Dwa lata temu zatonął "Kursk"

Rodziny poległych dwa lata temu marynarzy "Kurska", tak samo jak i większość Rosjan, są przekonane, że komisja rządowa badająca przyczyny tragedii nie ogłosiła prawdy. Będą się domagać wznowienia dochodzenia oraz odnalezienia i ukarania winnych.

Całą prawdę i tylko prawdę obiecał im w sierpniu 2000 r. Władimir Putin. Przyjechał wtedy do Widajewa, bazy okrętów podwodnych, skąd "Kursk" wyszedł w ostatni rejs, stanął przed szalejącymi z rozpaczy wdowami i żonami poległych i zapowiedział, że choćby to miało kosztować nie wiadomo ile, okręt zostanie wydobyty na powierzchnię, śledztwo ustali przyczyny katastrofy, wyniki dochodzenia zostaną opublikowane, a winni, jak wysokich stanowisk by nie zajmowali, będą przykładnie ukarani. Tymczasem prokurator nikogo nie oskarżył. Wprawdzie jesienią ub.r. jedenastu wyższych oficerów Floty Północnej straciło swe stanowiska, ale część z nich pozostała w wojsku a niektórzy dostali wyższe stanowiska w służbach cywilnych.

Złożona reakcja fizyczno-chemiczna

Komisja, której przewodził minister przemysłu (i do niedawna wicepremier) Ilia Klebanow, po prawie dwóch latach sporządziła 100-stronicowy raport, który trafił na biurko prezydenta (całość akt sprawy to 133 tomy). Opinia publiczna poznała tylko trzystronnicowy fragment dokumentu.

Według Władimira Ustinowa, prokuratora generalnego, który 26 lipca złożył prezydentowi raport o wynikach dochodzenia, w czwartym aparacie torpedowym atomowego okrętu podwodnego biorącego udział w manewrach Floty Północnej na Morzu Barentsa, 12 sierpnia 2000 r. o godz. 11.28 wybuchła ćwiczebna (tak zwana "gruba" ) torpeda 65-76. Na dziobie jednostki wybuchł pożar. Po dwóch minutach doszło do eksplozji pozostałych torped, która rozłupała kadłub łodzi.

O przyczynach samego wybuchu torpedy Ustinow mówił wielce uczenie: - Pierwszy inicjujący eksplozję torpedy ćwiczebnej impuls powstał w rezultacie nieprzewidzianych procesów, do których doszło wewnątrz zbiornika utleniacza [nadtlenek wodoru - red.] tej torpedy. Procesy miały skomplikowany charakter fizyczno-chemiczny - dowiedzieli się Rosjanie z wyjaśnień swego prokuratora generalnego.

Komisja badająca przyczyny katastrofy "Kurska" nie znalazła winnych poza tajemniczymi "skomplikowanymi procesami fizyczno-chemicznymi" i uznawszy, że za "przygotowanie, eksploatację i załadunek" fatalnej torpedy nikt nie ponosi odpowiedzialności, zamknęła dochodzenie.

Ustinow przyznał jednak, że sierpniowe manewry Floty Północnej były organizowane z "pewnymi naruszeniami" [zapewne regulaminu ale Ustinow nie powiedział tego wprost], winni jednak już wcześniej zostali ukarani, "i to surowo".

Dowódców floty nie można też - zdaniem prokuratora - oskarżać o to, że nie umieli zorganizować akcji ratunkowej i przyjść na pomoc członkom załogi, którzy przeżywszy katastrofę schronili się na rufie leżącej na dnie jednostki. Ustinow zapewnił, że akcja i tak nic by nie dała, bo po ośmiu godzinach od wybuchu na pokładzie "Kurska" nie było już żywych. Szukający schronienia w ostatnim przedziale łodzi znaleźli się w pułapce bez wyjścia na skutek "całego szeregu czynników obiektywnych takich jak pogorszenie się samopoczucia pod wpływem czadu i niedostatecznego oświetlenia łodzi".

Takie wyjaśnienia nie przekonały Rosjan. Gdy tylko Ustinow opowiedział o wynikach dochodzenia, radio Echo Moskwy zapytało słuchaczy, czy wierzą prokuratorowi. 80 proc. odpowiedziało: "Nie". Zaś z ubiegłotygodniowego sondażu Wszechrosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej (zapytano 1600 osób) wynika, że tylko 28 proc. Rosjan uważa, iż komisja rządowa powiedziała prawdę o "Kursku".

Mamy śmierć na pokładzie

- Serce matki podpowiada mi, że nas znowu okłamują - mówi mi Galina Jerachtina, której syn Siergiej, dowódca grupy obliczeniowej, zginął w drugim przedziale "Kurska". - Nie może tak być, że nikt nie ponosi winy za taką tragedię. My, bliscy poległych, od dawna wiemy, że torpeda była uszkodzona, a dowódcy floty mimo to rozkazali "Kurskowi" iść z nią w morze. O tym już dawno mówiła publicznie choćby Nadieżda Tylik, matka porucznika Siergieja Tylika.

Tylikowa (ta sama kobieta, która na spotkaniu z dowódcami Floty Północnej w Widajewie w sierpniu 2000 r. wyzywała admirałów od morderców i została uciszona zastrzykiem uspokajającym) w lutym ub.r. na konferencji prasowej zorganizowanej przez Fundację Prawo Matki przypominała, że jej syn bał się wychodzić w fatalny rejs. Przed wypłynięciem w morze miał powtarzać: "Mamy śmierć na pokładzie, mamo".

Giennadij Laczyn, dowódca "Kurska", też mówił, że się boi, bo na jednostce ma "śmierdzącą torpedę", która przy załadunku uderzyła o burtę i zaczęła przeciekać. Komandor próbował przekonywać dowódców, że "Kursk" nie może wychodzić w morze z taką torpedą, ale nic nie wskórał. Dla admirałów manewry były bardzo ważne. Stanowiły generalną próbę przed planowanym pochodem Floty Północnej na Morze Śródziemne, którym Rosja na rozkaz prezydenta miała przypomnieć, że wciąż jest potęgą morską.

Kto wystrzelił tę kulę?

Emerytowany kontradmirał Jurij Senacki też nie wierzy w wyjaśnienia Ustinowa. Jego sceptycyzm bierze się z doświadczeń 13-letniego kierowania służbą inżynieryjno-ratowniczą marynarki wojennej ZSRR, kiedy to dowodził akcjami wydobywania kilkudziesięciu zatopionych jednostek - w tym okrętów podwodnych.

- Można przyjąć, że katastrofę "Kurska" rzeczywiście spowodował wybuch torpedy. Ale jaka jest jego przyczyna? Przecież wyciek ze zbiornika utleniacza i zmieszanie się nadtlenku wodoru z paliwem torpedy nie mogły nastąpić samoistnie. Prokurator generalny mówi: "wybuch torpedy spowodowany skomplikowanymi procesami". To tak, jakby stwierdzając śmierć zabitego wystrzałem w głowę orzekł, że winna jest kula, która przeszyła mózg, a nie odpowiedział na pytania: kto, dlaczego i w jakich okolicznościach tę kulę wystrzelił - powiedział mi kontradmirał.

- Jesienią ubiegłego roku mówiłem panu, że w pierwszym przedziale "Kurska", który nurkowie odcięli od kadłuba i zostawili na dnie, znajduje się "wizytówka autora" katastrofy. Przy jej pomocy można ostatecznie wyjaśnić przyczyny tragedii. Ja nie zamykałbym śledztwa, póki pierwszy przedział nie zostanie wydobyty i dokładnie przebadany. A komisja rządowa poprzestała na podniesieniu kilku fragmentów aparatu torpedowego, zaś resztę, która została na dnie, za kilka dni zniszczą przy pomocy materiałów wybuchowych - kręci głową Senacki.

- Dlaczego?

- Nie rozumiem tego. Oficjalnie tłumaczą, że po to, by resztki okrętu nie przeszkadzały rybakom. Ale to nonsens. W tych okolicach leży na dnie co najmniej 10 innych wraków. Rybacy dokładnie wiedzą, gdzie one są i omijają te miejsca. A nikt przecież nie powie, że wszystkie dorsze Morza Barentsa gromadzą się akurat przy szczątkach "Kurska". Poza tym wysadzenie w powietrze wraku to skomplikowana operacja. Wiele lat temu kierowałem likwidacją wraku okrętu "Odważnyj" leżącego na dnie Morza Czarnego. Trzeba było użyć 122 ton materiałów wybuchowych, nie licząc tych 40 ton, które jednostka miała na pokładzie, kiedy zatonęła. Prawie cały statek udało się rozbić na kawałki, ale jeden duży fragment konstrukcji postawiło na sztorc i do dziś sterczy on pod samą powierzchnią - przypomina kontradmirał.

- Jaki więc jest sens tego podwodnego fajerwerku?

- To wygląda na zacieranie śladów. Śledztwo zamknięte. Dowody rzeczowe zniszczone. Jak powiedział Ustinow: ""Kursk" wyczerpał się jako temat". Koniec, kropka - uśmiecha się Senacki.

Próbowali nas nabrać

- Mam nadzieję, że to tylko przecinek. Władze wojskowe chciały postawić kropkę w sprawie "Kurska" już wcześniej, ale nic z tego nie wyszło - powiedziała mi Waleria Pantiuchina z Fundacji Prawo Matki, która opiekuje się i udziela pomocy prawnej rodzinom poległych żołnierzy rosyjskich.

Kiedy zaczęło się śledztwo w sprawie katastrofy okrętu, grupa krewnych poległych marynarzy wystąpiła do Generalnej Prokuratury Wojskowej z prośbą o uznanie ich za poszkodowanych.

Odpowiedź przysłał im pułkownik Andriej Majorow, który napisał, że za poszkodowanego w sprawie karnej nie można uznać nikogo, dopóki nie skończy się śledztwo i sąd prawomocnym wyrokiem nie wskaże winnego...

- Próbowali nam wmówić absolutną bzdurę, bezczelnie nabrać krewnych poległych. Ale nasi prawnicy nie ustąpili i jeśli trzeba będzie, poszukają sprawiedliwości w sądach międzynarodowych. Wkrótce ten sam płk Majorow zmienił zdanie i uznał członków rodzin zabitych za poszkodowanych - przypomina Pantiuchina.

- Po co prokuraturze ta zabawa w kotka i myszkę?

- W tym pozornym szaleństwie była metoda. Gdyby krewni marynarzy nie zostali uznani za stronę poszkodowaną, zgodnie z naszym prawem nie mieliby dostępu do materiałów śledztwa. I teraz musieliby poprzestać na tym ochłapie informacji, który rzucił im Ustinow opowiadając, że przyczyną katastrofy są "skomplikowane procesy fizyczno-chemiczne", a winnych nie ma. Na szczęście krewni i reprezentujący ich adwokaci wywalczyli sobie prawo dostępu do akt sprawy, także tych utajnionych. Przestudiujemy dokładnie wszystkie dokumenty. I jeśli okaże się, że w tych 133 tomach jest coś nie tak, zażądamy wznowienia śledztwa - zapowiada przedstawicielka Fundacji Prawo Matki.

Widmo okrętu-zabójcy

Dowódcom floty w rzeczywistości zależy na tym, by sprawa "Kurska" nie była wyjaśniona do końca, by zostały w niej niedopowiedzenia, mgliste ogólniki w rodzaju "skomplikowanych procesów fizyczno-chemicznych". Dowódcy od początku wmawiali rodakom, że nie ponoszą winy za tragedię, bo "Kursk" posłał na dno wraży - amerykański czy brytyjski - okręt podwodny.

Opowiadali, że marynarze okrętów biorących udział w ćwiczeniach po katastrofie widzieli unoszące się na powierzchni biało-zielone NATO-wskie boje ratunkowe. Miało to dowodzić, że tajemniczy zachodni okręt podwodny przez jakiś czas też leżał na dnie uszkodzony w zderzeniu z jednostką rosyjską. Prasa publikowała zdjęcia okrętów-zabójców, które rzekomo "ledwo ledwo dociągnęły" do norweskich stoczni remontowych. Admirałowie zwalali winę to na amerykański okręt podwodny "Toledo", to na okręt "Splendeed", to na jakąś jednostkę brytyjską.

1 listopada 2000 r. Władimir Kurojedow, dowódca rosyjskiej marynarki wojennej, oświadczył, że on już wie, czemu zatonął "Kursk", ale z powodu ważnych okoliczności sensacją podzieli się po 8 listopada. Rosjanie znakomicie pojęli aluzję admirała floty i co chciał on powiedzieć, zapowiadając, że całą prawdę będzie mógł wyjawić dopiero po wyborach prezydenckich w USA.

Pośrednich dowodów "potwierdzających" wersję amerykańską jest jeszcze wiele. Dlaczego Putin wkrótce po katastrofie przez dwie godziny rozmawiał przez telefon z Billem Clintonem? Dlaczego rodziny wszystkich poległych na "Kursku" dostały odszkodowania (po 25 tys. dolarów) i mieszkania? Przecież bliscy zabitych w Czeczenii nie dostają albo nic, albo grosze? Odpowiedź może być tylko jedna - pieniądze po cichu podsunęli "winni" Amerykanie. A czemu admirałów odpowiedzialnych za organizację fatalnych sierpniowych ćwiczeń (tych samych, którzy zdaniem prokuratora Ustinowa zostali "surowo ukarani") w rzeczywistości nic złego nie spotkało? Dowódca Floty Północnej Wiaczesław Popow, zdymisjonowany jesienią przez Putina, jest dziś senatorem, jego szef sztabu, Michaił Mocak, awansował na zastępcę przedstawiciela prezydenta w Północno-Zachodnim Okręgu Federalnym. Dziś oficjalnie nie mówi się już o zderzeniu "Kurska" z obcym okrętem, ale powtarzane przez dwa lata opowieści i mimochodem rzucane aluzje pozostawiły swój ślad w umysłach Rosjan. Aleksiej Makarkin z Centrum Technologii Politycznych uważa, że admirałowie powtarzający bzdury o amerykańskim śladzie w tragedii "Kurska" sprawili, że "widmo obcego okrętu-zabójcy" długo będzie "krążyć w świadomości rodaków". I w przyszłości może okazać się groźne, bo jeśli, co bardzo możliwe, stosunki Rosji z partnerami zachodnimi zepsują się, "w świadomości zbiorowej znów pojawią się stare urazy, które - jak się wydaje - dawno już odeszły w świat upiorów". - A jednym z tych upiorów, które mogą zatruć stosunki Rosji z Zachodem, jest akurat widmo okrętu-zabójcy - twierdzi Makarkin.