Trzech policjantów wiozło torbę, której zapomniała urzędniczka Kancelarii Prezydenta

Trzech policjantów dwoma radiowozami eskortowało torbę, którą urzędniczka Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostawiła przez nieuwagę w kaliskim ratuszu. Co było w tak pilnie strzeżonej torbie? Policja nabrała wody w usta, ale najwyraźniej nic ważnego skoro uczestniczący w delegacji minister Aleksander Szczygło nie ma pojęcia o incydencie z torbą.

Przeczytaj: Kancelaria: zapłacimy za to 20 zł

Prezydent Lech Kaczyński miał w miniony piątek odwiedzić Kalisz i Turek w związku w rocznicą wejścia Polski do UE. Jednak z powodu choroby matki odwołał wizytę. W delegacji - jak powiedział portalowi Gazeta.pl Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Aleksander Szczygło - brali udział oprócz niego prezydencki minister Piotr Kownacki oraz doradca prezydenta ds. zdrowia Anna Gręziak.

W zbadanie sprawy eskortowania torby nieuważnej urzędniczki zaangażował się wielkopolski komendant policji. Zlecił zbadanie sprawy swoim podwładnym z Kalisza i Turka. Ci nie palą się do udzielania informacji. Wiadomo tylko, urzędniczka przez nieuwagę zostawiła torbę w kaliskim ratuszu, i przypomniała sobie o niej dopiero w Turku oddalonym o ok. 40 kilometrów od Kalisza. Natychmiast zgłosiła to policji.

Funkcjonariusze z Kalisza błyskawicznie odnaleźli torebkę. Zgubę do granicy powiatu kaliskiego odwoził jeden radiowóz, a tam przesyłkę przejęli funkcjonariusze z Turku. W sumie w zwrot torby zaangażowało się trzech policjantów i dwa radiowozy.

- Mamy nadzieję, że już niebawem wydział kontroli ustali, czy decyzja o tym była uzasadniona, tym na przykład, że w tej torbie znajdował jakiś dokument, który nie powinien znaleźć się w niepowołanych rękach- mówi Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu, która sprawdza, czy przełożeni z Kalisza i Turku postąpili prawidłowo wydając policjantom polecenie odwiezienia torby urzędniczce. Jeśli jednak było inaczej i decyzja o wysłaniu radiowozu z policjantami była nieuzasadniona, to odpowiedzialny za to człowiek poniesie konsekwencje służbowe. Będzie musiał prawdopodobnie zapłacić za paliwo.

Szczygło: Pokryjemy koszta, jeśli minister Pitera pokryje swoje

Zagadką pozostaje kwestia o czyją torbę chodziło. Wiadomo na pewno, że nie była to torba Anny Gręziak, jedynej kobiety w oficjalnym składzie delegacji. Policja odmawia informacji, kto ją powiadomił o zaginięciu torby. Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że była to "szeregowa urzędniczka Kancelarii Prezydenta".

Co więc cennego miała w torbie szeregowa urzędniczka? Jak donosi RMF FM, komendanci z Turka i Kalisza utrzymują, że to duża torba z dokumentami, policjanci zaś nieoficjalnie mówią, że to była zwykła damska torebka.

Na pytanie o incydent z torbą i jej prawdopodobnie cenną zawartością minister Szczygło odparł: - Nic o tym nie wiem, nie przypominam sobie takiej sytuacji. Ale czy tu chodzi tu o jakieś koszta? - zdziwił się szef BBN. - Jeśli koszta zostały poniesione, to my je pokryjemy, ale tylko wówczas jeśli pani minister Pitera zapłaci za przejazdy na zakupy służbowym samochodem - dodaje.

Trasa konwoju torby:

 

Pokaż Konwój torebki na większej mapie

Wieśmaki dla wiceminister policjanci już dowozlili

To nie pierwszy przypadek wykorzystywania przez polityków policjantów na służbie. W listopadzie 2006 roku wiceminister MSWiA Marek Surmacz (obecnie doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa) zamówił u wrocławskich policjantów dowóz jedzenia dla swojej jadącej pociągiem głodnej koleżanki (wiceminister pracy Elżbiety Rafalskiej) na wrocławski Dworzec Główny. Na miejscu czekali na nią umundurowani funkcjonariusze z... wieśmakami z McDonald's. Sąd nie dopatrzył się wówczas przestępstwa w postępowaniu Surmacza.

Niespełna miesiąc później doszło do tragedii, gdy komendant dworcowego komisariatu w Warszawie nakazał dwojgu swoich podwładnych odwiezienie kolegi - urzędnika MSWiA Tomasza Serafina - służbowym samochodem do domu w Siedlcach. Sierżant Justyna Zawadka i mł. aspirant Tomasz Twardo wykonali polecenie i zginęli w wypadku, gdy wracali nieoznakowanym samochodem do Warszawy. W grudniu 2008 roku warszawski sąd skazał zarówno Serafina, jak i Waldemara Płońskiego (komendanta na warszawskim Dworcu Centralnym) na trzy lata w zawieszeniu za niedopełnienie obowiązków.