Polska może odbić marynarzy, ale nie ma czym

Jednostki amerykańskiej marynarki wojennej otaczają szalupę z piratami somalijskimi, którzy wcześniej porwali amerykański kontenerowiec Maersk Alabama. Okręty wojenne i samolot zwiadowczy to reakcja Waszyngtonu na porwanie Amerykanów. Dlaczego polscy komandosi nie mogą odbić pięciu polskich marynarzy, porwanych 26 marca u wybrzeży Somalii?

Nie wiadomo co dokładnie planuje Pentagon i jak będzie wyglądała operacja odbicia Richarda Phillipsa, amerykańskiego kapitana kontenerowca Maersk Alabama. - Działania operacyjne wojskowych są objęte tajemnicą - wyjaśnia ppłk Krzysztof Przepiórka, były dowódca grupy szturmowej GROM-u. Przestrzega, żeby nie traktować porywaczy jak idiotów. - Oni też interesują się tym, co się dzieje na świecie, mają internet, czytają doniesienia medialne. Ciszej nad tą sytuacją - radzi wojskowy.

"Nie traktujmy naszych przeciwników jak idiotów" | wideo

Nieskuteczne negocjacje?

Trudno jednak nie zadać sobie pytania o skuteczność działań, mających na celu uwolnienie Polaków. Amerykański kontenerowiec został porwany 8 kwietnia. Następnego dnia statek był już bezpieczny, a piraci uciekli w łodzi ratunkowej z jednym zakładnikiem, kapitanem Phillipsem. Norweski tankowiec, z pięcioma polskimi marynarzami na pokładzie, został porwany 26 marca. - Nikomu z członków załogi nic złego się nie stało, nie była stosowana przemoc fizyczna - zapewnia Piotr Paszkowski, rzecznik prasowy Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Negocjacje z porywaczami prowadzi norweski armator. Dzisiaj piraci zażądali 2,4 mln dolarów okupu , w zamian za uwolnienie statku.

Statek pod specjalnym nadzorem

Sytuacja norweskiego tankowca i amerykańskiego kontenerowca nie jest jednak taka sama. - Maersk Alabama to jeden z 47 frachtowców objętych programem "Maritime Security Program" - podkreśla kmdr por. rezerwy dr hab. Krzysztof Kubiak z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. MSP to program amerykańskiego rządu, który ma zapobiegać ucieczce tonażu pod tanie bandery i zapewnić Departamentowi Obrony odpowiednią rezerwę transportu morskiego. - Statek jest niejako subsydiowany, żeby operator nie przerejestrował go np. na Bahamy - wyjaśnia Kubiak.

Przydatność wojskowa Maersk Alabama i obecność obywateli amerykańskich w załodze to dwie główne przyczyny militarnej akcji u wybrzeży Somalii. Nie bez znaczenia jest również nadszarpnięcie wiarygodności amerykańskiej. - To jest sytuacja, której Pentagon nie może zaakceptować - dodaje Kubiak.

Czym odbić polskich marynarzy?

Konwencja rzymska z 1988 r. uprawnia państwo do rozciągnięcia swojej suwerenności, jeśli zagrożeni są jego obywatele. - Z formalnego punktu widzenia rozciągnięcie polskiej jurysdykcji na jednostkę, na której zagrożeni są obywatele polscy jest możliwe - tłumaczy dr Kubiak. Moglibyśmy więc zbrojnie upomnieć się o swoich obywateli, mimo tego, że służą na norweskim statku. - Ale nie mamy sił i środków - dodaje Kubiak.

Na wyposażeniu polskiej Marynarki Wojennej jest tylko jedenaście jednostek uderzeniowych: dwie duże fregaty ORP "Pułaski" i ORP "Kościuszko", trzy mniejsze okręty rakietowe, pięć okrętów podwodnych i jedną korwetę. Pozostałe to okręty pomocnicze, np. pływające szpitale. Niektóre, służące do tej pory okręty zwodowano w latach 60 - tych.

Z poufnego raportu, do którego dotarła "Gazeta Wyborcza" w styczniu tego roku, wynika, że po 2015 r. Marynarka musi wycofać dwie fregaty, cztery okręty podwodne i dwa mniejsze okręty rakietowe. - Doprowadzi to do utraty zdolności bojowej - twierdzą jego autorzy.

Przeczytaj o stanie polskiej Marynarki Wojennej

Ppłk Krzysztof Przepiórka podkreśla również, że żadne państwo nie powinno samodzielnie wysyłać na wybrzeże Somalii swoich jednostek wojennych. - Jest ponad setka krajów, która ma dostęp do morza i każdy wysyłałby swoje okręty, to więcej byłoby jednostek wojennych niż statków handlowych. Konieczna jest koordynacja działań ze strony NATO, ONZ czy Unii Europejskiej - wyjaśnia Przepiórka. Jego zdaniem zacieśnianie sieci oplatającej wybrzeże Somalii i ościenne kraje doprowadzi w końcu do tego, że akty terroru kryminalnego zostaną zredukowane do minimum.

Pułapka dla zakładników i antyterrorystów

Użycie siły, czyli odbicie zakładników, to jednak zawsze ostateczność. A w przypadku okrętów to bardzo ryzykowna operacja. - Statek to nie jest samolot, to nie jest długa rura - podkreśla Kubiak. Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której, z pięciu porywaczy, czterech zostaje na pokładzie, a jeden trzyma załogę w pomieszczeniu pod pokładem. Kiedy usłyszy strzały na górze, to otwiera ogień do zakładników lub np. wrzuca granat do pomieszczenia.

Na statku jest taka możliwość rozmieszczenia sprawców, że strzelcy wyborowi i komandosi nie uzyskują tzw. "złotej sekundy", kiedy w jednym czasie można "zdjąć" wszystkich porywaczy. - Statki i budynki, to najtrudniejsze obiekty, gdzie można sobie wyobrazić działania antyterrorystów - wyjaśnia dr Kubiak.

Według niego, taką decyzję podejmuje się w sytuacjach, kiedy sprawcy rozpoczynają egzekucję zakładników. - Na statkach to się na szczęście jeszcze nie zdarzyło - dodaje ekspert.