Polak w konwoju pomocy do oblężonej enklawy. "Ludzie od 2 tygodni chowają się w piwnicach"

Patryk Strzałkowski
- Tam wszyscy są głodni i wyczerpani. Niektórzy od tygodni nie widzieli światła dziennego - relacjonuje Paweł Krzysiek z Czerwonego Krzyża. Był w konwoju, który pod ostrzałem dostarczył pomoc do oblężonej Wschodniej Ghuty w Syrii.

790 osób, w tym 164 dzieci, zginęło od bomb w ciągu ostatnich tygodni we Wschodniej Ghucie. Tysiące zostało rannych, a lokalni aktywiści alarmują o użyciu broni chemicznej. Pomimo rezolucji ONZ, w enklawie zbrojnej opozycji pod Damaszkiem trwają walki. Jednak w poniedziałek dotarł tam konwój z pomocą humanitarną.

28 z 46 ciężarówek, które dostarczyły pomoc do Wschodniej Ghuty, wiozły materiały Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. Z konwojem jechał Paweł Krzysiek, rzecznik MKCK w Syrii. W rozmowie z Gazeta.pl mówi, co widział tam tego dnia.

Patryk Strzałkowski, Gazeta.pl: To pierwszy konwój od tygodni. Jak w tym czasie zmieniła się sytuacja na miejscu?

Paweł Krzysiek, MKCK: Przede wszystkim stopień zniszczenia jest ogromny. Widać, że to jest epicentrum konfliktu. Bardzo niewielu ludzi wyszło obserwować konwój. Chowają się w piwnicach od ponad dwóch tygodni. Siedzą pod ziemią, żeby to wszystko przeczekać, uratować siebie i rodziny. Jedna matka powiedziała mi, że od 15 dni jej dziecko nie widziało światła dziennego. W tych schronach nie ma urządzeń sanitarnych ani wody pitnej.

Czy ktoś pomaga tam cywilom? 

Dostają pomoc od organizacji charytatywnych. Bohaterami są ludzie z Czerwonego Półksiężyca, którzy wciąż działają m.in. w mieście Duma czy Harasta. 

Ale ludzie tam - nawet jeśli mają jedzenie - to starają się nie jeść w schronach, bo czują się źle przy tych, którzy nie mają. A nie ma czym się dzielić. Wszyscy są głodni i wyczerpani. Ich największym apelem do nas, ale tak naprawdę do świata jest to, żeby naloty ustały, a konflikt się skończył. Żeby dzieci mogły żyć w godności, a matki - bez strachu o nie. Teraz ludzie wychodzą ze schronów po jedzenie i giną. Najważniejsze, o co proszą, to zatrzymać to szaleństwo. Pomoc humanitarna umożliwia przeżycie, ale nie rozwiąże prawdziwego problemu, czyli skali walki i niesamowitego zagrożenia życia ludzi.

W jaki sposób udało się ostatnie zdobyć zgodę na wysłanie pomocy?

Każdy konwój w Syrii jest poprzedzony długimi negocjacjami - w tym wypadku trwały ponad tydzień. Zawsze są trudne choćby ze względu na liczbę stron w tym konflikcie. Tylko po stronie rządowej są nie tylko władze Syrii, ale też inne państwa. Od wszystkich trzeba uzyskać pozwolenia i gwarancje bezpieczeństwa. Często odbywa się to na wysokich szczeblach i poza kontrolą organizacji humanitarnych. 

Przyczyniła się do tego rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ?

Negocjacje w sprawie tego konwoju rozpoczęły się po głosowaniu Rady. Natomiast jako Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża nie czekamy na takie rezolucje. Negocjujemy praktycznie każdego dnia, aby dowieźć pomoc. Niezależnie czy jest zgoda polityczna, czy nie. A bardzo przeszkadza nam w [pracy upolitycznianie pomocy humanitarnej. Nie może ona być przedmiotem negocjacji - powinna docierać bezwarunkowo. Ludzie musza jeść i pić także, gdy trwają rozmowy.

Jak wyglądają przygotowywania samego konwoju? 

Taka operacja zaczyna się od sporządzenia listy pomocy humanitarnej. To nie jest łatwy proces. Mówimy o obszarze oblężonym do czterech lat, gdzie żyje 400 tys. ludzi. Od trzech tygodni wojna toczy się na dotąd niespotykaną w tym miejscu skalę. Ludzie się boją, tam nie nic. Ceny podskoczyły. Przygotowanie nawet minimum pomocy i logistyka takiej operacji to wyzwanie. Możemy mieć 100 ciężarówek, ale czy będzie miejsce i ludzie, aby je rozładować? Później powiadamiamy wszystkiemu strony o przejeździe i tym, co wieziemy. Listy są dokładnie sprawdzane na punktach kontrolnych. 

Dopiero po tym konwój rusza.

I od tego, co wtedy dzieje się w terenie, zależy sukces konwoju. Przejazd, rozładowanie - to zajmuje dużo czasu. W tym przypadku operacja toczyła się do godz. 22, również podczas ostrzału. 

Czyli w czasie przejazdu walki nie ustały?

Sytuacja wcale się nie uspokoiła, gdy wjechaliśmy do Ghuty. Ostrzał wciąż trwał, słychać było samoloty i bombardowania. Niektóre były bardzo bliskie naszego konwoju. Z czasem sytuacja bezpieczeństwa jeszcze się skomplikowała. Ostrzał się nasilał, było już ciemno. Niestety, nie daliśmy rady wyładować wszystkich ciężarówek. Podjęto decyzję, żeby się wycofać i negocjować dalej kolejne przejazdy. 

Co w takim razie z gwarancjami bezpieczeństwa? 

Podstawową częścią tych gwarancji było zawieszenie broni od godz. 9 rano do 14, które ogłosiła Rosja. Niestety, nam do godz. 14 nie udało się przekroczyć linii frontu. Utknęliśmy w tzw. strefie buforowej na godzinę, dopiero po wjechaliśmy na teren Wschodniej Ghuty. 

W dniu przejazdu WHO podała, że władze syryjskie skonfiskowały część zapasów medycznych przed wyjazdem. 

Niestety, to dzieje się dość często w tym kraju. Inne organizacje ogłosiły, że usunięto im pomoc medyczną. Natomiast ja mogę mówić tylko o tym, co dzieje się z pomocą od Czerwonego Krzyża, który nie jest częścią systemu ONZ. Działamy z nimi w kooperacji, bo na dwa osobne konwoje nikt nam nie zezwoli. My nie dostaliśmy zezwolenia na niektóre materiały tzw. drugiej kategorii. To np. kule czy wózki inwalidzkie. Natomiast bardzo ważne materiały chirurgiczne i pierwszej pomocy dowieźliśmy. Zajęły cztery ciężarówki.

Działania Czerwonego Krzyża w Syrii można wesprzeć za pośrednictwem strony organizacji>>>