Od "ognia i furii" po zapowiedzi pokoju w 8 miesięcy. Pytanie, na na ile okażą się trwałe

- Guzik nuklearny mam na swoim biurku - groził jeszcze niedawno Kim Dzong Un, czy - jak nazywał go Donald Trump - "mały człowiek od rakiet". Stosunki między nimi oraz z Koreą Południową zdają się diametralnie zmieniać. Nie wiadomo jednak, na ile trwała jest ta zmiana.

8 sierpnia 2017. Prezydent Donald Trump siedzi z założonymi rękami na spotkaniu z doradcami i dziennikarzami. - Lepiej, aby Korea Północna już więcej nie groziła USA. To spotka się z ogniem i furią, jakiej jeszcze świat nie widział. 

27 kwietnia 2018. Kim Dzong Un i prezydent Korei Południowej Mun Dze In po raz pierwszy spotykają się, deklarują prace nad porozumieniem pokojowym i ściskają dłonie. Nieco wcześniej Biały Dom pochwalił się zdjęciem dyktatora w towarzystwie nowego szefa amerykańskiej dyplomacji.

W nieco ponad osiem miesięcy nastąpił dramatyczny zwrot w relacjach i retoryce między Koreą Północną, a jej południowym sąsiadem, który jest sojusznikiem USA. Mary Dejevsky pisze wręcz na łamach brytyjskiego "Guardiana", że to "najszybszy i najostrzejszy zwrot dyplomatyczny za naszego życia". 

"Po gwałtownym roku testów rakietowych i nuklearnych, odbywa się historyczne spotkanie" - napisał Donald Trump. "Dzieją się dobre rzeczy, ale dopiero czas pokaże" - dodał.

"Mały człowiek od rakiet"

Ostatni rok był pełen napięć w stosunkach koreańskich oraz między reżimem Kim Dzong Una a USA. Pojawiła się zarówno ostra retoryka, jak i realne działania - testy rakiet i broni atomowej z jednej strony oraz manewry wojskowe z drugiej. =

Eskalacja zaczęła się z 1 stycznia 2017 roku, kiedy północnokoreański dyktator zapowiedział, że północnokoreański program budowy międzykontynentalnych rakiet balistycznych osiągnął "pełen potencjał". Donald Trump był wtedy jeszcze prezydentem elektem, ale już dzień później skomentował oświadczenie - na Twitterze napisał, że rakiety Kim Dzong Una nie dotrą do USA.

9 maja liberał Mun Dze In zostaje prezydentem Korei Południowej i deklaruje dążenie do pokoju. Jednak 4 czerwca Kim Dzong Un przeprowadza testy rakiet balistycznych, które nazywa "prezentem na dzień niepodległości USA". Dwa dni później Mun Dze In krytykuje test, ale mówi też o "jasnej przyszłości".

8 sierpnia Trump wypowiada słynne dziś słowa: "Lepiej, by Korea Północna już więcej nie groziła USA. To spotka się z ogniem i furią, jakiej jeszcze świat nie widział".

Groźba zdaje się tylko rozjuszać Koreę. 3 września reżim Kima przeprowadza pomyślny test bomby wodorowej.

19 września w ONZ Trump zapowiada, że Stany Zjednoczone są w stanie "całkowicie zniszczyć" Koreę Północną i określa Kim Dzong Una jako "Little Rocket Man" (ang. małym człowiekiem od rakiet)”.Trzy dni później Kim odpłaca mu, zarzucając, że Trump jest "psychicznie obłąkanym, amerykańskim ramolem".

1 stycznia 2018 roku Kim znów grozi, zapewniając, że ma "guzik nuklearny na swoim biurku". Ale jeszcze w tym samym miesiącu oba kraje półwyspu rozmawiają o wysłaniu reprezentantów Pjongjangu na Igrzyska Olimpijskie w Korei Południowej - co dochodzi do skutku. Przy tej okazji spotykają się też przedstawiciele obu państw. Do Korei Południowej jedzie siostra przywódcy Kim Yo-jong.

Prawdziwa dyplomatyczna odwilż zaczyna się w marcu 2018, po wizycie delegacji Seulu w Korei Północnej i zapowiedziach spotkania Kim Dzong Una z Donaldem Trumpem oraz szczytu koreańskiego. Ten ostatni właśnie się odbył - tymczasem spotkanie z prezydentem USA własnie jest negocjowane. Na początku kwietnia z Kim Dzong Unem spotkał się w tej sprawie ówczesny szef CIA i obecny sekretarz stanu Mike Pompeo.

24 kwietnia, tuż przed szczytem koreańskim, Donald Trump zdecydowanie odszedł od retoryki "małego człowieka" i nazwał Kima "bardzo otwartym i honorowym.

"Ostrożnie z tą KimDzongmanią"

Relacje ze szczytu pojawiły się na czołówkach światowych mediów. Szeroko mówi się o przełomie i historycznym momencie. Jednak część komentatorów studzi entuzjazm i przypomina, że to dopiero początek procesu, a Korea Północna już wcześniej składała obietnice, z których później się nie wywiązywała. Ponadto liderzy zadeklarowali podpisanie pokoju w tym roku - jednak nie mówili o konkretnej dacie w przypadku denuklearyzacji. 

Wiele zależy od tego, do czego ostatecznie dąży Kim Dzong Un, dyktator najbardziej zamkniętego kraju świata. Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. W czasie rozmów z prezydentem Korei Południowej "najwyższy przywódca" przyznał m.in., że drogi w jego kraju są w fatalnym stanie. Proces pokojowy i denuklearyzacja wiązałyby się możliwym łagodzeniem sankcji i pomocą od południowych sąsiadów. Jednak z pewnością nie ma co liczyć na szybkie otwarcie kraju na świat i realne polepszenie jakości życia i wolności obywateli Korei Północnej, może poza rządzącą elitą. 

Dziennikarz "Rzeczpospolitej" Jerzy Haszczyński rozsądnie podsumował: "Ostrożnie z tą KimDzongmanią. Los obywateli jego kraju się nie zmienił. A czy się zmieni? Wariant NRD-owski - dla Kima nie do zaakceptowania (Honecker w cz. zjednoczenia Niemiec miał 78 lat, Kim ma teraz 34). I ma prawdziwą broń".

Niezależnie od efektów, komentatorzy podkreślają, że szczyt koreański jest w dużej mierze zasługą Donalda Trumpa. Niezależnie od tego, czy jego ostra retoryka, ataki słowne i groźby były zaplanowaną strategią, czy po prostu efektem jego charakteru  - zakończyło się to skłonieniem Kim Dzong Una do rozmów. 

"Byłem krytyczny wobec błędów Trumpa w polityce zagranicznej - umowy TPP, porozumień paryskich, czy zbyt wielu błędów w relacjach z sojusznikami, by je policzyć. Ale dzisiejszy historyczny przełom nie miałby miejsca bez presji ze strony prezydenta USA. Trump zasługuje na pełne uznanie" - stwierdził politolog Ian Bremmer. 

Czy ma rację? "Dopiero czas pokaże".

Więcej o: