Héjj: Orban tak daleko jeszcze nie zaszedł. Słowa przywołują na myśl najczarniejsze totalitaryzmy

- Nie chcemy, by nasz własny kolor, tradycja i kultura narodowa, była wymieszana z innymi - powiedział Viktor Orban na półtora miesiąca przed wyborami. Premier Węgier przyzwyczaił odbiorców do swojej antyimigranckiej retoryki, ale w taki sposób jeszcze nie mówił. Eksperci wyjaśniają, dlaczego mu się to opłaci.

Węgrzy nowe władze wybiorą za niewiele ponad półtora miesiąca, 8 kwietnia. Ostatnie sondaże, w szczególności te uwzględniające głosy obywateli deklarujących chęć wzięcia udziału w wyborach, dają miażdżącą przewagę rządzącemu od 2010 roku Fideszowi, kierowanemu przez premiera Viktora Orbana. Poparcie dla partii rządzącej waha się od około 40 do nawet 60 proc. i jej zwycięstwo jest już w zasadzie przesądzone. Pozostaje tylko kwestia tego, jak duża będzie przewaga Fideszu w kontekście niezdecydowanych wyborców i ile partii ostatecznie znajdzie się w liczącym 199 miejsc parlamencie (Węgrzy także mają 5 proc. próg wyborczy).

Jeden z sondaży przeprowadzony przez Instytut Badania Opinii Publicznej TARKI ze stycznia tego roku tak przedstawia rozkład sił: koalicja Fidesz-KDNP - 46 proc., Magyar Szocialista Párt (Węgierska Partia Socjalistyczna) - 5 proc., Jobbik - 11 proc., Demokratikus Koalicio (Koalicja Demokratyczna) - 5 proc. I na tym w zasadzie koniec podziału głosów - niewiele pod progiem znalazła się LMP (Lehet Mas a Politika, zieloni) z 4 proc. poparciem.

Mimo tego układu sił przed wyborami kampania nie wyhamowuje, a tematem numer jeden węgierskiej opinii publicznej pozostaje kwestia imigrantów. W przeciwieństwie do Polski, gdzie sprawa ostatnio przycichła - w szczególności po zapowiedziach zmian ze strony UE - na Węgrzech jest ona na bieżąco podejmowana przez polityków każdej z partii. Jak ocenia w rozmowie z Gazeta.pl dr Dominik Héjj, politolog, prowadzący portal kropka.hu, opozycja na Węgrzech praktycznie nie stanowi realnej siły i nie jest w stanie się przeciwstawić narracji strony rządzącej. W jego opinii opozycjoniści z MSZP, DK czy Jobbiku nie mają tak możliwości, jak i umiejętności zdominowania debaty publicznej swoimi tematami przebicia się z własną narracją, dlatego też temat nieprzerwanie króluje w mediach i debacie publicznej, narzucony przez Fidesz.

Sprzeciw wobec "mieszania"

Sprawa kryzysu migracyjnego i zabezpieczenia granic Węgier przed "muzułmańskimi najeźdźcami", jak kiedyś określił to Viktor Orban, pozostała więc paliwem dla trwającej walki o głosy obywateli. - Kampania wyborcza toczy się od dawna i są potrzebne tematy dla obywateli, które faktycznie odpowiadają ich obawom i zainteresowaniom. Są takie opinie, szczególnie wśród przedstawicieli opozycji, że rząd mówi w tej chwili do tych ludzi, za pomocą których Fidesz może wygrać wybory - mówi Gazeta.pl dr Andrea Schmidt, politolog z Uniwersytetu w Peczu, zajmująca się polityką krajową i zagraniczną Węgier, a także tematyką Grupy Wyszehradzkiej. 

Orban od lat nie zmienił w tej sprawie stanowiska, udało mu się nawet wyjaśnić, jak doszło do tego, że Węgry przyjęły imigrantów (w kraju pozostało ich kilkunastu, reszta została odesłana dalej), ale na finiszu kampanii wprowadził kilka zmian w swoim - jakby nie było - ogranym przekazie.

Jeszcze w grudniu 2017 roku Orban udzielił wywiadu węgierskiej stacji Echo TV, w którym mówił o "wymieszanej populacji, jak w przypadku USA". - Wiele osób jest zdania, że rozwój ludzkości idzie w dobrym kierunku, ku większemu porządkowi i zwiększonej jakości ludzkiego życia, gdy ludzie z różnych kultur się wymieszają, gdy spotkają się wymieszane nastawienia i wtedy zobaczymy taką kreację świata z wymieszanymi populacjami, jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych - mówił premier Węgier. Jak dodał, takie osoby myślą, że właśnie taki świat, będzie "w pełni tolerancyjny, wolny, szczęśliwy i pełen kolorów".

- Uważam, że to pomysł, który stoi w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem. Wiem, dlaczego są do niego entuzjastycznie nastawieni, ale dla mnie to utopia. Życie nigdy nie będzie tak wyglądało - wskazywał wówczas Orban. Dalej wyliczał, że jego rodacy nie chcą żyć w takich miastach jak Marsylia, Paryż czy Bruksela. - Musimy uczyć się z błędów Zachodu i dać jasną odpowiedź. Czy chcemy, by Budapeszt, Debreczyn, Pecz, Szeged, stały się takimi miastami? Nie, nie chcemy. Taka jest dzisiaj opinia Węgrów. I jak długo będą ją oni podtrzymywać, mu musimy ją narzucać - podkreślił. To wszystko wpisywało się w jego dotychczasowe wypowiedzi w sprawie migrantów, przypominało kurs obrany dawno temu. Po nowym roku jednak, wraz ze zbliżającymi się wyborami, premier Węgier wszedł "poziom wyżej".

Premier Węgier Viktor OrbanPremier Węgier Viktor Orban Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Kolory Orbana

W lutym tego roku Orban brał udział w dorocznym zgromadzeniu Stowarzyszenia Miast na Prawach Komitatu. Lwią część wystąpienia poświęcił Modern Város Prográm, czyli programowi rozwoju miast w kraju, którym zajmuje się Lajos Kosa, minister bez teki w jego rządzie. Na sam koniec przemówienia, po wymienieniu m.in. szans na poprawę koniunktury na Węgrzech właśnie dzięki aktywizacji lokalnych samorządów, wspomniał, że musi być szczery i powiedzieć także o zagrożeniach, jakie czyhają na kraj.

- Te zagrożenia nie nadchodzą ze środka. Oczywiście, czas to pokaże, ale ja wierzę, że prawdziwe zagrożenie nadchodzi z zewnątrz - powiedział i doprecyzował, że ma na myśli problem globalnej migracji, z którym boryka się nie tylko Europa. Wskazywał, że różnorodność, w kontekście przekroju społeczeństw, nie jest atutem, a raczej cechą i nie może być traktowana inaczej. - Różnorodność nie jest bardziej wartościowa niż jednorodna społeczność - zaznaczył.

W jego przemówieniu pada kilka razy "sokszínû" (węg. kolorowy), które podobnie jak w języku polskim (choć z mniej negatywną konotacją), połączone z odpowiednim kontekstem - jak tutaj z imigrantami - dotyczy innych społeczeństw . W wypadku Orbana jest to jednak na tyle sprawne posługiwanie się językiem, że choć użył takiej formuły i powtarzał ją, pozostawia ona sporo miejsca do interpretacji, przy jednoczesnym "wzmocnieniu" przekazu.

Dla nas jest bardzo ważne, by podkreślać nasze stanowisko: nie stracimy gruntu pod nogami w moralnych i etycznych debatach, ponieważ musimy bronić Węgier takimi, jakie są. Musimy jasno podkreślać, że nie chcemy być różnorodni i nie chcemy być wymieszani. Nie chcemy, by nasz własny kolor, tradycja i kultura narodowa, była wymieszana z innymi - powiedział Orban

Metody szefa Fideszu

Dr Héjj ocenia, że jest to kolejny etap większego radykalizmu w wypowiedziach premiera Węgier. - Niezmiennie, od 2015 roku, od Orbana słyszeliśmy o sprzeciwie wobec mieszania się społeczeństw. W dodatku to jest też temat dyżurny, ponieważ czasami legitymizuje kolejne działania władzy. Orban dotychczas mówił o równoległych tożsamościach i społeczeństwach, które mają stanowić kontrę wobec tych węgierskich, a docelowo – zdominować Węgry. Jednak takie konkretne wskazywanie, mówienie o kolorach, tak daleko jeszcze nie zaszedł. Takie sformułowania przywołują na myśl najczarniejsze totalitaryzmy, jednak wpisuje się to w różne typy populizmu, które prezentuje premier Węgier - ocenia politolog.

Według niego Orban z jednej strony potrafi mówić o "mieszaniu kolorów", a z drugiej wyraża chęci m.in. do osiągnięcia porozumienia z Unią Europejską w sprawie wspólnego budżetu. - On w zależności od tego, jaka jest potrzebna narracja, na potrzeby odbiorcy wewnętrznego, krajowego, czy też zagranicznego, po prostu ją dostosowuje. Tego sprawnego przekształcania się, niczym kameleon, może mu zazdrościć wielu polskich polityków - ocenia.

Na tę podwójną grę Orbana, opracowaną do perfekcji, zwraca uwagę także dr Schmidt. - Nasz premier dobrze wykorzystuje różne składniki komunikacji społecznej i potrafi ocenić, gdzie warto wywołać strach. Zwłaszcza że częścią węgierskiej kultury politycznej jest to, że ludzie boją się niestabilności. Jeżeli ta niestabilność objawia się w postaci migrantów, to wtedy zaczynają oni reprezentować wszystko, czego można się bać. Jeżeli potraktować jego słowa jako odpowiedź na obawy społeczeństwa, to można stwierdzić, że premier świetnie zna swoich wyborców - wskazuje. Politolog dodaje przy tym, że Węgrzy odnotowują również działania Orbana poza granicami kraju, a przede wszystkim jego krytykę Unii Europejskiej, podpartą wskazywaniem na kłopoty wewnętrzne i nierówności między państwami tzw. starej i nowej UE.

Parada w DuesseldorfieParada w Duesseldorfie Martin Meissner, AP

Marzenia o Węgrzech

Te moce "kameleona" w wydaniu Orbana widać też na innych przykładach. Premier Węgier często odwołuje się do złotych czasów od Wiosny Ludów, później Austro-Węgier, mających stanowić punkt odniesienia, do którego warto dążyć. Choć piękne opowieści z XIX wieku łatwo oddziałują na wyobraźnię Węgrów, budują nie do końca prawdziwy obraz ówczesnej rzeczywistości. W przekazie Orbana brakuje bowiem wspomnienia, jak różnorodnym tworem były Austro-Węgry, w którym Węgrzy mieli... praktycznie status mniejszości. Na ten aspekt budowania wielkiego mitu zwracają uwagę zarówno Héjj, jak i Schmidt. - Patrząc na dzieje Węgier, to byliśmy krajem wielonarodowym, a dopiero od stu lat jesteśmy homogenicznym państwem. Wiem, że w komunikacji społecznej nie podejmuje się takich tematów, ale to jest fakt - zaznacza politolog z Peczu. Także w ocenie Héjj, takie działania można określić jako "jasne zaprzeczanie historii".

Tyle tylko, że pod rządami Fideszu z otwartymi ramionami witano np. niemieckie koncerny, a same Niemcy znacząco pomogły dźwignąć się Węgrom po rządach socjalistów - pod koniec pierwszej dekady XXI w. temu krajowi wróżono nawet bankructwo, którego udało się uniknąć. - Na Węgrzech powstają niemieckie fabryki, a sam Orban w 2015 roku, dziękując za wkład Niemiec w gospodarkę, powiedział: "Danke Deutschland" - kwituje dr Héjj.

Więcej o: