Pan Maciej wyjechał ze Zgierza i został szeryfem w Nevadzie. "Koledzy nie potrafią wymówić mojego imienia"

Ma charakterystyczną gwiazdę na koszuli, a Amerykanie czują przed nim respekt. 38-letni Maciej Stebel ze Zgierza od dziesięciu miesięcy jest szeryfem w hrabstwie Douglas. Pracuje w areszcie, ale już za kilka miesięcy może wyruszyć na pierwsze patrole na ulicach miast stanu Nevada.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Na początek ustalmy fakty: jesteś szeryfem, czyli dokładnie kim?

Maciej Stebel: Jestem tzw. deputy sheriff, czyli zastępcą szeryfa. Trudno to przetłumaczyć na polskie warunki, więc nazywa się nas po prostu szeryfami. Wśród deputy sheriffs na moim terenie jest ok. stu chłopaków i dziewczyn. Naszym rejonem jest hrabstwo Douglas, w którym mieszka ok. 45 tys. mieszkańców. Powierzchnia jest jednak dość spora, bo to teren wysoko w górach.

Czym się zajmujesz?

Pracuję w areszcie, a więc robię wszystko od początku do końca, odkąd przywożą nam aresztowanego. Rejestruję go, biorę odciski palców, robię zdjęcia, przebieram w ciuchy więzienne, robię wywiad dotyczący przeszłości kryminalnej, historii chorób psychicznych. Daję mu lekarstwa, zaprowadzam pod prysznic, podaję jedzenie. Pilnuję też, żeby więźniowie nie bili się między sobą. Przewożę ich też do sądu na rozprawy, na wizyty lekarskie.

fot. arch. prywatne, Douglas County Sheriff's Office

Brzmi dość spokojnie.

Tylko z pozoru. W drugim tygodniu mojej pracy jeden z więźniów powiesił się w swojej celi. Razem z kolegą udało nam się go uratować, mężczyzna przeżył. Są sytuacje, gdy całkiem spokojny człowiek w ciągu sekundy zamienia się w potwora i zaczyna się z nami bić. Niektórym szeryfom zdarzało się, że aresztowany splunął im w twarz lub ugryzł ich, a przecież nie wiadomo, czy taka osoba nie ma w ślinie krwi, zarazków, chorób.

Zanim zostałeś szeryfem, przez 10 lat pracowałeś jako manager w kasynie w Nevadzie. Tam na pewno było bezpieczniej.

Do pracy w biurze szeryfa przyciągnął mnie prestiż, ale i adrenalina. Koledzy, którzy pracują tam od lat, opowiadali mi o akcjach, w których brali udział i o tym, że każdego dnia dzieje się coś innego, nie ma stagnacji. Moja praca daje mi też stabilizację, ubezpieczenie dla żony i dwójki moich dzieci. Mogę również liczyć na wyższą emeryturę.

Dlaczego Amerykanie wybrali na szeryfa faceta z Polski, chociaż mogli zatrudnić kogoś swojego?

Rzeczywiście, nie byłem ich pierwszym wyborem na to stanowisko. Co prawda mieszkam w Stanach od 2002 r. i od kilku lat mam amerykańskie obywatelstwo, ale nie jestem przecież miejscowy, do tego mam twardy akcent. Osoby, które wybrano przede mną, nie przeszły dwunastotygodniowego treningu. Dlatego sięgnięto po mnie.

Co zadziałało na twoją korzyść?

Podobało im się, że jestem starszy w porównaniu do innych kandydatów, mam doświadczenie życiowe. Pracowałem przez 10 lat w jednym miejscu, co oznacza, że miałem bardzo dobrą historię pracy.

fot. arch. prywatne

Jak przeczytałem na twoim blogu szeryfusa.blog.pl, proces rekrutacji trwał łącznie czternaście miesięcy. Dokładne sprawdzanie przeszłości, rozmowy z rodziną, testy psychologiczne, sprawnościowe. Który z tych etapów był najtrudniejszy?

Zdecydowanie była to rozmowa kwalifikacyjna przed oficerami, podczas której padają bardzo szczegółowe pytania, dotyczące konkretnych sytuacji. Na przykład: „patrolujesz ulicę, zostajesz wezwany do faceta z nożem w ręku, który zabarykadował się w kuchni w swoim domu.  Co robisz?”. Nie będąc policjantem ciężko jest odpowiedzieć na takie pytanie. Komisja ocenia, czy masz zdrowy rozsądek i intuicję, czy raczej w takiej sytuacji strzeliłbyś do gościa bez słowa ostrzeżenia. Padło też pytanie o dziecko, które miało w szkole pistolet, o napad na stację benzynową. Wbrew pozorom to jest ta część rekrutacji, podczas której odpada najwięcej ludzi.

Później spotkałem jednego z oficerów, który był w komisji. Powiedział mi, że mnie zapamiętał, bo tego dnia byłem gościem, który najlepiej wypadł ze wszystkich kandydatów. Skoro koleś z twardym akcentem wypadł lepiej niż rodowity Amerykanin, to nie jest źle.

I udało ci się w końcu zdobyć upragnioną odznakę. Jak Amerykanie reagują na szeryfa-Polaka?

Część jest zdziwiona, ale wzbudzam życzliwe zainteresowanie. Mieszkańcy i koledzy z pracy nie potrafią wymówić mojego imienia. „Maciej” jest dla nich nie do przejścia, więc mówią do mnie po nazwisku.

Często zdarzają się też przyjazne żarty. Koledzy przez radio dopytują „powtórz, powtórz”, chociaż wiem, że zrozumieli to, co im powiedziałem. Nawet szeryf podczas rozmowy rekrutacyjnej pytał o Polskę i był zachwycony, że chciałem tu zamieszkać. 

Ludzie darzą was szacunkiem czy raczej niechęcią?

W dużych miastach, gdzie są dzielnice opanowane przez gangi, szeryfowie nie są mile widziani. W mniejszych miejscowościach, na prowincji jest zupełnie inaczej. Mieszkańcy  przynoszą nam słodycze na posterunek, przysyłają nam kartki z zapewnieniami o wsparciu. Mają na samochodach naklejki z cienką niebieską linią, która symbolizuje rolę, jaką pełnią służby mundurowe w oddzielaniu społeczeństwa od zła i anarchii.

Poparcie dla szeryfów jest kojarzone z patriotyzmem. Oczywiście zdarzają się ludzie, którzy są przeciwko, nagrywają nas podczas interwencji i prowokują, ale jest to coś marginalnego.

fot. arch. prywatne

Czy było coś, co zupełnie kłóciło się z twoimi wcześniejszymi wyobrażeniami o tej pracy?

Zaskoczyło mnie to, że w areszcie mamy „stałych klientów” - ludzi, którzy wychodzą i wracają, w ogóle nie uczą się na swoich błędach. Drugą rzeczą jest liczba twardych narkotyków, które są w obrocie. Skala tego procederu jest szokująca.

Będziesz jeździć na patrole?

Zanim trafię do patrolu, muszę przejść akademię policyjną, która trwa szesnaście tygodni. Potem znów dwanaście tygodni szkolenia pod okiem doświadczonego szeryfa, a później będę mógł pracować samodzielnie. Skończę akademię w okolica listopada. Nie mogą wyprowadzić na ulicę „świeżaka”, jest to praca o wiele bardziej stresująca i wymagająca niż praca w areszcie.

Oprócz pracy szeryfa działasz także w ochotniczej straży pożarnej. Różni się to bardzo od polskich realiów?

 Straż w Stanach Zjednoczonych działa jak pogotowie, nie ma oddzielnej służby ratowniczej. Społeczeństwo w mojej okolicy jest starzejące się, więc większość naszych wyjazdów mają charakter medyczny: zawały, wylewy, złamania. Zdarzają się też bardziej nietypowe interwencje.

fot. arch. prrywatne

Pierwszą moją akcją po skończeniu szkoły ratownika medycznego był wyjazd do nastolatka cierpiącego na autyzm. Był bardzo pobudzony, jego matka prosiła, żebyśmy zmierzyli mu ciśnienie krwi. Bała się, że coś z nim się stanie. Kiedy zobaczył nas czterech w strojach i z torbami, wpadł w szał, skakał po łóżku i niemal po ścianach, był nie do opanowania. W końcu uspokoił się, ale nie dał sobie zmierzyć ciśnienia ani przeprowadzić innych badań.

Druga akcja, która zapadła mi w pamięć, to pierwszy raz, kiedy straciliśmy człowieka. To był starszy mężczyzna, dostał zawału. Leżał na podłodze, na miejscu już było dwóch szeryfów, którzy prowadzili reanimację. Panowała kompletna cisza. W sześć osób przez dwadzieścia minut próbowaliśmy przywrócić go do życia. Na zewnątrz płakała i rozpaczała rodzina, a my w środku, chociaż walczyliśmy o czyjeś życie, zachowaliśmy pełen spokój i opanowanie.

Masz jakiś sposób na odreagowanie stresów związanych z pracą szeryfa i strażaka?

Straż i biuro szeryfa oferują pomoc psychologa, poza tym po każdej akcji wspólnie rozmawiamy, co zrobiliśmy dobrze, co źle, żeby nie czuć się winnym, że coś się nie powiodło. Poza tym, trzeba mieć hobby. Jeżdżę w góry jeepem, a także na strzelnicę z kumplami.

fot. arch. prywatne

Mam wrażenie, że mocno wsiąknąłeś w Stany Zjednoczone. Nie myślisz o powrocie?

Mam tu żonę i córki. Nie będę ich przesiedlał do Polski. Mieszkam na wysokości 1,5 tys. m nad poziomem morza, wśród gór. Poza tym Amerykanie są bardzo wyluzowani i uśmiechnięci, pozytywnie podchodzą do rzeczywistości. Inny jest też poziom życia. Co robi polski emeryt, kiedy chce się spotkać się znajomymi? Idzie do lekarza i stoi w kolejce. Tutaj emeryci biorą ze sobą przyczepę kempingową i jadą na wakacje, albo idą do kasyna i piją wino.

W Nevadzie panuje swoboda, obywatel może nosić przy sobie broń. Wszędzie otwarta przestrzeń, mogę jeździć kilka mil jeepem bez spotkania jednego człowieka. Tutaj czuję się naprawdę wolny.

Zobacz także: To miasto miało być dumą Ameryki. Na gigantycznym terenie powstały już drogi, ale zabrakło najważniejszego...

To miasto miało być dumą Ameryki. Na gigantycznym terenie powstały już drogi, ale zabrakło najważniejszego...