Wenezuela. Pod rządami Maduro ludzie głodują i uciekają. Ale w niedzielę i tak najpewniej wygra on wybory prezydenckie

Nicolás Maduro znów wygra wybory prezydenckie w Wenezueli. Choć jego wini się za to, że kraj jest na krawędzi, szaleje inflacja, ludzie głodują. Z 10-milionowego kraju uciekło ponad milion osób. Część pieszo.

- Towarzyszu Gustavo, dlaczego tak schudłeś? Biegasz? - pytał na jednym z wieców prezydent Wenezueli Nicolás Maduro. - Jesteśmy na "diecie Maduro" - odkrzyknęło kilka osób. - Dieta Maduro?! Od diety Maduro robisz się twardy (zdanie rymuje się po hiszpańsku - red.). Nie potrzebujesz viagry - śmiał się w głos prezydent. 

Jednak dla mieszkańcom nie jest do śmiechu, a "dieta Maduro" to ponury żart. W czasie jego rządów od 2013 roku sytuacja w kraju stała się tragiczna. Kryzys gospodarczy i związana z nim hiperinflacja doprowadziły do tego, że ludzi nie stać na jedzenie. A nawet jeśli, półki w sklepach są puste. Wenezuelczycy głodują. Tylko w ostatnim roku ponad milion ludzi uciekło z kraju, głównie do sąsiedniej Kolumbii. Niektórzy pieszo pokonują ponad 200 km w drodze do Brazylii - opisuje "The Guardian". 

W lutym b.r. amerykański think tank Brookings Institution nazywał "kryzys uchodźczy" w kraju "najgorszym w tej części świata" i alarmuje, że konieczna jest pomoc. "Z braku pieniędzy na import jedzenia i leków Wenezuelczycy zmagają się z głodem i umierają od uleczalnych chorób". 3/4 społeczeństwa straciło średnio 10 kg wagi ciała ze względu na ograniczony dostęp do jedzenia. Umieralność niemowląt wzrosła o 30 proc. w 2016 roku - wynika z raportu. Według niektórych źródeł z kraju uciekło już w sumie 4 mln ludzi, czyli co dziesiąty obywatel.

Wenezuela w kryzysie

Tragiczna sytuacja mieszkańców Wenezueli jest uderzająca tym bardziej, że w kraju - w przeciwieństwie do np. sąsiedniej Kolumbii - nie toczyła się długa wojna domowa i do tego ma on największe na świecie rezerwy finansowe. Z drugiej strony Wenezuela jest obecnie uznawana za jeden z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. System wymiany waluty po specjalnym kursie pozwala sojusznikom Maduro zarabiać na hiperinflacji.

Maduro został wybrany na prezydenta niewielką przewagą głosów w 2013 roku po śmierci popularnego socjalisty Hugo Cháveza. Jednak nie miał jego charyzmy ani popularności wśród wyborców. Na zmianę władzy nałożył się kryzys ekonomiczny. Spadek cen ropy doprowadził do zapaści gospodarki i uniemożliwił finansowanie reform Cháveza. Za jego rządów znacząco spadło bezrobocie i ubóstwo, a wzrosły zarobki, choć on także miał autorytarne tendencje, a reformy uzależniły kraj i społeczeństwo od cen ropy - przypomina VOX.com

Po 2014 roku kryzys i hiperinflacja (13 tys. proc. według danych z lutego) zaczęły napędzać niepokoje społeczne, w tym masowe protesty. Władza Maduro zaczęła się z nimi brutalnie rozprawiać. W demonstracjach ginęli ludzie. W sumie, w różnych falach protestów w ostatnich czterech latach zginęło nawet kilkaset osób, a tysiące zostały ranne lub aresztowane.

Największe i najjaskrawsze demonstracje odbyły się w 2017 roku. Były one związane z kryzysem konstytucyjnym, kiedy obsadzony przez zwolenników Maduro Sąd Najwyższy chciał przejąć kontrolę nad parlamentem. Protestowało wtedy w całym kraju kilka milionów osób. Wenezuelskie Obserwatorium Niepokojów społecznych podawało, że rany odniosło tysiące ludzi, a ponad 160 osób zginęło. W czerwcu policyjny śmigłowiec dokonał ataku na budynek sądu.

Także w 2017 roku Maduro zwołał wybory do tzw. zgromadzenia konstytucyjnego. Jego celem jest stworzenie nowej ustawy zasadniczej, która ograniczyłaby działalność opozycji. Większość mieszkańców była przeciwna przeprowadzeniu wyborów do zgromadzenia. Były krytykowane jako niezgodne z konstytucją oraz sfałszowane przez opozycję i inne państwa. Opozycja zbojkotowała wybory. W zgromadzeniu, które ma nadrzędną pozycje nad innymi organami władzy, zasiadają tylko członkowie bloku, który popiera prezydenta Maduro.

Pod koniec 2017 roku zgromadzenie pozbawiło trzech głównych polityków opozycji prawa do kandydowania w wyborach prezydenckich - informował "The Independent". Teraz "The Economist" ocenia, że kraj jest na drodze do dyktatury.

Wybory bez opozycji 

Pomimo gigantycznego niezadowolenia społecznego Maduro najprawdopodobniej wygra w zaplanowanych na 20 maja wyborach. Według opozycji i międzynarodowych organizacji nie będą one demokratyczne. Sąd Najwyższy na uchodźstwie (sądy w kraju są kontrolowane przez Maduro) ogłosił, że wybory są nielegalne - opisuje "Miami Herald".

Już w listopadzie prezydent Maduro zapowiadał, że opozycja nie ma prawa wystawiać kandydatów w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Wtedy trzy główne partie opozycyjne zbojkotowały lokalne wybory.

Na to błyskawicznie zareagował prezydent Nicolas Maduro. Ogłosił, że partie 'zniknęły ze sceny politycznej' i "nie mogą uczestniczyć w wyborach prezydenckich".

Główna opozycja w kraju bojkotuje wybory, gdyż - ich zdaniem - legitymizują one "dyktaturę" Maduro. Krytykują m.in. samozwańcze "zgromadzenie konstytucyjne", które ich zdaniem nie miało prawa, by rozpisać wybory - tym bardziej, że odbędą się wcześniej niż zazwyczaj. Ponadto niektóre kandydatury sił opozycyjnych zostały zablokowane przez władze.

Teoretycznie Maduro ma kilku konkurentów. Jednak mający dość duże poparcie w niektórych sondażach Henri Falcón zdaniem wielu obywateli w rzeczywistości współpracuje z prezydentem. Falcón należał do zwolenników Cháveza, jednak zmieniał polityczne barwy - podaje BBC.

Trzecim kandydatem jest Javier Bertucci, biznesmen i pastor, który był łączony z aferą Panama Papers. Zapowiada wprowadzenie "chrześcijańskich wartości" w kraju. 

Przeciwnicy obecnej władzy nie mają też zaufania do Komisji Wyborczej. "Nie dla fałszowania wyborów ze splamioną Komisją Wyborczą. Nie głosuj'' - brzmiał napis na transparencie podczas demonstracji na kilka dni przed wyborami. Z tych powodów większość wyborców deklarowała, że nie chce w ogóle głosować. 

Międzynarodowa, nieformalna Grupa Lima, która skupia większość państw obu Ameryk (bez m.in. USA i Wenezueli) wezwała władze kraju do zawieszenia wyborów. Nazwała je "bezprawnymi i pozbawionymi wiarygodności" - podaje Reuters. Organizację powołano w zeszłym roku w celu zaradzenia kryzysowi w Wenezueli. USA i Unia Europejska osobno skrytykowały wybory i działania Maduro.

Wszystko wskazuje na to, że Maduro wygra niedzielne wybory. Pytanie, czy zwycięstwo przy (najpewniej) niskiej frekwencji i oskarżeniach o nielegalność wyborów wzmocnią, czy podkopią jego pozycję na dłuższą metę. 

Dzień dobry, tu Michał Protaziuk. Jeśli lubisz nasz portal, to wypróbuj nasz nowy newsletter. Więcej tutaj >>>

Więcej o: