Przekonać rekruta, że to nie voodoo kule nosi

Polscy policjanci służą na misjach m.in. w Kosowie, Gruzji, Afganistanie i Liberii. Ta ostatnia jest najbardziej egzotyczna, pełniona najdalej od kraju i wśród ludzi, najdalszych od nas kulturowo. Polscy policjanci muszą na przykład przekonywać policyjnych rekrutów, że strzelając trzeba celować, bo to nie voodoo kule nosi.

Misja policyjna ONZ w Liberii (UNMIL) nie jest tak popularna jak ta w Kosowie. Dostać się trudniej, bo wymagania większe. Poza tym, warunki afrykańskie nie każdemu służą: w styczniu 2005 r. dowódca pierwszej zmiany, na kilka dni przed końcem misji, zmarł na malarię.

W kwietniu tego roku kończy się piąta zmiana UNMIL, a chętni do kolejnej właśnie kończą przygotowania.

Voodoo kule nosi

Policyjny eksperci w Liberii są doradcami, kontrolerami i szkoleniowcami. Nie mogą nikogo zatrzymać, czy przeszukać. Te uprawnienia są zarezerwowane dla miejscowych.

Po szkoleniu wprowadzającym misjonarz dostaje przydział, często uzależniony od tego, czym zajmował się w kraju. Może zostać instruktorem w akademii policyjnej, albo pomagać planować sposób kształcenia policjantów LNP (Liberia National Police). Trafiają też do grupy zajmującej się naruszaniem praw człowieka przez lokalnych policjantów.

Misjonarze szukają też kandydatów do policji, co wcale nie jest takie proste. Mimo ogromnego bezrobocia nie ma za wielu chętnych do tej pracy. Wyszukanie kadeta to nie koniec trudów, trzeba go jeszcze wyszkolić. W policyjnej akademii zajęcia teoretyczne trwają 3 miesiące, potem są praktyki w terenie i znów 3 miesiące w szkole. Polscy szkoleniowcy-misjonarze mówią, że do ich uczniów trafia bardziej praktyka niż teoria. Suche wykłady ich nudzą, lepiej zapamiętują konkretne przykłady. Dlatego np. odgrywa się scenki o zachowaniu na służbie: pokazuje się, że nie wolno żuć gumy, palić papierosów czy trzymać rąk w kieszeniach, i że powinno się grzecznie odnosić do legitymowanych.

Dużo większym zainteresowaniem kadetów cieszy się szkolenie strzeleckie. Bardzo czekają na naukę strzelania, bo uważają, że dopiero po tych zajęciach staną się "prawdziwymi policjantami".

Lecz i to nie jest proste: bywa, że rekruci nie dostrzegają związku między mierzeniem do celu a trafieniem w niego. Bo i tak wszystko zależy od sił wyższych: jeśli voodoo policjanta jest silniejsze niż przestępcy, to trafi go nawet bez celowania. A na egzaminach końcowych na pytanie "co należy zrobić po użyciu broni, gdy rani się przestępcę?" częste są wciąż odpowiedzi: "jak najszybciej oddalić się z tego miejsca".

Nie tylko dla zarobków

Dlaczego jeżdżą na misje? Najprostszą odpowiedzią wydaje się zarobek, ale to nie do końca tak. Powodów jest zwykle kilka: ciekawość świata, potrzeba oderwania się od codzienności i przeżycia czegoś nowego, chęć sprawdzenia się w ekstremalnych warunkach. Ci, którzy decydują się zostać misjonarzami, chcą też pomagać innym.

UNMIL to tzw. misja ekspercka - policjanci biorący w niej udział pracują na samodzielnych stanowiskach, dlatego kandydatom stawia się wyższe wymagania niż np. chętnym do Kosowa. Wiek to maksymalnie 55 lat, minimum 8 lat pracy w policji, bardzo dobra znajomość języków. Trzeba też skończyć kurs przygotowujący do służby poza granicami kraju i dostać zgodę szefa na wyjazd.

Oprócz Polaków w Monrowii, stolicy Liberii, służy ok. 400 ekspertów policyjnych z całego świata i kilka jednostek specjalnych PSU (Police Special Unit). Praca w wielokulturowym środowisku to duże wyzwanie, trzeba dostosować się do nowych procedur, poznać zwyczaje nie tylko miejscowych władz, ale i kolegów z różnych części globu. Duży problem stanowi język, a raczej języki: choć wszyscy mówią po angielsku, to każdy z innym akcentem, a w dodatku miejscowi też mają jego lokalną odmianę.

Winni: wojna i rządy

W wyniku ponad 14-letniej wojny domowej i krwawej dyktatury poprzednich "prezydentów" Liberia to jeden z najbiedniejszych krajów Afryki. Wszyscy ciągną do stolicy Monrowii i jej okolic. W latach 80. mieszkało tam jakieś 600 tys. ludzi, a na skutek wojny liczba ta wzrosła do 1,5 mln. Migracja do stolicy trwa nadal.

Wojna zniszczyła w ludziach poczucie moralności i spowodowała brak szacunku dla organów państwa. Problemami są nepotyzm i korupcja, także w policji. W czasie walk o władzę nikt policjantom nie płacił pensji, więc utrzymywali się z haraczy. I mimo pokoju nadal to robią. Misjonarze mówią, że gdy widzą na ulicy wyszkolonych przez siebie policjantów, którzy całą energię marnują na zatrzymywanie samochodów i wyłudzanie pieniędzy, czują, że ponieśli dydaktyczna porażkę. Podobnie bywa z Liberyjczykami szkolonymi na instruktorów czy wykładowców: czasami okazuje się, że można u nich kupić odpowiedzi do testów egzaminacyjnych. Ale zdarzają się też wspaniali ludzie całym sercem oddani tworzeniu nowej policji w Liberii. Tylko, że sa w mniejszości.

Bariery kulturowe

Koniunkturę napędza zapotrzebowanie na usługi wśród misjonarzy: gotowanie, sprzątanie, wynajem mieszkań to całkiem dochodowe zajęcia dla miejscowej ludności. Biały to dla tubylców ten z kasą - biali biedacy po prostu tu nie przyjeżdżają. Jak spod ziemi wyrastają więc "życzliwi" oferujący pomoc w czymkolwiek. Chodzą za białym krok w krok, aż do znudzenia; potrafią być natarczywi i nawet agresywni. Jeśli się nie ma doświadczenia, można wpaść w kłopoty.

Powszechne jest oszukiwanie na cenach i wyłudzanie pieniędzy pod pozorem opłaty za szkołę czy lekarza. Wielu początkujących misjonarzy objawia dziecinną wręcz naiwność i daje się naciągać. Liberyjczycy uważają, że nie wyrządzają nam żadnej szkody, bo co to dla nas 20 czy 100 dolarów; my jesteśmy biali, więc mamy dużo forsy. Im jest ona potrzebna bardziej.

Bez prądu i komunikacji

Brak prądu, wody oraz komunikacji to w Liberii norma. Chcesz mieć prąd, kup generator (a prąd mieć trzeba, bo jak uruchomić klimatyzację?). Klimat Liberii, położonej na zachodnim wybrzeżu Afryki, misjonarze porównują do warunków w szklarni z pomidorami: gorąco, parno i wilgotno, słońca wcale nie widać. Wilgoć w powietrzu powoduje, że skórzane buty czy paski w ciągu kilku dni pokrywają się pleśnią. Umundurowanie, fabrycznie zapakowane, w chwili wypakowania jest już wilgotne. Trzeba nauczyć się chodzić wolno, bo kilka bardziej żwawych kroków powoduje, że natychmiast się pocisz. Pot przyciąga komary, a komary roznoszą malarię, więc nieszczęście gotowe. Stado karaluchów w kuchni czy na łóżku to norma.

Pomagają poza służbą

W Monrowii jest kilkadziesiąt sierocińców i domów dziecka - polscy policjanci-misjonarze objęli patronatem jeden z nich, w którym mieszka ponad 60 dzieci od 3 do 18 lat. Dzięki aukcjom dziecięcych prac zebrali pieniądze na zakup generatora, a podczas urlopów w kraju zorganizowali zbiórki ubrań i zabawek. Z pomocą Caritas udało się też zdobyć fundusze na budowę wodociągu doprowadzającego do sierocińca bieżącą wodę. W sumie liberyjskie dzieciaki otrzymały kilkanaście ton darów, głównie leków i ubrań, o wartości blisko 100 tys. dolarów. Wielu misjonarzy, nie tylko Polaków, dodatkowo opłaca dzieciom naukę, na którą w Liberii mało kogo stać.

Więcej o: