Sobol z Magnum: FB przepuszcza zdjęcia trupów, a mi dał bana za nagość. Ale zhakowaliśmy go i pokazaliśmy zdjęcie i tak

Niewiele brakowało, a zostałby myśliwym i polował na foki. Reportaż z Grenlandii robił dwa lata. Z rodziną Majów z Gwatemali mieszkał miesiąc. Wtapia się w fotografowaną społeczność. Tym razem miał kilka godzin - i niezwykle intymnie uchwycił w kadr mieszkańców Moskwy, Ułan Bator i Pekinu. - Nigdy nie robię zdjęć ludziom, którzy nie chcą być fotografowani - mówi portalowi Gazeta.pl fotograf agencji Magnum, laureat World Press Photo Jacob Aue Sobol.

Podając dłoń na przywitanie, uśmiecha się nerwowo, ale jego bystre oczy świdrują rozmówcę. W trakcie rozmowy przeprasza, jeśli wygląda na zmęczonego. - Za dużo wódki wczoraj - mówi rozbrajająco. Niewysoki, drobnej budowy, w szaroburozielonej kurtce, mówi cicho, starannie ważąc słowa, nie wyróżnia się z otoczenia.

I właśnie o to mu chodzi. Gdy Jacob Aue Sobol robi zdjęcia, stara się jak najlepiej poznać ludzi, których fotografuje, a potem jak najmniej im przeszkadzać, tak, by poczuli się swobodnie przed jego obiektywem.

A to oznacza, że realizacja jego projektów potrafi trwać miesiącami. Nagrodę World Press Photo zdobył za reportaż o rodzinie Majów z Gwatemali, której towarzyszył przez miesiąc. Jego niezwykle intymny portret społeczności grenlandzkich Inuitów powstawał dwa lata. A sam fotograf omal nie został tam na stałe - z miłości. Jego najnowsza wystawa "Arrivals & departures" [Przyjazdy i odjazdy - red.], którą można obejrzeć w warszawskiej Leica Gallery przy Mysiej, to zdjęcia z podróży koleją transsyberyjską z Moskwy przez Ułan Bator do Pekinu. Ale i tam nie interesowały go rozległe krajobrazy, tylko ludzie.

Zobacz zdjęcia laureata World Press Photo >>>

Michał Gostkiewicz, Gazeta.pl: Czy mówisz po rosyjsku, chińsku lub mongolsku?

Jacob Aue Sobol*: - Nie.

Jakim uniwersalnym językiem posługujesz się więc, by znaleźć ze swoimi bohaterami to porozumienie, które widać na zdjęciach?

- Migowym. (Śmiech)

Migowym?

- Tak. Nauczyłem się tego w Tokio, gdzie nie mogłem się swobodnie komunikować. Ale robienie zdjęć to bardzo fizyczna rzecz. Używam znaków, by pokazać, czego oczekuję. Mam też bratanka, który jest głuchy - porozumiewam się z nim na migi.

Kiedy przeczytałem, że chciałeś robić zdjęcia w kolei transsyberyjskiej [w rzeczywistości Jacob Sobol najprawdopodobniej korzystał z tzw. trzeciego szlaku tej kolei, zwanego linią transmandżurską, która kończy swój bieg nie we Władywostoku, a - przez Ułan Bator - w Pekinie - red.], liczyłem na obrazy z podróży. Tymczasem mówisz, że pociągi były puste...

- Tak. Dla miejscowych bilety na ten pociąg są za drogie, używają krótkodystansowych, lokalnych połączeń. Więc jeśli chcesz poznać miejscowych, musisz podróżować lokalnymi pociągami.

Piszesz, że chcesz uczestniczyć w życiu ludzi, którym robisz zdjęcia. Na Grenlandii udało ci się dostać do wnętrza społeczności, przyjąłeś jej styl życia. Ale jest jedno zdjęcie, pogrzebu, na którym jedna osoba stoi osobno. Czy też cały czas czułeś się jak outsider?

- Tak. Miałem 23 lata i byłem bardzo naiwny. Zdecydowałem, że chcę zostać tam na całe życie, ponieważ zakochałem się [w Inuitce imieniem Sabine, od którego pochodzi nazwa najsłynniejszego fotoreportażu Sobola - red.]. Chciałem zostać myśliwym. Ale po pewnym czasie zaczynasz rozumieć, że nie jest łatwo tak po prostu zostawić za sobą to, kim się jest, swoje korzenie.

I pasję.

- Chodzi ci o to, że przestałem, a potem zacząłem znowu fotografować? Przestałem, bo dotarło do mnie, że tak naprawdę nie wiem, dlaczego robię zdjęcia. Może chciałem być wielkim fotografem. Ale tam na Grenlandii nie było czego fotografować. A potem poznałem Sabine i znów miałem powód.

Dlaczego tak naprawdę skończyła się twoja grenlandzka przygoda?

- Nasz związek z Sabine się rozpadł. Byłem załamany, nie widziałem powodu, by tam zostawać. Szczególnie, że gdy mieszkasz w tak małej społeczności, wciąż spotykasz te same osoby. A poza tym to miejsce... to było najpiękniejsze miejsce na świecie. A równocześnie najstraszniejsze. Dużo przemocy, samobójstw. I oni mieli inne sposoby radzenia sobie z tymi problemami niż te, które ja, z moim bagażem kulturowym, bym zastosował. W ostatnim roku mojego tam pobytu trzech moich przyjaciół popełniło samobójstwo.

Ale powodem, dla którego wróciłem, było przede wszystkim to, że nie byłem już z Sabine. Chciałem też być bliżej mojej rodziny, mam brata bliźniaka, jesteśmy bardzo przywiązani do siebie.

Poza tym życie na Grenlandii jest po prostu ciężkie. Młodzi ludzie są schwytani w potrzask między dwoma kulturami. Rodzice są myśliwymi, ale nie byli w stanie wychować dzieci tak, jak ich wychowano, bo duński system socjalny (formalnie Grenlandia należy do Danii) został przeniesiony wprost na ten grunt. Tyle że oni świat zewnętrzny mogą oglądać tylko w telewizji. Nowa generacja Inuitów nie została wychowana jako myśliwi. A tam nie ma nic innego do roboty. I przede wszystkim mężczyźni popełniają samobójstwa, bo nie mogą odnaleźć swojej roli w społeczeństwie. Wcześniej ich rola polegała na zdobywaniu pożywienia. Teraz nie muszą walczyć o byt.

Jest podobne miejsce na świecie - na Syberii. Piszesz, że w Mongolii szybko znalazłeś wspólny język - właśnie język myślistwa, polowania - z miejscowymi.

- To bardzo dumni ludzie. Ich styl życia rzeczywiście przypominał mi grenlandzkich myśliwych. Mają podobne rytuały. Wybrałem się z nimi na polowanie na jelenie. Na Grenlandii, gdy upolujesz fokę, zjadasz jej surową wątrobę. To rytuał i okazanie szacunku naturze i zwierzęciu, które się zabiło. Mongołowie robią to samo - piją krew zwierzęcia i zjadają surową wątrobę.

Jak ci dumni, niezależni ludzie reagują na człowieka z innego świata z aparatem fotograficznym?

- Nie ma jednego schematu. Ale są i tacy, którzy nie chcą być fotografowani. Nigdy nie robię zdjęć ludziom, którzy nie chcą być fotografowani. Po co? Nie możesz wejść w bliską, intymną relację z człowiekiem, który nie chce, by na niego patrzeć. Zawsze fotografuję tylko tych ludzi, którzy się na to godzą i są zainteresowani tym, by ich fotografować.

Mój nowy projekt, który realizuję w rodzinnej Danii, w Kopenhadze, nazwany "Dom", będzie chyba moim najbardziej znaczącym, osobistym projektem od czasu Sabine. Będzie w nim jeszcze więcej Jacoba Sobola niż do tej pory.

Co to będzie?

- Zdjęcia ludzi. Ale w domu jest inaczej. Nie jesteś podróżnikiem, działasz na swoim własnym podwórku.

Robienie zdjęć w miejscu, które bardzo dobrze znasz, dodaje jednak kolejną warstwę - twoje osobiste podejście do miejsca, ludzi, kultury.

Czego byś nie sfotografował?

- Nie fotografowałbym z daleka. Muszę być blisko ludzi, nie zrobiłbym zdjęcia komuś po drugiej stronie ulicy. No, może kilka takich mam, ale wtedy sfotografowana osoba nie jest podmiotem.

Gdzie leży dla ciebie etyczna granica fotografii?

- Facebook mnie wiele razy zablokował...

Za co?

- ... za nagość. Możesz pokazywać na Facebooku gnijące ciała zabitych, ci ludzie nigdy nie mieli okazji wypowiedzieć się, czy chcą, by robiono im zdjęcia. Ale ja dostałem bana za pokazanie nagości. Kobiety nie mogą pokazywać piersi. To cenzura. Ale zhakowaliśmy Facebooka i opublikowaliśmy zdjęcia mimo to. (Śmiech)

Widzisz w nowych mediach szansę na popularyzację swojej twórczości?

- Jasne. Dla mnie to wspaniałe miejsce do komunikacji z ludźmi. Mnie przydają się w jeszcze innym celu. Piszę np.: "Jadę do Moskwy. Jeśli chcesz zostać sfotografowany, skontaktuj się, przyślij zdjęcie".

Działa?

- Działa.

Z rodziną Majów spędziłeś miesiąc, z Inuitami - dwa lata. A z ludźmi w Moskwie czy Pekinie może parę godzin. Jak udało ci się złapać w kadr taką intymność?

- Nie mam metody. Aranżuję spotkanie, przychodzę np. do czyjegoś domu i zaczynam robić zdjęcia. I pozwalam temu, co się wytwarza, rosnąć. Kiedy zaczynam kogoś fotografować - to jest właśnie sposób, w jaki chcę go poznać. Nie przez rozmowę. Przez zdjęcia. Ta osoba okazuje mi zaufanie - i moim obowiązkiem jest go nie zawieść. Nie odzywam się i robię zdjęcia, atmosfera i nastrój zmieniają się - czuję, że daję ludziom przestrzeń, nie każę im zachowywać się w jakiś określony sposób, mogą się rozluźnić.

Podczas pracy przy "Przyjazdach i Odjazdach" ("Arrivals and Departures") goniły mnie - pierwszy raz - terminy. Tu miałem miesiąc na 50 fotografii. Przed podróżą skontaktowałem się z ludźmi, wysłałem im moje zdjęcia, i gdy przybyłem do Moskwy, część spotkań miałem już umówionych. Z reguły nad każdym projektem pracuję 2-3 lata.

Nie boisz się konkurencji tego, że ktoś szybciej niż ty zrobi zdjęcie komórką i opublikuje?

(Śmiech) - Nie. Wiem, że tak długo, jak będę pewien tego, co robię... Po prostu kocham tworzyć nowe obrazy. Za każdym razem, gdy robię nowe zdjęcia, nie jest ważne, jakim nośnikiem je robię. Nie boję się niczego, co ma związek z fotografią. Boję się innych rzeczy.

A czego się boisz?

- Być samotnym.

Chcesz na bieżąco śledzić sytuację za granicą? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Tutaj znajdziesz wersję na telefony z Androidem >>> A tutaj wersję na Windows Phone >>>

Więcej o: