W akcji amerykańskich komandosów zginęli cywile. Teraz władze Jemenu żądają lepszej koordynacji z USA

Na operację, w której zginął amerykański żołnierz i kilkunastu cywilów, Donald Trump miał zgodzić się podczas kolacji - podaje "New York Times". Władze Jemenu są zaniepokojone, ale wbrew doniesieniom nie wycofały zezwolenia na operacje antyterrorystyczne na ziemi.

Przeprowadzona pod koniec stycznia operacja jednostki Navy SEAL w Jemenie zakończyła się sukcesem - utrzymuje Biały Dom. Akcja była udana, ponieważ udało się spełnić cel - czyli uzyskać informacje wywiadowcze o działaniach jemeńskiej Al-Kaidy. Zabito też 14 bojowników organizacji.

Jednak akcja przyniosła też straty. Jeden amerykański komandos poległ, a kilku zostało rannych. Żołnierze musieli też zniszczyć wart 70 mln dolarów samolot MV-22 Osprey, gdyż został uszkodzony i nie mogli nim odlecieć. Zabito też kilkunastu cywilów, w tym kobiety i dzieci. 

Pentagon przyznał, że po śledztwie "z żalem stwierdzono, że cywile prawdopodobnie zostali zabici", a wśród ofiar mogły być dzieci. Wg rodziny, w akcji zginęła m.in.  ośmioletnia dziewczyna Anwar al-Awlaki, córka zabitego kilka lat temu obywatela USA i członka Al-Kaidy. Śmierć Anwar wywołała oburzenie w krajach arabskich, a fakt ten wykorzystali propagandowo ekstremiści, w tym Al-Kaida.

W mediach pojawiły się inne informacje o możliwych nieprawidłowościach dot. operacji. Władze Jemenu twierdzą, że nie było o niej dostatecznie poinformowane. "NYT" napisał, że prezydent Trump podjął decyzję o zatwierdzeniu ataku podczas kolacji z doradcami, a nie - jak było w zwyczaju poprzedników - na spotkaniu w tzw. "pokoju sytuacyjnym".

Po zabiciu cywilów Jemen wycofuje zgodę na operacje 

Wczoraj późnym wieczorem czasu polskiego "New York Times" podał, że władze Jemenu (które kontrolują tylko część ogarniętego wojną domową kraju) cofnęły swoje zezwolenie na lądowe operacje antyterrorystyczne. Władze państw oficjalnie o tym nie informowały, jednak dziennik powoływał się na kilka źródeł cywilnych i wojskowych.

Dziś około południa w przedstawiciele władz Jemenu zdementowali te informacje w wypowiedziach dla agencji Reuters i AP, jednak wyraziły zaniepokojenie w związku z operacją. 

- Nie wycofaliśmy naszego zezwolenia na przeprowadzanie akcji antyterrorystycznych. Jednakże przedstawiliśmy nasze zastrzeżenia wobec tamtej operacji - powiedział Reutersowi przedstawiciel jemeńskiej administracji.

 - Powiedzieliśmy, że w przyszłości musi nastąpić większa koordynacja w władzami Jemenu przed jakąkolwiek operacją. Konieczne jest też  branie pod uwagę naszej suwerenności - dodał.

 

10 tysięcy cywilów zabitych w jemeńskiej wojnie 

Na początku tygodnia ONZ podała, że w trwającej około dwóch lat wojnie domowej w Jemenie zginęło 10 tysięcy cywilów. Cztery razy tyle zostało rannych. Ponieważ dane pochodzą od służb medycznych możliwe jest, że rzeczywista liczba jest większa. 

Jemen pogrążony jest w chaosie od 2011 roku, kiedy wieloletnim dyktatorskim rządom prezydenta Alego Abd Allaha Salaha położyła kres społeczna rewolta, uznawana za część Arabskiej Wiosny. Po obaleniu reżimu wydawało się, że sytuacja może się ustabilizować, jednak wciąż trwały niepokoje społeczne i lokalne konflikty.

W marcu 2015 roku siły wierne prezydentowi próbowały odbić stolicę z rąk rebeliantów. Od tego czasu kraj jest podzielony i trwa wojna domowa. Tylko południowa część Jemenu wraz z Adenem podlega rządowi popieranemu przez Arabię Saudyjską, Stany Zjednoczone i arabską koalicję sunnicką. Stolicę - miasto Sana - zajmują rebelianci Huti, wspierani przez Iran.

M.in. w związku z konfliktem tysiące dzieci w Jemenie jest skrajnie niedożywionych, a kraj jest na krawędzi klęski głodu>>>

Więcej o: