Nerwica SLD - rozmowa z socjologiem Jackiem Raciborskim

Nerwica SLD - rozmowa z socjologiem Jackiem Raciborskim

Wojciech Załuska: Dlaczego Leszek Miller zdecydował się na inwestycję tak wysokiego ryzyka jak Grzegorz Kołodko? To ekonomista, który może dać rządowi duży sukces, ale może go też pogrążyć.

Jacek Raciborski: Powodem jest paskudna sytuacja gospodarcza. Premier dokonał zapewne takiej analizy: by wyjść z kryzysu, konieczne jest podjęcie pewnego ryzyka, także personalnego. Przeciw Kołodce przemawiał jego trudny charakter, ale argumentów za nim jest znacznie więcej. To niezwykle kompetentny ekonomista; do tego integruje koalicję rządzącą, akceptuje go PSL. Uspokaja jednocześnie Sojusz, którego znaczna część czekała na jakąś zmianę polityki gospodarczej. I rzecz może najważniejsza - stoi za nim pewna mitologia. Był ministrem w czasach ekonomicznej prosperity. A jak wiadomo, w sytuacji takiej jak obecna czynnik psychologiczny jest bardzo ważny.

Rozmawiając z niektórymi politykami SLD, czytając promillerowską "Trybunę", odnosiło się wrażenie, że Marek Belka był dla części aparatu SLD złem koniecznym. Trzeba go było zaakceptować, bo stał za nim prezydent. Ale naprawdę czekano na Kołodkę.

- Nie potrafię się do tej tezy ustosunkować Na pewno istotne było to, że - jak mówił prezydent w 1997 roku - Kołodko to "dobry sprzedawca bananów". Czyli - że potrafi tworzyć klimat, iż wszystko idzie dobrze. Powołując go, ale też zmieniając ministrów sprawiedliwości i kultury, Leszek Miller pokazuje: "Nie stoję bezradny wobec trudności, szukam rozwiązań, mam inicjatywę". W gruncie rzeczy to, że przeforsował Kołodkę wbrew prezydentowi (choć nie wiem, czy to informacja prawdziwa), działa na korzyść premiera. Umacnia jego wizerunek przywódcy. A przywództwo w trudnych czasach jest potrzebne.

Jeden z czołowych polityków SLD powiedział mi, że kiedy w 1994 roku Kołodko wszedł do rządu, koalicja SLD-PSL stała się koalicją: SLD-PSL-Kołodko.

- Nie sądzę, by to się miało powtórzyć Owszem - ma trudny charakter. Pamiętam go z czasów, gdy był adiunktem. Byliśmy na jakiejś konferencji naukowej, a on o każdym referencie mówił mi na ucho: "To idiota, opowiada bzdury". Jego argumentacja robiła jednak wrażenie. Sądzę, że to wielkiej klasy polityk gospodarczy. I sądzę również, że będzie inny niż w połowie lat 90. Nie wiem, czy Kołodko się zmienił, ale zmieniła się sytuacja i on te nowe uwarunkowania odczyta. Ma też dzisiaj silniejszych partnerów w rządzie.

Czyli awantury będą gwałtowniejsze.

- Niekoniecznie. Będzie bardziej rozważny, bardziej medialny.

A jeśli nie?

- Szybko zakończy misję.

Dla mnie jego wejście do rządu to także sygnał, że z powodu kłopotów gospodarczych i niskich notowań w sondażach istnieje w SLD spore zapotrzebowanie na cud.

- Tego nie wiem. Natomiast rola sondaży w polskiej polityce jest zdecydowanie za duża. Przyjęto, że ich wyniki legitymizują rządzących lub legitymację do władzy im odbierają.

Ten obyczaj wprowadził Miller, gdy był w opozycji. Prowokował tracącego w sondażach premiera Buzka, mówiąc, że człowiek honoru podałby się w jego sytuacji do dymisji.

- Niedobrze wtedy postąpiono i nie należy tego kontynuować. W potocznej świadomości utrwalono przekonanie, że sondaże są decydującym kryterium oceny ministrów i rządów. Tymczasem poparcie spada i rośnie. Ważny jest efekt końcowy - skutki polityki gabinetu w końcówce czteroletniej kadencji. Nie można się nieustannie przeglądać w lustrze opinii publicznej. Rząd sparaliżowany strachem przed sondażami to nieszczęście. Staje się mało odważny.

Mówi Pan o rządzie SLD?

- To dotyczy wszelkich rządów. Tego również.

Ktoś dobrze powiedział, że kapitałem prawicy, którego nie powinna była roztrwonić (a zrobiła to), było przekonanie, że będzie rządzić uczciwie. Kapitałem SLD jest pogląd, że rządzi sprawnie. I to się teraz chwieje. Dokonując zmian w rządzie, Miller próbuje ten wizerunek obronić?

- Kadry Sojuszu nie są takie złe. A przekonanie o ich supersprawności brało się trochę z wiary w siłę rządu i instrumentów, jakimi dysponuje. Tymczasem społeczne oczekiwania wobec rządu są nierealistyczne. W gospodarce rynkowej, w demokracji nie ma on narzędzi, za pomocą których mógłby dokonywać szybkich zmian. Współczesnym państwem nie daje się tak łatwo sterować. W ogóle zauważalny jest proces spadku znaczenia państw narodowych. Nierealistyczne oczekiwania zmieniały się więc po pewnym czasie w rozczarowanie wyborców. To zaś jest kolejny powód widocznej nerwowości rządzących.

Sojusz znów wpadł w pułapkę, którą zastawił na siebie w wyborach parlamentarnych. Stwarzał iluzję, że jak dojdzie do władzy, maszyna państwowa zacznie działać bez zarzutu.

- Prezentowana w wyborach przez SLD wizja państwa była nierealistyczna. To zaskakujące, bo to partia, która już rządziła. I współtworzyła konstytucję, która omnipotencję rządu ograniczyła - powołując np. Radę Polityki Pieniężnej, nadając orzeczeniom Trybunału Konstytucyjnego ostateczny charakter. Słowem, idąc do władzy, Sojusz zapomniał, że będzie miał mniej kompetencji niż w latach 1993-97. Również dlatego, że znaczną część podatków dystrybuuje się poza budżetem - za pośrednictwem różnego rodzaju agencji, funduszy celowych, samorządów, że sprywatyzowano wielką część gospodarki. Wreszcie dlatego, że przybyło międzynarodowych zobowiązań. Państwo okazało się mniej sterowne, niż sądzono.

Ekipa Millera próbuje nerwowo tę sterowność przywrócić?

- Jedni ministrowie tak, inni nie. Robi to np. Wiesław Kaczmarek - stopując prywatyzację i zręcznie wykorzystując udziały skarbu państwa do odzyskania kontroli nad firmami. No i oczywiście minister zdrowia Mariusz Łapiński. Istotą rządów socjaldemokracji jest wzmacnianie roli państwa, ale obecny rząd idzie - moim zdaniem - czasami za daleko. Z pewnością w ochronie zdrowia. Jej centralizacja, zamiast decentralizacji, jest na dłuższą metę pułapką. I jeszcze te dziwne pomysły Łapińskiego z lekarstwami za złotówkę dla emerytów.

Mam wrażenie, że minister stał się tu ofiarą innej choroby polskiej polityki - pogoni za popularnością. U nas byle jaka sprawa ściąga przed kamerę ministrów. A gdzie wiceministrowie, gdzie urzędnicy niższej rangi? Powiesił się bandyta (to fakt, że ważny) i słyszymy komentarze szefów resortów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych. Powstaje przekonanie, że za wszystko odpowiedzialni są członkowie rządu, że są wszechmocni. A skoro tak, to są wszystkiemu winni.

Co premier powinien zmienić poza kilkoma ministrami?

- Filozofię rządzenia. Musi się wyplątać z myślenia, które pokutowało w poprzednich ekipach, że po dojściu do władzy trzeba dokonywać radykalnych zmian za wszelką cenę. Reforma nie jest wartością samą w sobie. Tutaj znów klasycznym przykładem jest Łapiński. Wykonał zwrot o 180 stopni, likwiduje kasy chorych. Miał wiele powodów, ale może należało wykazać więcej spokoju, skupić się na likwidacji patologii systemu zastanego po AWS i UW.

Nie są nam potrzebne kolejne burze, reformy, ale uspokojenie, administrowanie, doskonalenie tego, co jest. Tak by system ponownie chwycił równowagę. Rozumiem, że polityków ponaglają społeczne oczekiwania. Ale powinni nieustannie je tonować, wysyłając komunikat: skutki naszej polityki będą zauważalne po dłuższym czasie, byt przeciętnej polskiej rodziny będzie się stopniowo poprawiał.

Łatwo kibicowi instruować zawodników na murawie. Ci zaś są bardzo podekscytowani, bo za chwilę czeka ich kolejny plebiscyt na najlepszego - czyli wybory samorządowe.

- Oczywiście, wybory rządzą się swoimi prawami. Ktoś, kto mówi, że jedynie wygładzi kanty reform, nie zyska akceptacji. Ale ja jako analityk mogę sobie na to pozwolić. Nie przemawiam na wiecu.

Politycy działają w atmosferze wiecowej gorączki. Spada poparcie dla SLD, frustracja wyborców przenosi się na SLD-owski aparat, który w trudnej sytuacji zaczyna podpowiadać różne sprzeczne recepty na wyjście z kryzysu...

- To prawda.

Fenomen Sojuszu polegał m.in. na tym, że udało mu się zyskać akceptację dwóch zupełnie odmiennych elektoratów - liberalnego i socjalnego. W warunkach kryzysu gospodarczego socjałowie zaczynają SLD opuszczać.

- Wywołało to napięcie w SLD. Po jednej stronie są zwolennicy poglądu, że najpierw trzeba ustabilizować państwo, pobudzić instrumenty rozwojowe, a dopiero później być socjaldemokratą. Po drugiej - ci, którzy sądzą, że socjaldemokratą trzeba być natychmiast, bo odejdą wyborcy. Rząd na początku kadencji przyjął tę pierwszą koncepcję. Ale zaczął się przeciw niej bunt.

I jednym z efektów jest Kołodko na miejsce Belki. Ma obie koncepcje połączyć w jedną - ożywić gospodarkę, zwiększając np. deficyt budżetowy, czyli popyt.

- Innym powodem nerwowości SLD jest frustracja setek, a może nawet tysięcy działaczy, dla których po dojściu do władzy nie starczyło stanowisk.

Bo - jak się mówi w Sejmie - państwo nie jest z gumy.

- Frustracje, różnice programowe powodują, że - rządząc krajem - Leszek Miller musi uwzględnić kolejną przeszkodę - dopisać do listy problemów kłopoty z własną partią. Ale to było do przewidzenia. W podobnej sytuacji znalazły się AWS i UW, gdy spadły notowania rządu Buzka.

I drogo za to zapłaciły. Dziś Jan Maria Rokita prognozuje "polonizację" SLD...

- Czyli anarchizację. Ale to za dużo powiedziane. Na pewno Sojusz będzie wewnętrznie destabilizowany. Pojawiają się już kandydaci na przywódców buntu. Jeden, Grzegorz Kurczuk, ujawnił się niedawno w "Gazecie Wyborczej".

I został spacyfikowany, będzie ministrem sprawiedliwości.

- Jest Józef Oleksy... SLD-owskiej opozycji nie łączą jednak ani wspólne poglądy, ani wspólne polityczne interesy. Nie sądzę więc, by przepowiednia Rokity się spełniła. Nie sądzę, aby przywództwu Millera w bliskiej perspektywie coś poważnie zagroziło.

Zagrożenie może się pojawić po zakończeniu kadencji prezydenta. Czy nie sądzi Pan, że rywalizacja o rząd dusz w SLD to główny powód napięć między premierem a prezydentem?

- Napięcie wynika z odmiennych ról, jakie pełnią w państwie. Ma strukturalny charakter. Aleksander Kwaśniewski, przenosząc się do Pałacu Prezydenckiego, nieuchronnie oddalił się od SLD i - mówiąc sloganowo - stał się prezydentem wszystkich Polaków. Miller na jego miejscu zrobiłby to samo.

Moim zdaniem nie ma łatwego powrotu Kwaśniewskiego do partii. On jest tam już w gruncie rzeczy outsiderem.

A mnie przekonuje prognoza Danuty Waniek, że jeżeli rząd Millera odniesie sukces - Kwaśniewski pójdzie do jakiejś organizacji międzynarodowej. A jeśli rząd poniesie porażkę - wróci do Sojuszu, by odbudować pozycję socjaldemokracji w Polsce.

- Nie będzie tak źle, by Sojusz wymagał reanimacji. Jeśli zaś chodzi o przywództwo na lewicy... Procesy gospodarcze czy polityczne można przewidywać. Zmiany personalne - już trudniej.

Jacek Raciborski - związany z lewicą profesor w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie