Charyzmatyczny rastaman w jarmułce

Takich tłumów krakowska synagoga Tempel chyba jeszcze - w czasie dotychczasowych 20 edycji Festiwalu Kultury Żydowskiej - nie notowała. Matisyahu, ortodoksyjny Żyd z San Francisco, przybył do Krakowa prosto z gdyńskiego Open'era.

Tam grał elektrycznie, z zespołem, w Krakowie przedstawił program akustyczny, tylko z towarzyszeniem gitarzysty (rewelacyjny Kanadyjczyk D.P. Holmes).

Matisyahu to charyzmatyczny... rastaman w jarmułce. Mówią o nim beat boxer, raper i chasyd. Jego muzyka to efektowny mix reggae, rapu oraz rockowej ballady. I właśnie tego ostatniego składnika w krakowskim występie było najwięcej. Spokojne utwory utrzymane w rastamańskiej poetyce czy stylistyce zbliżonej do niegdysiejszych produkcji Cata Stevensa, a zwłaszcza Donovana wypełniły koncert niemal w całości. Wiele w nich było nie tyle rapu, co przejmujących melorecytacji przypominających słynny Donovanowski "Atlantis". Wzruszenie koncertującego w synagodze artysty było tak mocne, że w pewnym momencie - dla ochłonięcia - przerwał on na kilka minut swój recital.

Krakowski koncert rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, duża część publiczności wysłuchała go na stojąco. Ale te niedogodności okazały się nieważne, warto było czekać. Występ Matisyahu okazał się jednym z najważniejszych wydarzeń jubileuszowej edycji krakowskiego festiwalu. Choć - z drugiej strony - wieści napływające z Open'era oraz długie oczekiwanie na koncert spowodowały podniesienie poprzeczki oczekiwań. Publiczność przyjęła amerykańskiego artystę bardzo dobrze, choć takich owacji jak np. po piątkowym występie zespołu Bester Quartet nie było. Bisów zresztą też.