Uliczny Szekspir i pan z lodówką

Pierwszy dzień Festiwalu Teatrów Ulicznych. Jak zawsze - trzeba wybierać, wszystkiego nie da się zobaczyć. Na razie wielkie widowiska przegrywają ze skromnymi klaunadami.

Wędrówkę po festiwalowych spektaklach postanowiłam rozpocząć od irańskiego "Otella" w piwnicy Krzysztoforów. Niestety, falstart - z przyczyn technicznych przedstawienie miało się rozpocząć godzinę później. Poszłam więc spacerkiem na Planty - "Otella" zostawiłam na następny dzień. Większość zaproszonych na FTU przedstawień grana jest bowiem przez cztery dni, i dobrze, bo w ten sposób można zobaczyć mniej więcej wszystko. Na Plantach, pod Barbakanem, miał być spektakl na drzewie. Okazało się, że trzeba przejść dalej, pod Teatr im. Słowackiego. "Po to tylko, by marzyć" francuskiego duetu Etoile de Mer okazało się niezbyt porywające - trochę piosenek, trochę ogólnej niezgody na życie we współczesnym świecie i trochę świetnie wykonanych taneczno-akrobatycznych ewolucji na zwieszających się z drzewa pasach materiału.

Na Rynku napotkałam dwa przedstawienia. Pod kościołem św. Wojciecha trwała już wspólna zabawa w Kurniku - wysoki, chudy mężczyzna i drobna, energiczna kobieta (Carbid Visual Theatre) krzątali się wśród wydających zwierzęce odgłosy przedmiotów; dojenie krowy (czyli drewnianego koła ze sznurkiem) wywoływało piski i śmiechy widzów. Po drugiej stronie Sukiennic też trwała wspólna zabawa - i tu zostałam do końca pokazu. Szczupły, melancholijny, nieśmiały klown z czarnym noskiem i papierowymi gwiazdami przyczepionymi do marynarki potrafił przykuć uwagę. Wydobył z lodówki trąbki różnych rozmiarów, rozdał widzom i zadyrygował całkiem udaną orkiestrą. Kogoś innego zatrudnił do łapania wystrzeliwanych w powietrze zabawek. Niby nic efektownego się nie działo, ale posypywani confetti widzowie bawili się świetnie. Pan z lodówką (spektakl "Frigo") stanowczo wart jest poświęcenia mu godzinki na ulicy.

Wieczorem grane są spektakle poważniejsze - bardziej rozbudowane inscenizacyjnie, ze światłem, ogniem i efektami. Najpierw "Kim jest ten człowiek we krwi" (czyli "Makbet") teatru Biuro Podróży, nagradzany i zapraszany od pięciu lat na różne festiwale. Nie mogę tej sławy zrozumieć - reżyser Paweł Szkotak pokazał rodzaj bryku z "Makbeta" przyrządzonego środkami teatru ulicznego. Makbet i inni jeżdżą starymi motocyklami, wiedźmy chodzą na szczudłach, płonie ogień, grzmi ostra muzyka, Hekate stojąca na wysokim podeście za plecami widzów śpiewa (jej śpiew był jaśniejszym punktem spektaklu). Ale spektakl nie jest ani porywająco widowiskowy, ani atrakcyjny jako interpretacja. Wszechobecność wiedźm sugeruje, że zło w "Makbecie" przychodzi z zewnątrz. Bohaterowie nie przeżywają rozterek, no bo i dlaczego, skoro wszystko kontrolują wiedźmy. Do tego aktorstwo rodem z najgorszego teatru: nieporadny, ponury Makbet i tandetnie demoniczna Lady Makbet.

Na koniec na Małym Rynku ukraiński teatr Voskresinnia i "Spotkać Prospera". Też Szekspir, tyle że mniej krwawy, bo główną inspiracją była "Burza". Nie mam pretensji o to, że w wersji ulicznej "Burza" straciła większość znaczeń obecnych w oryginale. Cóż, w spektaklu bez słów to nieuniknione. Ale dlaczego widowisko było tak nużące, jednostajne, chaotyczne, mało pomysłowe? Takiego Prospera, który głównie stał na szczudłach, rozpościerając ręce w srebrnej szacie, nie miałabym ochoty spotkać. Szczudlarze, fajerwerki, ogień, kolorowe (oj, bardzo kolorowe) kostiumy, muzyka, taniec - a tak mało atrakcji.

Od ulicznego Szekspira wolę pana z lodówką.