Akcjonariusze upadłych firm z GPW stracili ćwierć miliarda złotych

Odlewnie Polskie, Krosno, Monnari Trade, Pronox Technology, Techmex i ZNTK Łapy nie przetrwały kryzysowego roku w gospodarce. Wśród ofiar bankrutów są inwestorzy będący kiedyś gwiazdami polskiego biznesu, tacy jak Zdzisław Sawicki i Marek Banasiak

To, że 2009 r. będzie ciężki dla inwestorów na GPW, było pewne jak w banku, po tym jak we wrześniu 2008 r. upadł słynny nowojorski bank inwestycyjny Lehman Brothers i rozpoczął się wielki kryzys finansowy. I choć polska gospodarka nie ucierpiała tak mocno jak np. łotewska, węgierska czy irlandzka, to można było w ciemno przyjmować zakłady, że nie wszystkie firmy notowane na GPW zdołają przetrwać.

Po roku bilans bankructw na GPW jest dość optymistyczny. Krajowe firmy, podobnie jak cała nasza gospodarka, spisują się świetnie na tle całej Europy. Sądy ogłosiły jedynie sześć upadłości na blisko 400 notowanych firm. Cztery to upadłości likwidacyjne (Krośnieńskie Huty Szkła, informatyczny Techmex, odzieżowa Monnari Trade i Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego "Łapy"), co oznacza, że majątki tych spółek zostaną sprzedane, a uzyskane w ten sposób pieniądze pójdą na spłatę zobowiązań.

Odlewnie Polskie i handlowy Pronox Technology również upadły, ale bardziej korzystnie, bo z możliwością zawarcia układu z wierzycielami, co daje im nadzieję na redukcję długów i prowadzenie działalności. W sumie upadły spółki, których wartość rynkowa na początku 2009 r. wynosiła 255 mln zł. Kilka bankructw, przede wszystkim Krosna, Monnari Trade i ZNTK Łapy, przejdzie do historii GPW.

Zabójcze opcje walutowe

Na początku 2009 r. inwestorzy bawili się w zgadywankę: która spółka ma słynne opcje walutowe. Wiele firm, także giełdowych, krótko przed kryzysem uwierzyło, że złoty będzie się wiecznie umacniał i podpisało z bankami umowy opcji. Kiedy złoty poleciał na łeb, na szyję, musiały spłacić bankom ogromne kwoty.

Komisja Nadzoru Finansowego ustaliła w grudniu 2008 r., że w transakcje opcjami zaangażowanych było aż 99 spółek giełdowych. Straty z powodu rozliczonych opcji poniosło 35 firm na łączną kwotę ok. 155 mln zł.

Na szczęście większość firm pokryła straty z własnej kieszeni albo zawarła ugody z bankami, tak jak Zakłady Magnezytowe "Ropczyce". Początkowo bank Millennium żądał zapłaty przez Ropczyce w ciągu trzech dni roboczych 19,5 mln zł, ale po negocjacjach dostał 12 mln zł i to rozłożone na pięć lat.

Ugody z bankami w sprawie opcji ocaliły wiele firm z GPW przed bankructwem. Nie udało się tylko dwóm: Odlewniom Polskim oraz weteranowi parkietu - Krośnieńskim Hutom Szkła. Te dwie głośne upadłości w I kw. 2009 r. boleśnie przypomniały inwestorom, że nagle można stracić na parkiecie majątek. Dotyczy to w takim samym stopniu drobnych inwestorów zarządzających funduszami inwestycyjnymi i emerytalnymi, jak i nazwisk znanych z pierwszych stron gazet, którym też może podwinąć się noga.

Jak Krosno pogrążyło Sawickiego

Zdzisław Sawicki, główny akcjonariusz Krośnieńskich Hut Szkła, mówi, że zaskoczyła go decyzja sądu o upadłości spółki. - Zarząd musiał złożyć wniosek o upadłość, ale nie spodziewaliśmy się, że to będzie upadłość likwidacyjna. Byliśmy w trakcie rozmów z wierzycielami, liczyliśmy na postępowanie układowe. Sąd nie poprosił o dodatkowe wyjaśnienia, nie wziął pod uwagę, że są szanse na dogadanie się z wierzycielami. To była wtórna nacjonalizacja, odebrano nam naszą własność - mówi "Gazecie" Sawicki. Czuje się pokrzywdzony.

- Jak to możliwe, że firma, która powinna upaść, nadal pracuje, a ludzie, którzy nią zarządzają, nie będą odpowiadać za to własnym majątkiem? Zainwestowałem sporo pieniędzy w modernizację hut. To była XIX-wieczna manufaktura, ja zrobiłem nowoczesny zakład z XX wieku. Mieliśmy szansę stać się największym producentem szkła mechanicznie formowanego w Europie - mówi Sawicki.

Twierdzi, że w 2005 r. miał inwestora, który chciał mu zapłacić 250 mln zł za akcje spółki. W 2008 r. te same akcje były warte już tylko 100 mln. - Ale trwałem do końca, bo pokochałem tę firmę - zapewnia.

Akcje krośnieńskiej spółki były poręczeniem kredytów na inne inwestycje. Gdy ich kurs zaczął spadać, ich wartość stała się za mała na zabezpieczenie kredytów. - Gdy je zastawiałem miały wartość około 100 mln zł, potem już tylko 8. Banki zaczęły żądać uzupełnienia wkładu. W przeciwnym razie groziły postawieniem kredytów w stan natychmiastowej wymagalności. To trochę zachwiało moimi finansami - wyjaśnia Zdzisław Sawicki.

Szacuje, że w sumie na akcjach Krosna stracił około 100 mln zł. Część udało się sprzedać na krótko przed upadłością. Na ostatniej sesji przed wykluczeniem z obrotu giełdowego za akcję płacono tylko 6 groszy.

Jak ma się zamiar odkuć? - Jestem człowiekiem czynu i inwestorem giełdowym. Będę dalej grał, choć mój potencjał inwestycyjny jest mniejszy niż przed upadkiem Krosna - mówi. Ma jeszcze m.in. udziały w Grupie Kapitałowej ELMO, 15-proc. pakiet w Makaronach Polskich i mniejsze w kilku innych firmach.

Schiffer nie pomogła Monnari

Gdy w 2006 r. słynna modelka Claudia Schiffer została twarzą łódzkiej firmy odzieżowej Monnari Trade i fotografowała się z jej założycielem Markiem Banasiakiem, ten ostatni pewnie w najczarniejszych myślach nie przypuszczał, że trzy lata później jego firma złoży wniosek o upadłość, a on sam zrezygnuje z funkcji prezesa. Spółka mająca sieć salonów w wielkich centrach handlowych wyrastała wtedy na potentata na rynku odzieżowym. Kupiła konkurencyjne firmy: Molton z Brwinowa i pabianicką Pabię. Jednak nie wytrzymała zderzenia z kryzysem. W salonach brakowało klientów, a za powierzchnię handlową trzeba było słono płacić.

- To nie jest zwykły kryzys, tylko tsunami - mówił prezes Banasiak. Wyniki szybko się pogorszyły: spółka była obciążona kredytami, z powodu osłabienia złotego w górę poszły czynsze w centrach handlowych. Molton z powodu strat upadł na początku 2009 r. Niedługo potem wniosek o upadłość złożył zarząd Monnari. Podobnie jak w Krośnie sąd ogłosił upadłość likwidacyjną, choć władze Monnari liczyły na układową.

Monnari to największy giełdowy bankrut 2009 r. - na początku roku spółka była warta jeszcze 100 mln zł.

Jeszcze Łapy nie zginęły

Prawdziwy bój o przetrwanie nie tylko na giełdzie, ale także na rynku prowadzą ZNTK Łapy. Remontująca kolejowe wagony spółka zrobiła zawrotną karierę na giełdzie tuż przed bessą. Dwa lata temu za akcję płacono aż blisko 133 zł. Obecnie kurs oscyluje wokół 4 zł. Głównym powodem tak dramatycznej przeceny jest upadłość, o którą wnioskował sam zarząd Łap. Spółka wpadła w tarapaty finansowe, bo nie miała zamówień od swojego głównego zleceniodawcy PKP Cargo. Nie spłacała pożyczek, nie wypłacała pensji pracownikom.

Latem sąd ogłosił upadłość likwidacyjną, ale walka o ocalenie spółki, a przede wszystkim miejsc pracy, wcale się nie zakończyła. W jej ocalenie bardzo mocno zaangażowały się władze lokalne w Łapach, bo po zamknięciu cukrowni ZNTK pozostały w 25-tysięcznym mieście jedynym dużym pracodawcą zatrudniającym ponad 700 osób. Nowy zarząd spółki postawił sobie za cel osiągnięcie porozumienia z wierzycielami, pozyskanie nowych kontrahentów. Chce też zamienić upadłość likwidacyjną na układową. Złożył także wniosek do władz warszawskiej giełdy o zmianę rynku notowań z głównego na mniejszy - NewConnect.

Na 21 stycznia 2010 r. zwołano nadzwyczajne walne zgromadzenie akcjonariuszy ZNTK Łapy, które ma podjąć decyzję o emisji nowych akcji, aby spółka zdobyła kapitał. Ale dwa dni wcześniej syndyk zaplanował przetarg ma majątek upadłej spółki: od hal zakładowych do ośrodka wypoczynkowego w Sianożętach. Jak podała PAP, prezes ZNTK Łapy ma nadzieję, że nie zgłosi się nikt chętny do zakupu majątku spółki.