Matka z Anchorage myślała, że jej syn ma grypę. Ale zmarł przez awarię lodówki

Ból głowy u córki, wymioty u syna - po tych objawach Sarah Klebs uznała, że rodzina złapała wirusa grypy. Gdy zdała sobie sprawę, co się dzieje - dla 10-latka było już za późno.

Rodzina z Anchorage na Alasce spędzała sierpniowy weekend w domku wypoczynkowym nad jeziorem. 8-letnia dziewczynka obudziła się z bólem głowy, matka dała jej tabletkę. Kilka godzin później 10-letni Gavin zaczął wymiotować. Sarah Klebs pomyślała, że cała rodzina ma grypę i zdecydowała, że mają zostać w łóżkach - podaje "Alaska Dispatch News". 

Dzień później znaleźli ich znajomi. Okazało się, że cierpią na zatrucie tlenkiem węgla. Kobieta miała trudności z poruszaniem się, jej córka była nieprzytomna, a syn nie żył. Obie trafiły do szpitala, a później zabrano je na specjalistyczny oddział do oddalonego o prawie 3 tys. km Seattle.

W domku nie było wykrywacza tlenku węgla. Później rodzina powiedziała, że planowali zainstalować urządzenie w nowo ukończonym domku, ale dopiero zimą

Śledczy ustalili, że trujący, bezwonny gaz wydobywał się z lodówki. Doszło w niej do awarii i powolnego wycieku substancji. Ojciec dzieci, Matt Klebs, zapewniał, że lodówka była w dobrym stanie. Sam jest mechanikiem i miał dbać o jej konserwację. 

Więcej o: