających się o status uchodźcy spada, może oznaczać, że nie ma już mowy o "kryzysie" - przynajmniej wobec sytuacji z 2015 roku. Nie oznacza to jednak, że sytuacja nie jest poważna. Pod względem humanitarnym jest wręcz coraz gorzej. Stosunek liczby ofiar do całkowitej liczby migrantów stale rośnie (a trzeba pamiętać, że dane o ofiarach są niedoszacowane -  imigranci nie zawsze są identyfikowani czy odnajdywani). W 2015 roku życie traciła jedna osoba na ok. 300, w tym roku - jedna na 44. 

Już droga przez Turcję, a później Bałkany była trudna i niebezpieczna. Jednak obecne warunki, z którymi mierzą się migranci w Afryce Północnej, są o wiele gorsze. Ludzie padają tam ofiarami przemytników i handlarzy niewolników. Są sprzedawani, wykorzystywani seksualnie i do pracy.

Nawet rozwiązania, które wspierają kraje UE, prowadzą do tragedii. Libijska straż przybrzeżna była oskarżana m.in. o zatapianie i strzelanie do łodzi migrantów. Z kolei w tym tygodniu władzom Algierii zarzucono, że przez ostatni rok porzuciły na Saharze co najmniej 13 tys. migrantów bez wody i jedzenia. Nielegalna migracja jest też źródłem dochodów dla organizacji przestępczych, a nawet terrorystycznych - informuje w komunikacie Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Szczyt UE o bieżących wyzwaniach, ale większe dopiero przed nami

To pokazuje, że migracja nadal jest poważnym wyzwaniem i konieczne są działania, by nie dochodziło do tragedii na morzu i wykorzystywania migrantów. 

A jak zmienia się migracja? W 2015 roku do Europy przybywali głównie Syryjczycy, którzy najczęściej otrzymują status uchodźcy. Obecnie pozostają oni największą grupą, jednak coraz więcej jest przybyszów z państw Afryki. Część z nich ucieka przed prześladowaniem i wojną, zatem mogą zostać uchodźcami. Ale wielu to tzw. imigranci ekonomiczni, którzy wyjeżdżają z powodu biedy czy braku perspektyw.  

Wiele krajów Afryki jest pogrążonych w kryzysie, o ile nie w chaosie. Tymczasem eksperci spodziewają się tam demograficznego boomu w państwach kontynentu - w tym w niektórych z najuboższych krajów świata. Według szacunków ONZ do 2050 roku dwukrotnie lub więcej wzrośnie populacja Tanzanii, Kenii, Etiopii czy Konga.  

Wojciech Wilk ocenia, gospodarki tych krajów "nie są w stanie wytworzyć miejsc pracy dla milionów młodych ludzi, co będzie napędzać migrację".  

Tylko w Kenii co roku na rynek pracy wchodzi 1 mln młodych ludzi. Gospodarka Kenii tworzy tylko 200 tys. nowych miejsc pracy (dane ONZ) =  80% młodych bezrobotnych / pracujących za głodowe stawki

- napisał na Twitterze. Do braku perspektyw i ubóstwa z czasem dojdą zmiany klimatyczne, przez które część tych państw może stać się niezdatna do życia. O szczątkowe zasoby wody i jedzenia mogą wybuchać wojny. To wszystko może skłonić do wyjazdy i szukania lepszego życia poza Afryką nie tysiące, a miliony ludzi. 

Ta fala migracji nie nastąpi ani w tym roku, ani w następnym, lecz w perspektywie dekad. Europa może się na nią przygotować, a pracując wspólnie - także z partnerami Afryce - wypracować rozwiązania, które pozwolą zarządzać migracją i usuwać powody, dla których ludzie masowo chcą opuszczać swoje kraje. Wymaga to jednak zajęcia się tym już teraz, by nie powtórzyć zaskoczenia kryzysem z 2015 roku.